TRAGEDIA - czy mozemy im jakos pomoc ?

17.03.04, 15:25
bydgoszcz.naszemiasto.pl/wydarzenia/348353.html
" Czekając na wyrok

Środa, 17 marca 2004r.

Dzieci z rodziny Pińkowskich nadal są w domu. Wczoraj minął zakreślony przez
sąd termin oddania ich do Domu Dziecka w Trzemiętowie. Wbrew obawom rodziców
nikt nie zgłosił się po dzieci i nie zabierał ich z domu siłą. Czy miał na to
wpływ desperacki krok ojca, który w proteście przeciw decyzji sądu próbował
odebrać sobie życie? Czy może fakt, że nie był to dzień urzędowania kuratorek
sądowych?

O dramacie rodziny Pińkowskich pisaliśmy dwukrotnie - w piątkowym
Magazynie "Expressu? i w poniedziałek. W piątek pisaliśmy o decyzji sądu
odbierającej niewydolnym wychowawczo rodzicom prawo do opieki nad pięciorgiem
dzieci i ich dramatycznej walce przed oddaniem ich do domu dziecka. W
poniedziałek - o nieudanym samobójstwie ojca, które miało uratować pociechy
przed zabraniem ich do Trzemiętowa. Czarny scenariusz zakładał, że właśnie
wczoraj cała piątka pociech z rodziny Pińkowskich: siedemnastoletnia Julita,
szesnastoletni Kamil, dwunastoletni Mateusz, dziewięcioletni Paweł i
ośmioletnia Marietta mieli być przez kuratora sądowego zabrani do wyznaczonej
przez sąd placówki opiekuńczo-wychowawczej.

Przygotowana na dantejskie sceny rodzina siedziała wczoraj w mieszkaniu jak
na szpilkach, spodziewając się najgorszego. Matka i dzieci brały pod uwagę
wszystkie możliwe formy protestu, zdecydowane za nic nie dopuścić do
wykonania decyzji sądu.

Nie było przy nich ojca. Jarosław Pińkowski, lat 36, targnął się na swoje
życie w miniony czwartek. Powiesił się na klamce od łazienki. Rodzina ledwie
go odratowała. Był już siny, gdy odcinano go od sznura. Przytomność odzyskał
w świeckim szpitalu dla Nerwowo i Psychicznie Chorych, gdzie przewieziono go
z wojewódzkiego szpitala imienia Biziela w Bydgoszczy. Zostawił list
pożegnalny, w którym, oprócz obciążania winą wymiaru sprawiedliwości, a w
szczególności sędziny bydgoskiego sądu rodzinnego, mówił o poświęceniu swego
życia dla uratowania dzieci.

Jarek to ofiara bandyckiego napadu. Zapadł po nim na padaczkę, obecnie jest
inwalidą pierwszej grupy. W stanach depresyjnych już dwudziestokrotnie - za
pomocą leków psychotropowych - dokonywał prób samobójczych. Powinien się
leczyć, a państwo powinno mu w tym pomóc. Jest to realizowane tylko
teoretycznie. Jarek z Ciela sporadycznie jeździ do Bydgoszczy do poradni
zdrowia psychicznego. Po odzyskaniu świadomości w szpitalu zapowiedział, iż
tak bardzo kocha dzieci, że jeśli mu je zabiorą, to się zabije. Na wiadomości
z domu czeka jak na wyrok.

- Kierowniczka z opieki powiedziała nam wczoraj: zabierzemy dzieci i to
natychmiast. Kazała mi jechać do Trzemiętowa patrzeć, jakie łóżka im
przygotowali. Jak zapowiedziałam, że zamknę drzwi i nikogo nie wpuszczę, to
zagroziła, że przyjadą z policją... - łka wystraszona Ewa.

- Rodzina jest niewydolna wychowawczo, nie powinna sprawować funkcji
rodzicielskich. Lepiej, gdyby dzieci trafiły do placówki w Trzemiętowie, tam
miałyby godne warunki do nauki - potwierdza stanowisko opieki społecznej
Alicja Wojtanowska, pracownik Gminnego Ośrodka Pomocy Społecznej w Białych
Błotach, od 90 roku opiekująca się Pińkowskimi. - Matce wydaje się, że
zapewnienie dzieciom jedzenia to wszystko. Toleruje fakt, że nie chodzą do
szkoły. Julita po gimnazjum się nie uczy. Matka miała się zgłaszać do nas co
dwa tygodnie - nie robi tego. Ojciec nie korzysta z porad terapeuty ze
świetlicy w Cielu. My pomagamy im finansowo, ale opieka zdrowotna nad ojcem
to już sprawa lekarzy. Nie mieliśmy też wpływu na decyzję o umieszczeniu
dzieci w domu dziecka - o tym zdecydował sąd.

Według przypuszczeń opieki społecznej, jeśli matka dobrowolnie nie odwiezie
swych pociech do Trzemiętowa, zostanie wyznaczona nowa rozprawa i ustalony
nowy termin oddania dzieci do placówki opiekuńczo-wychowawczej. - Nie oddam
ich! - rzuca się Ewa - Po artykule w piątkowym wydaniu ?Expressu Bydgoskiego?
sprawą zainteresował się ?Fakt?, ?Kulisy?, telewizja Bydgoszcz i telewizja
TVN. Ale czy to nam pomoże? Jak byśmy byli bogaci i wykształceni, to pewnie
tak. Ale teraz co możemy? Powiedzieć, że kochamy dzieci i za nic w świecie
nie chcemy ich stracić?

Zorganizowanie internetowej akcji pomocy dla rodziny Pińkowskich zadeklarował
Andrzej Kanicki, mieszkający obecnie w Austrii bydgoszczanin, który w
Strzyżawie stracił syna Dawida.

?Express Bydgoski? już siedem lat temu pomagał rodzinie Pińkowskich w
krytycznej sytuacji materialnej, pamiętaliśmy też o nich w okresach
świątecznych. Cieszyliśmy się, że Jarek Pińkowski rzucił alkohol.
Martwiliśmy, że osierocone córki siostry Ewy, które Pińkowscy przygarnęli bez
pytania o pieniądze, zostały im zabrane do domu dziecka.

Teraz Jarek i Ewa mogą stracić nawet własne dzieci. Rok temu w jednopokojowym
mieszkaniu rozbrzmiewały głosy dwójki dorosłych i siedmiorga dzieci: własnych
i przybranych. Czy teraz zostanie tam tylko Ewa - i dwa psy?

Ewa Adamska-Drgas - Express Bydgoski"


- moze uda sie , by dzieci pozostaly razem w mama w domu rodzinnym ?
radca
    • radca Re: TRAGEDIA - czy mozemy im jakos pomoc ? 17.03.04, 18:35
      chodzi przede wszystkim o to,ze rodzina ta potrzebuje wsparcia materialnego.
      Sa zadluzeni, nawet juz nie maja szansy - by uzyskac cos do jedzenia z
      pobliskiego sklepu - na tzw. " krede" lub jak sie to mowi ; " na zeszyt ".

      Pomoc materialna.... to piewsze w czym mozna pomoc.Nastepnie ( i to rownolegle )
      to wypracowanie takiej koncepcji " z urzedu" ,aby ta rodzina mogla byc razem.

      Przeciez jest w URZEDZIE WOJEWODZKIM - Regionu Kujawsko-Pomorskiego pewien
      wydzial ;
      - wydzial polityki spolecznej ( i inne )

      Otoz.... z budzetu finansowany jest pobyt dzieci w Domach Dziecka.Koszt pobytu
      jednego dziecka w takiej placowce wacha sie w przedziale 1.300 - 1.800 zlotych.
      Jesli zalozymy... ze panstwo " wezmie pod opieke" piatke dzieci i umiesci
      je w Domach Dziecka - to lo wyliczyc,ze bedzie to koszt w skali miesiaca
      od 6.500 - 9.000 zlotych.

      Jesli natomiast.... tworzy sie " RODZINNE DOMY DZIECKA " - to ja sie pytam....
      Czyz i tam panstwo nie przeznacza kwoty z budzetu ? Zapewne i napewno tak.
      To... oczywiscie nie bedzie taka kwota - jak na "PANSTWOWY DOM DZIECKA -
      ale zaluzmy nawet teoretycznie , ze gdyby tylko polowe z tego ?
      To juz da nam kwote porownywalna ( przy piatce dzieci ) 3.250 - 4.500 zl / mc.

      Otoz.... gdyby teraz pomyslec dobrze i prawnie wyeksponowac - tylko z tych
      porownan " polowe z polowy" - to gdyby.... gdyby tej rodzinie dano pomoc
      w ilosci np. 2.000 zlotych na miesiac - to ja sie pytam.....

      czyz Ta rodzina nie mialaby szans - by zyc razem pod jednym dachem ?
      Czyz dzieci nie mialyby szansy - by byc blisko przy swojej rodzonej mamie ?

      radca
      • radca zabrano ich i rozlaczono 21.03.04, 07:46
        bydgoszcz.naszemiasto.pl/wydarzenia/348705.html
        " I po dzieciach....

        Czwartek, 18 marca 2004r.

        Kto wierzy powiedzeniu, że prawo nierychliwe, ten się myli. Już nazajutrz po
        zakreślonym przez sąd terminie, niczym w szwajcarskim zegarku, przedstawiciele
        prawa zjawili się u drzwi mieszkania Pińkowskich w Cielu - o których
        dramatycznej sytuacji pisaliśmy w piątek, poniedziałek i środę - by do domu
        dziecka zabrać pięcioro ich dzieci.

        - Zadzwonili do drzwi już o siódmej rano: dwójka kuratorów, kierowniczka
        Gminnego Ośrodka Pomocy Społecznej i pracownik socjalny. Nie spojrzałam w
        judasza, bo zawsze o tej porze przychodziła teściowa. Wepchnęli się do środka,
        pobudzili dzieci. Płakałam, krzyczałam, cała się trzęsłam. Dzieciaki czepiały
        się mnie kurczowo, zwłaszcza najmłodsza Marietka. Oni kazali im ubierać się, a
        mnie usiąść na krześle w kuchni i się nie ruszać. Przyleciała z dołu teściowa,
        płakała w głos. Kamil był tylko w skarpetkach. Złapał kurtkę, buty do ręki i
        wyrwał się z przedpokoju. Uciekł. Zamknęli drzwi na klucz i pilnowali
        pozostałej czwórki. Wyprowadzili wszystkich mimo naszych protestów. To było jak
        egzekucja...- mówi Ewa Pińkowska, matka pięciorga dzieci, które postanowieniem
        sądu rodzinnego w Bydgoszczy miały być - do 16 marca br. umieszczone w domu
        dziecka w Trzemiętowie.

        - Najgorzej zachowywała się kierowniczka GOPS. Straszyła i tak zastraszonych,
        że jak nie pójdą dobrowolnie, to przyjedzie policja - twierdzi teściowa Ewy. Z
        mieszkania najstarsza Julita wyprowadzała za rączkę najmłodszą Mariettę, reszta
        szła przy obcych. Matka wyła z rozpaczy

        Nasz komentarz: Można dyskutować - lub przyjąć do wiadomości - zasadność
        odebrania tej rodzinie dzieci, co szczegółowo rozstrząsaliśmy na łamach ?
        Expressu? codziennie od zeszłego tygodnia. Ale egzekwowanie wyroku sądu w
        momencie najbardziej krytycznym dla rodziny: targnięcia się na życie ojca i
        zapowiedzi powtórzenia tego desperackiego czynu w przypadku utraty dzieci,
        rozstroju nerwowego matki i załamania dzieci - rodzi wątpliwości natury
        moralnej. Prócz aspektu etycznego sprawa Pińkowskich ma jeszcze aspekt
        ekonomiczny. Wiadomo, że kłopoty rodziny zamieszkałej w biednej popegeerowskiej
        wsi wynikały z dwóch problemów. Pierwszy to choroba ojca, inwalidy pierwszej
        grupy, leczonego psychiatrycznie. Drugi - ustawiczna walka o pieniądze. Opieka
        społeczna przyznawała rodzinie niewielką pomoc finansową. Teraz utrzymanie
        piątki dzieci w domu dziecka miesięcznie pochłonie kilkunastokrotnie większą
        kwotę. Z pieniędzy podatników oczywiście.

        Czy nie można było, prewencyjnie, wystarczająco zasilić budżet rodziny oraz
        zapewnić im wszelką dostępną pomoc psychologiczną i socjalną? Może wtedy Ewa
        Pińkowska, której miłości do dzieci nikt nie zaprzecza, niepochłonięta sprawami
        bytowymi i dobrze ukierunkowana, miałaby lepsze możliwości ich dobrego
        wychowania? Matka to zawsze matka...

        Ewa Adamska-Drgas - Express Bydgoski "
        • radca adres - gdzie mozna pomoc 21.03.04, 07:58
          moze znajda sie osoby - ktore chcialyby pomoc tej rodzinie w jej tragedii ?
          oto adres :

          -------------------
          Ewa Pinkowska
          Ciele 55 m 14

          86-005 CIELE
          -------------------

          pozdrawiam serdecznie Drodzy Forumowicze ( Panie i Panowie )
          radca
          • radca Re: adres - gdzie mozna pomoc 25.03.04, 01:08
            bydgoszcz.naszemiasto.pl/wydarzenia/350757.html
            " Mniejsze zło...

            Czwartek, 25 marca 2004r.

            Dzieci są bite i molestowane w domu dziecka, a nas szantażuje opieka społeczna.
            Czy ten koszmar nigdy się nie skończy? My, ludzie biedni, nie wiemy, jak się
            bronić! - alarmują Pińkowscy z Ciela - rodzina, której pod przymusem odebrano
            dzieci, by zgodnie z wyrokiem sądu umieścić je w domu dziecka w Trzemiętowie.

            Jak już wielokrotnie informowaliśmy, sądy zajęły się sprawą na wniosek kurator
            zawodowej, która uznała, że wyczerpała już wszystkie możliwości naprawy
            sytuacji rodzinnej i tylko umieszczenie pięciorga dzieci Pińkowskich w placówce
            opiekuńczo-wychowawczej stworzy dobre warunki do nauki i zapewni im spokój oraz
            prawidłowy rozwój. Nie mógł tego zapewnić dom z niepełnosprawnym, chorym ojcem
            i bezrobotną, niezaradną matką. Mimo sprzeciwu rodziców (ojciec po raz kolejny
            próbował popełnić samobójstwo) dzieci zabrano już dzień po upływie terminu
            określonego przez sąd. Asystowała przy tym dwójka kuratorów i kierowniczka
            Gminnego Ośrodka Pomocy Społecznej w Białych Błotach, Anna Strzelczyk.

            Jak się pisze sprostowanie

            - Wypowiedziałam się do artykułu, że pani kierownik zachowała się najgorzej, bo
            powiedziała, że jak nie oddamy dzieci dobrowolnie, to przyjedzie policja. I
            zaczęło się. W poniedziałek rano zadzwonili z opieki, żebym natychmiast
            zgłosiła się do kierowniczki. Pojechałam z synem. Myślałam, że w sprawie
            złożonego wniosku. Pytałam, czy dostanę pieniądze na lekarstwa. Panie chciały,
            żebym powiedziała, że było inaczej, niż podałam do gazety, ale ja
            potwierdziłam, że przecież tak mówiła. Wtedy pani Wojtanowska podyktowała mi
            oświadczenie, przy kierowniczce i pracowniczce. Połowy słów nie rozumiałam, mam
            tylko podstawowe wykształcenie. Bałam się, że jak nie napiszę, to już nigdy nie
            dadzą mi pieniędzy. Na zakończenie kierowniczka powiedziała, że mój wniosek
            jeszcze jest w szufladzie - skarży się Barbara Pińkowska, babcia dzieci. Wójt
            gminy, Katarzyna Kirstein-Piotrowska, zajęła się sprawą, o której do tej pory
            kierowniczka GOPS jej nie informowała.

            - Pani kierownik twierdzi, że obie panie Pińkowskie zjawiły się w ośrodku,
            gdzie poproszono je na rozmowę. Ponieważ na miejscu nie chciały zadzwonić do
            redakcji z prośbą o sprostowanie, w obecności pracowników napisały
            oświadczenie - powiedziała nam pani wójt.

            - To nieprawda - oburza się Ewa Pińkowska. - Teściowa była później, sama. Ja
            już z rana odhaczałam się jako bezrobotna. Zawołały mnie, żebym zmieniła prawdę
            w artykule i zadzwoniła do redakcji. Ne zgodziłam się. Kazały mi pisać
            oświadczenie. Wszystko odwracają ogonem. Jak odbierały dzieci, obiecywały że
            nam dadzą 200 złotych, a "na sklep" przyszło 100. Mówiły Marietce, że ma liczyć
            na paluszkach do czterech, to na piąty dzień mama ją zabierze z domu dziecka do
            domu. Miały nam zwracać za bilety do Trzemiętowa na odwiedziny dzieci. A teraz
            powiedziały, że wychodzi za drogo i że wystarczy, jak przyjedziemy raz na
            miesiąc.

            "W czasie odbioru dzieci p. kierownik ośrodka pomocy powiedziała mi, że lepiej
            dla dzieci, jeśli oddamy je spokojnie bez większych stresów, ponieważ jest
            postanowienie sądu. Zostałam poinformowana prze panią kierownik, że słowo
            policja użyte było w celu uświadomienia wszystkich o konsekwencji
            niedostosowania się dobrowolnie do postanowienia o umieszczeniu dzieci do 10
            marca 2004 r. W tej sytuacji dnia 17 marca w obecności kuratorów, kierownika
            ośrodka i w mojej obecności matka Ewa przyniosła torby i ubrania dzieci.
            Najstarszy Kamil uciekł. Faktu odjazdu z przyczyn osobistych nie widziałam,
            ponieważ nie mogłam".

            - Przepisałam to wymuszone oświadczenie - pokazuje mi Barbara Pińkowska.- Mówię
            prawdę. Niech zrobią konfrontację, oczy w oczy. Przecież sprawiedliwość gdzieś
            musi być.

            Czego nie wie dyrektor

            Danuta Flinik, wiceprezes i rzecznik prasowy Sądu Okręgowego w Bydgoszczy,
            powiedziała "Expressowi":

            - Odebranie dzieci rodzinie to ostateczność. Ale jeśli ciąg zachowań ojca
            dezorganizuje życie rodziny, matka nie potrafi prowadzić domu, a do tego jest
            bieda i nie robi się nic, by dzieciom było lepiej, nawet nie posyła do szkoły,
            to trzeba wybrać mniejsze zło.

            Mirosław Urbaczewski, Dyrektor Domu Dziecka w Trzemiętowie, potwierdza, że gdy
            mali Pińkowscy przyjechali, był bunt i łzy, dzieci nie chciały jeść, pić i
            chodzić do szkoły, ale wszystko się unormowało. Do czasu wizyty matki. Jednak
            na pewno do niedzieli nie stało się nic złego, bo dyrektor coś by o tym
            wiedział.

            Poproszona o wyjaśnienie pedagog Teresa Łaba przyznaje jednak, że następnego
            dnia po przyjeździe zdarzył się incydent odebrany przez 17-letnią Julitę
            Pińkowską jako napastowanie. Jeden z wychowanków dotykał ramienia dziewczyny, a
            potem ścisnął jej dłoń jak przy przywitaniu.

            - Chciał zwrócić na siebie uwagę. To czternastolatek, który z powodu opóźnień
            rozwojowych nie zawsze zdaje sobie sprawę ze znaczenia tego, co robi - tłumaczy
            pani pedagog. W notatce służbowej sporządzonej tego dnia przez pedagoga czytamy
            natomiast, że chłopiec ten również pocałował Julitę oraz chciał, żeby i ona go
            pocałowała. Julita jest dzieckiem specjalnej troski. Boi się sama wychodzić z
            domu. Ma 17 lat.

            - Kto ja jestem, żeby mnie dotykać? - oburza się, drżac, Julita. - On mnie
            chwytał za ramiona, za biodra, i pocałował nie raz, tylko kilka razy. Dopytywał
            się, czy mam chłopaka. Przestraszyłam się. Jak go wypraszałam z pokoju, to się
            rzucał i bił najmłodszego brata.

            Paweł Pińkowski potwierdza. Oberwało mu się nie tylko wtedy. W niedzielę,
            podczas wizyty mamy i babci, syn pracowniczki trzemiętowskiego domu dziecka
            uderzył go w twarz. Dopiero po interwencji dorosłych przeprosił Pawła. - Czemu
            ja nic o tym nie wiem? - dziwi się dyrektor. Tłumaczy, że u nich w domu dziecka
            patologii nie ma. A jeśli się zdarzają, to sporadycznie. - Przy 56 wychowankach
            bywa, że ktoś wpadnie na głupi pomysł. I na tym się kończy.

            Za krótko tu są...

            Dom Dziecka w Trzemiętowie jest, jak twierdzi dyrektor, bardzo bogatym domem
            dziecka. Utrzymanie jednego wychowanka kosztuje tu około 1750 zł.

            - W domu rodzinnym te dzieci były wychowywane jak zwierzątka. Chcemy zadbać o
            ich edukację, zdrowie, dać im inne spojrzenie na świat. Realizujemy autorski
            program - gromady wychowawcze - wspomagany przez psychologów i pedagogów.
            Wychowawca zajmuje się najwyżej siedmioma wychowankami i sprawdza wszystko: czy
            ktoś ma chusteczkę do nosa i czy ma zaspokojone wszystkie potrzeby.

            Pińkowscy trafili do pokoi interwencyjnych. Czyściutko, nowocześnie, kolorowo.
            Kuchenka, łazienka, przedpokój. A dzieci płaczą, że im tu źle. Tęsknią za
            rodzicami. Przyznają jednak, że tu jest ładnie, jedzenie dobre, a wychowawcy
            mili.

            Dlaczego więc Żaneta Pińkowska, która od roku znajduje się pod opieką domu
            dziecka, wolała wrócić do przeludnionego pokoju w Cielu?

            - Za krótko tu jest - odpowiada dyrektor. Zdaniem dyrektora Urbaczewskiego, sąd
            uratował dzieci Pińkowskich. Mimo to sam również uważa, że dom dziecka to
            ostateczność:

            - Trafiają do nas dzieci, którym nikt inny nie był w stanie pomóc. Nie wiem,
            czy faktycznie wykorzystano wszystkie formy pomocy gminnej, socjalnej i
            kuratorskiej. Bo po domu dziecka nie ma już nic - prócz zakładów karnych.

            Ewa Adamska-Drgas - Express Bydgoski "


            radca
            • tempus Re: adres - gdzie mozna pomoc 25.03.04, 02:21
              Wpłata na przekaz do matki może w tej sytuacji nic nie zmienić. Może trzeba
              zadziałać jakoś inaczej?

              Dziwi mnie znikomy odzew na takie posty. Ludzie dyskutują, czy kupić dziecku
              buty zimowe za 300 zł z jakiejś skóry (nie pamiętam z jakiej), bo w samochodzie
              zmarzły maluchowi nóżki smile. Czy społeczeństwo jest rzeczywiście tak nieczułe???
              • Gość: uncja Re: adres - gdzie mozna pomoc IP: *.de.ibm.com 25.03.04, 11:16
                "- Rodzina jest niewydolna wychowawczo, nie powinna sprawować funkcji
                rodzicielskich. Lepiej, gdyby dzieci trafiły do placówki w Trzemiętowie, tam
                miałyby godne warunki do nauki - potwierdza stanowisko opieki społecznej
                Alicja Wojtanowska, pracownik Gminnego Ośrodka Pomocy Społecznej w Białych
                Błotach, od 90 roku opiekująca się Pińkowskimi. - Matce wydaje się, że
                zapewnienie dzieciom jedzenia to wszystko. Toleruje fakt, że nie chodzą do
                szkoły. Julita po gimnazjum się nie uczy. Matka miała się zgłaszać do nas co
                dwa tygodnie - nie robi tego. Ojciec nie korzysta z porad terapeuty ze
                świetlicy w Cielu. My pomagamy im finansowo, ale opieka zdrowotna nad ojcem
                to już sprawa lekarzy. Nie mieliśmy też wpływu na decyzję o umieszczeniu
                dzieci w domu dziecka - o tym zdecydował sąd."

                cóż - może ta znieczulica wynika po części z faktu, że nie znam całej historii
                i opieram się tylko na poście od radcy. I nie bardzo współczuję takim rodzicom.
                Dzieciom tak, ale na podstawie tego postu ja mam osobiście wrażenie, że coś z
                tymi rodzicami jest nie tak... nie twierdzę, że dzieci będą szczęśliwsze w
                placówce, ale też niespecjalnym optymizmem napawa mnie wizja pozostawienia tych
                dzieci w rodzinie jak to się mówi "niewydolnej wychowawczo". Jedno ma
                zaburzenia psychiczne, nie pilnują żeby dzieci chodziły do szkoły, żyją z
                opieki społecznej, czy to jest naprawdę taka rodzina, w której powinno się
                dzieci pozostawić? Mają się staczać razem z rodzicami w nędzę, z której nie
                będzie wyjścia, skoro żadnej szkoły nie skończą i nie będą miały żadnej szansy
                na bardziej godziwe życie? mają powielać w przyszłości taki sam scenariusz? Nie
                wystarczy kochać dzieci, w serialu "Kochaj mnie" każdy z rodziców, którym
                odebrano brudne i zaniedbane dzieci też zaklina się na wszystkie świętości, że
                dzieci kocha nad życie... i co z tego?

                Sorry - zaznaczam, że nie znam tej historii, nie czytałam artykułów, a takie
                wnioski nasuwają mi się na podstawie lekutry postu.
                I stąd może znikomy odzew...
                • radca a jednak poszukuje sie rodzin 05.04.04, 17:51
                  " POMOC. Chętnych brakuje, dzieci czekają
                  Przyszywani rodzice

                  W Bydgoszczy jest pięć rodzin zastępczych, pełniących zadania pogotowia
                  rodzinnego. Są też dwa rodzinne domy dziecka. To wciąż kropla w morzu potrzeb.

                  Rodziny zastępcze - w tym dwie utworzone w ubiegłym roku - zapewniły
                  opiekę blisko trzydzieściorgu dzieciom, które przebywały w tych pogotowiach
                  rodzinnych przeciętnie pięć miesięcy. Z powodu zbyt małej liczby takich rodzin
                  aż 49 dzieci do dziewiątego roku życia trzeba było w tym czasie umieścić w Domu
                  Dziecka "Filipek" przy Stolarskiej. W tym roku Miejski Ośrodek Pomocy
                  Społecznej planuje powołanie kolejnych dwóch rodzin zastępczych typu pogotowie
                  rodzinne, na co w budżecie miasta zagwarantowano fundusze. To jednak zbyt mało.
                  Lepiej u siebie
                  Nie lepiej wygląda sytuacja z rodzinnymi domami dziecka. Obecnie w
                  Bydgoszczy są dwie takie placówki: przy ulicy Rozłogi i Morszczukowej. Przebywa
                  w nich trzynaścioro wychowanków. Innych miejsc - nie instytucji - dla dzieci
                  powyżej 9-go roku życia, w mieście po prostu nie ma. Alternatywą są jedynie
                  placówki opiekuńcze w innych powiatach. Bydgoski MOPS jest wówczas zobowiązany
                  do ponoszenia kosztów utrzymania tam dzieci. A miesięczne utrzymanie wychowanka
                  kosztuje przeciętnie 2-2,5 tys. zł. Dlatego też na ostatniej sesji Rady Miasta
                  radna Hanna Bogucka, przewodnicząca komisji rodziny i polityki społecznej,
                  wnioskowała o tworzenie w Bydgoszczy rodzinnych domów dziecka.
                  - Rzeczywiście bardzo potrzeba nam więcej takich miejsc - przyznaje Ewa
                  Taper, zastępca dyrektora MOPS-u. - Dwa rodzinne domy dziecka i pięć rodzin
                  zastępczych typu pogotowie rodzinne na takie duże miasto, to niewiele. Problem
                  widzimy przede wszystkim w braku rodzin, chętnych do podjęcia się opieki nad
                  tymi dziećmi.
                  Z otwartymi ramionami
                  MOPS szuka kandydatów na rodziny zastępcze - niespokrewnione - dla dzieci
                  ponaddziewięcioletnich, które opuszczają "Filipka" i z konieczności trafiają do
                  kolejnych instytucjonalnych domów dziecka. - Chcemy tego uniknąć - mówi Ewa
                  Taper. - Jeśli są chętni i zdecydują się stać taką rodziną, mogą zgłaszać się
                  do naszego Ośrodka Adopcyjno-Opiekuńczego przy ulicy Obrońców Bydgoszczy 1.
                  Rodziną zastępczą może zostać małżeństwo (najlepiej, aczkolwiek
                  niekoniecznie, mające swoje dzieci), ale także osoba samotna. Kandydaci powinni
                  mieć stałe zameldowanie w Polsce, odpowiednie warunki mieszkaniowe, stałe
                  źródło utrzymania, w przeszłości nie mogli być karani ani pozbawieni władzy
                  rodzicielskiej wobec własnych dzieci. Po zakwalifikowaniu przez komisję ośrodka
                  adopcyjnego kieruje się ich na bezpłatny, trzymiesięczny kurs, po którym
                  otrzymują - lub nie, bo bywają i takie przypadki - stosowne świadectwo. Rodzina
                  zastępcza powstaje na mocy postanowienia sądu, który po zasięgnięciu opinii
                  ośrodka pomocy społecznej umieszcza tutaj dzieci.
                  Dramaty maluchów
                  - Gdyby takich rodzin było w Bydgoszczy więcej, nie byłoby tylu maluchów
                  w "Filipku" - podkreśla wicedyrektor MOPS-u. - Prawdziwy dramat zaczyna się
                  jednak, kiedy dzieci kończą dziewięć lat i powinny opuścić Stolarską. Trzeba je
                  umieszczać w domach dziecka poza Bydgoszczą, bo w naszym mieście placówki dla
                  takich starszych dzieci po prostu nie ma. Staramy się nie rozdzielać rodzeństw,
                  ale wtedy tez niestety jedynym wyjściem są dla nich domy dziecka. Dlatego tak
                  bardzo zależy nam na tworzeniu kolejnych niespokrewnionych rodzin zastępczych.



                  Katarzyna Karwat
                  5 Kwietnia 2004 "
                  • radca Re: a jednak poszukuje sie rodzin 07.04.04, 21:04
                    uwaga.onet.pl/327658,archiwum.html

                    " 7 kwietnia 2004, 19.45

                    Rodzeństwo spokojny dom znalazło w domu dziecka
                    Odebranie rodzicom dzieci i umieszczenie ich w domu dziecka zawsze jest
                    tragedią. Jednak w przypadku rodziny Pinkowskich z Bydgoszczy, to najlepsze
                    rozwiązanie, by dzieci mogły normalnie żyć.


                    Pinkowscy mają piątkę dzieci. Niedawno dowiedzieli się, że mogą one zostać
                    umieszczone w domu dziecka - ponieważ nie radzą sobie z ich wychowaniem i są
                    bardzo biedni.

                    Problemem rodziny jest ojciec, który jest niezrównoważony psychicznie. Już
                    dwadzieścia razy próbował popełnić samobójstwo. Zawsze robi to na oczach dzieci
                    i żony. Uprzedza ich wcześniej, że będzie chciał się zabić. Ostatnio próbował
                    powiesić się na klamce. Rodzina od lat żyje w ciągłym strachu.

                    Choć wszyscy wiedzą o sytuacji rodziny nikt nie próbował nakłonić mężczyzny na
                    leczenie - a zgodnie z prawem, on sam musi wyrazić na nie zgodę. Opieka
                    społeczna jedyne rozwiązanie problemu widzi w oddaniu dzieci do państwowej
                    palcówki. Ojciec, który terroryzuje żonę i dzieci nie wydaje się być problemem.
                    Sąsiedzi mieszkający obok rodziny twierdzą, że matka dobrze zajmuje się piątką
                    dzieci.

                    - Są biedni, ale dzieci są zadbane – mówi sprzedawczyni ze sklepu.

                    Dzieci mimo wszystko chcą zostać w domu z matką, bronią też swojego ojca. Ten,
                    gdy usłyszał, że dzieci mają zostać zabrane z domu i umieszczone w domu dziecka
                    zagroził, że się zabije.

                    Według psychologów przebywanie dzieci w takim domu, może mieć ogromny wpływ na
                    ich psychikę.

                    - Życie pod tak ogromną presją i terrorem może wręcz wypaczyć rozwój psychiczny
                    dziecka – twierdzi profesor Aleksander Araszkiewicz.

                    Matka o zabraniu jej dzieci nawet nie chciała słyszeć. Mówi, że bardzo je kocha
                    i nie wyobraża sobie domu bez nich.

                    Dyrektor domu dziecka w Trzebiętowie uważa, że dom dziecka to ostateczność.

                    - My możemy dać dziecku pokój czy jedzenie, ale nie jesteśmy w stanie dać mu
                    miłości rodzicielskiej, a to jest najważniejsze.

                    W trakcie zbierania materiału do reportażu okazało się, że dzieci zostały
                    zabrane do domu dziecka. Na święta będą mogły przyjechać do rodziców. Podobnie
                    będzie z wakacjami. Jeśli ich matka znajdzie pracę, a ojciec zdecyduje się na
                    leczenie, być może będą mogły wrócić do domu. "
                    • radca jak to widza inni ? 07.04.04, 22:15
                      " dzieci w domu dziecka

                      umieszcenie dzieci w domu dziecka jest na ten czas dobrym wyjściem ale
                      najważniejsze jest dla dobra dzieci zamieszkanie ich z matką w jakimś skromnym
                      mieszkaniu bez tego cudownego ojca to wstyd żeby ojciec tak poniewierał
                      własnymi dziećmi ale często się tak dzieje, że dorośli ludzie są jeszce
                      durniejsi a może postawiono złą diagnozę, że ten człowiek jest zdrowy a co to
                      znaczy, że chory człowiek musi wyrazić zgodę na leczenie, mamy chore prawo, czy
                      to jest w porządku, że ojciec odbiera sobie życie na oczach dzieci. tą sprawą
                      powinien się zająć ktoś kto wyciągnie pomocną dłoń do tej matki, przecież nie
                      oszukujmy się można załatwić jakiś kąt gdzie będą mogły spać spokojnie w co
                      bardzo wątpię, już w tej chwili dzieci wymagają pomocy psychologa jeżeli jej
                      nie otrzymają to odbije się na ich psychice więc nie patrzmy na to obojętnie i
                      musimy działać w takich sprawach, no cóż wspaniały ojciec, taki bohater proszę
                      ma teraz szanse pokazać na co go stać, przecież to jest chore, chory ojciec,
                      chore prawo ale ratujmy tą matkę i dzieci przecież jest ich coraz mniej a my
                      dorośli wszczepiamy im zarazę, która będzie procentować kiedy wejdą w dorosłe
                      życie i będą tak samo postępować jak ten zdrowy ojciec, jak on jest zdrowy, to
                      ja jestem chora. to wszystko co mogę dać do zrozumienia wszystkim ktorzy mogli
                      by wyciągnąć pomocną dłoń



                      ~matka z Opola, 2004-04-07 21:09 "
                      • radca Re: jak to widza inni ? 08.04.04, 16:50
                        " Zająć się ojcem

                        Powinni zająć się ojcem. Wysłać go na specjalną terapię do psychoterapełty. Ten
                        zajął by się nim odpowiednio. Dzieci powinni zostawić przy matce, bo w niej
                        mają prawdziwe oparcie, a nie u obcych ludzi. Zresztą dzieci i matka też
                        powinni uczestniczyć w terapi dla polepszenia ich zdrowia psychicznego.
                        Najlepsze to odseperowanie ich od ojca. Według mnie pomoc społeczna, która miał
                        się zająć tą rodziną nie wywiązała się z zadania. A kiedownictwo tego Ośrodka
                        Pomocy Społecznej powinno się poważnie zastanowić nad swoimi pracownikami i ich
                        dalszym zatrudnieniem, bo widać, że te osoby nie znają się na rzeczy. Zamiast
                        pomóc mogą jeszcze bardziej zaszkodzić psychice dzieci, a potem trudno będzie
                        to odwrócić.


                        ~Basia (Teska), 2004-04-08 13:46 "
    • mrrr pytanie do radcy 30.04.04, 02:35
      A co mozna zrobic, jesli nie ma sie mozliwosci pomoc im finansowo? Czy jest
      jakis list z protestem, pod ktorym mozna sie podpisac, gdzies wyslac? mowiac
      szczerze nie mam czasu, by zajac sie poszukiwaniem form protestu i osob
      decyzyjnych na wlasna reke, ale widze, ze Pan jest w te sprawe glebiej
      zaangazowany i lepiej poinformowany- prosze o podpowiedz, link, telefon, adres,
      wskazowke... i z góry dziekujesmile.
    • leksheygyatso Re: TRAGEDIA - czy mozemy im jakos pomoc ? 30.04.04, 13:00
      NAMO AMITABHA BUDDHA
      Witam,
      napewno nie wolno tego tak zostawic.
      w tym przypadku zachodzi bowiem uzasadnione podejrzenie popełnienia przestepsta
      i nalezy to zgosic do miejscowej prokuratury i ona z URZĘDU wszczyna
      postepowanie wyjaśniające.
      Nalezy równiez złozyc skarge do Wojewody
      Kontrole i nadzór nad domami dziecka należą bowiem
      w województwach do wydziałów polityki społecznej.
      Najlepiej dowiedzieć sie o szczególu w
      Biurze Rzecznika Praw Dziecka
      ul. Śniadeckich 10
      00-656 Warszawa

      biuro przyjmuje codziennie w godzinach 08.15-16.15
      w czwartek 10.00-18.00
      Telefon informacyjno-interwencyjny:
      (22) 696 55 50
      czynny: codziennie w godz. 8.15-20.00,
      fax: (22) 629 60 79 (całodobowo)

      Adres poczty elektronicznej:
      rzecznik@brpd.gov.pl
      pozdrawiam i ściskam prawicę
      lekshey

Pełna wersja