daga_j
15.03.11, 12:58
Jestem zdenerwowana zaistniałą sytuacją, choć może przesadzam i dlatego tu piszę, byście mnie trochę ostudziły. Moja córka nie chodzi na religię w szkole, jest pierwszoklasistką ale startującą jako 6 latka, czyli nie ma jeszcze ukończonych 7 lat. Teraz u nich w szkole są rekolekcje tj. nie ma zajęć lekcyjnych, dzieciaki chodzą do Kościoła na 11. Widziałam na plakacie zawieszonym w szkole, że dla klas 1-3 są msze o 11:00. Ale nas to nie dotyczy, więc córka miała wolne dni. Jednakże na dziś rano zaplanowany był taki międzyszkolny konkurs i mieli zbiórkę o 8 rano w naszej szkole, mieli jechać do innej szkoły na ten konkurs z jednym nauczycielem-opiekunem. Nie znam go akurat. Zapytałam kiedy wrócą, powiedział mi wprost, że nie wcześniej niż o 11. No to byłam w szkole za 5 jedenasta i czekam na dzieci. Wzięłam sobie nawet książkę wiedząc, że takie konkursy mogą się przedłużać więc spokojnie sobie czytałam pół godziny. Nagle widzę idzie ten pan, ale sam, zaczęłam się niepokoić choć jego mina nie zdradzała żadnej tragedii. Podeszłam i pytam gdzie są dzieci? A on zdziwiony moim pytaniem mówi, że na rekolekcjach. Chyba mi szczęka opadła ze zdziwienia. Dogadaliśmy się jakoś i dowiedziałam się, że z konkursu przybyli do szkoły o 10:30 i przed szkołą były już inne dzieci zebrane czekające na wyjście do Kościoła z innymi nauczycielami. I po prostu te dzieci z konkursu rozdzieliły się, każdy do swojej klasy dołączył i poszli do kościoła. Ja mówię jak to możliwe, moja córka nie chodzi na religię, kto ją wziął do Kościoła?! No i oczywiście kręcenie głową, że on nie wiedział. Odgadłam, w którym to może być kościele, i poszłam tam zdecydowana odebrać dziecko nawet w środku mszy - nie znam się czy ktokolwiek zwróciłby na to uwagę, ale miałam to gdzieś. Zanim tam doszłam to chyba się skończyło bo przed kościołem było dużo dzieci, jacyś nauczyciele, rodzice, znalazłam grupkę, w której była moja córka. Opiekował się nimi inny nauczyciel, którego znam, i oczywiście wymigiwał się, że wziął córkę bo nie wiedział, że ona nie chodzi, on bardzo przeprasza. Przemyślałam sprawę i uznałam, że wina leży po stronie nauczyciela biorącego dzieci na konkurs, nikt go nie prosił o przekazanie dziecka by zdążyło na rekolekcje, przecież skoro konkurs miał trwać dłużej to inne dzieci też by nie zdążyły do kościoła i co zostawiłby ich przed szkołą? Pierwszaków? Wprost powiedział mi, że będzie do 11, nie przyszło mi do głowy, że mam uprzedzać go, iż moja nie chodzi na rekolekcje, nie wiązałam w ogóle jednego z drugim.
Czy też winić córkę, że się nie odezwała? Ona przypominam nie ma 7 lat i nie wiedziała co ma robić jak przed szkołą nie zobaczyła mnie, nie wiedziała która jest godzina i za ile minut może się mnie spodziewać. Dołączyła do znanych sobie dzieci i pana i poszła z nimi, gdzieś w rozmowie usłyszała w ogóle, że idą do kościółka i powiedziała mi, że nie wiedziała że to ma jakiś związek z religią (na którą nie chodzi przecież). Śmieszne to, ale czy mam winić dziecko, czy jednak nauczyciela?
Teraz ją uprzedziłam, że ma sama mówić, że nie chodzi na religię, do kościoła, bo widzę, że różne sytuacje mogą się zdarzyć.
Ciekawe co by zrobiła jakby w kościele ustawiła się kolejka do spowiedzi? Poszłaby do konfesjonału i co? Ani be ani me. Mąż mnie oświecił, że pierwszoklasiści nie chodzą do spowiedzi, więc uff.