amaruka
29.09.12, 12:19
Chciałabym na początek wszystkich serdecznie przywitać

Mam 2 dzieci. Starszy syn ma 8 lat i jest dzieckiem z mojego poprzedniego związku. Drugi 2 letni syn jest synem moim i mojego obecnego męża.
Zacznę od tego, że u starszego syna podejrzewam ADHD ( czekamy obecnie na wizytę u psychiatry). Problemy mamy z nim straszne. W szkole jest to oczywiście niezrozumiany ani przez rówieśników ani nauczycieli. Ma założony od 1 klasy zeszyt uwag ( prawie każde dziecko go ma ) i w tym zeszycie ciągle jest mnóstwo uwag.
Mój problem jest bardzo poważny. Zostaliśmy "zaszufladkowani" przez wychowawczynię, mojego starszego syna.
W tym tygodniu, mój mąż i nasze dzieci poszli do teściów i teściowa dzieci wzięła na spacer. Starszy syn po raz kolejny uciekł nie wiadomo gdzie. Teściowa szukała go po osiedlu przez 2 godziny. Potem, mąż z teściem. Zaczęło się ściemniać i mąż jeszcze raz poszedł go szukać. Razem z teściem rozdzielili się i każdy szukał gdzie indziej. Nawet rozważali czy nie zadzwonić na policję, bo robiło się coraz ciemniej. Na szczęście syn dobrze zna okolicę, bo mieszkamy nie daleko teściów.
Mąż go znalazł bawiącego się o zmroku z kolegami ze szkoły. Chciał go zabrać, ale syn nie chciał iść. Wziął go za rękę i odciągnął go od kolegów. Syn zaczął się szarpać, bo nie miał zamiaru wracać. Mąż go szarpnął i syn wywrócił się na trawę i syn zaczął potwornie krzyczeć jakby go obdzierano ze skóry. Mąż go podniósł i wyniósł. Po drodze spotkali teścia i wrócili do domu teściów, było już bardzo ciemno.
Rano syn poszedł do szkoły. Godzinę później miałam telefon od wychowawczyni syna. Prosiła żebym jak najszybciej przyszła do szkoły, bo chce ze mną porozmawiać.
Na miejscy dowiedziałam się, że ktoś był w szkole w mojej sprawie i zeznał, że widział jak mąż syna wywrócił na trawę i prawdopodobnie brutalnie skopał, bo dziecko krzyczało!!! Koledzy potwierdzili że o naszego syna chodziło, ale oni nie widzieli co się stało, bo było ciemno, nawet lamp tam nie było.
Byłam oburzona w tym pokoju nauczycielskim, bo jak ktoś mógł widzieć takie zdarzenie przed 20-stą gdzie jeszcze lamp nie było.
Nauczycielka zaczęła mnie wypytywać o sytuacje rodzinną. Pytała nawet czy mój mąż mnie nie bije i jeszcze młodszego syna. Kompletne bzdury!!!
Jeszcze stwierdziła, że mój mąż jest OJCZYMEM, no tak mieć ojczyma TO OD RAZU CHYBA PATOLOGIA! Bo tyle się podobno słyszy o ojczymach katujących pasierbów!
TO jest naprawdę chore.
Szczegółowo przepytała syna. Syn powiedział, że czasem dostał klapsa, ale tylko klapsa, Ale od razu zostało to podpięte pod MALTRETOWANIE. Zamanipulowano nawet "zeznanie" syna. Gorzej pochopnie stwierdziła, że być może złe zachowanie syna jest spowodowane maltretowaniem!!!
Najlepsze jest to, że nic takiego nie ma miejsca, bo mój syn jest bardzo zżyty z mężem. Ciągle się razem bawią, oglądają bajki, czytają komiksy, jeżdżą na wycieczki rowerowe itp...
Nauczycielka, jeszcze dodała z łaską, że nie poinformuje pedagoga szkolnego, ale BACZNIE będzie syna obserwować. Zapytałam z ironią, czy teraz każdego siniaka na kolanie nabitego na podwórku, będzie traktowała jak znęcanie się? Nic nie odpowiedziała na ten temat, tylko dodała, że w razie czego mogę na nią liczyć! Brzmiało to tak jakby te słowa były wypowiedziane do ofiary przemocy.
Rozumiem procedury procedurami, ale ja już na wstępie i moja rodzina byliśmy zaszufladkowani jako "patologia", pani tak mocno w to uwierzyła, że nie słuchała moich argumentów.
Wczoraj byłam w szkole, bo musiałam donieść zaświadczenie. Nauczycielka była oziębła, mówiła coś o nowych uwagach. doszła jeszcze pani z angielskiego, taka zawsze miła była a teraz naskoczyła na mnie z pretensjami o zachowanie syna. Nagle wszyscy stali się nie mili i lekceważący!!!
Nie chcę tego tak zostawić, ale nie wiem co robić!!!!!!!
POMOCY !