sonrisa06
21.11.14, 05:31
Na wczorajszej wywiadówce został poruszony temat mikołajków. Chcieliśmy coś ustalić i nic z tego nie wyszło. Konstruktywnie rozmawiało może z siedmiu rodziców na 27 osobową klasę (2 kl sp), reszta niezadowolona i negująca wszystko. Pomysłów konstruktywnych poza moimi, dziewczyn z trójki i jednego taty brak.
Wyjście do kina proponowane przeze mnie nie przeszło. Na gry proponowane przez jednego tatę kręcili nosem. Książka absolutnie! Broń Boże!
Budżet mamy do 20zł, pieniądze klasowe są, nie trzeba przeprowadzać żadnej zbiórki. Myślałam, że to będzie formalność ustalić co kupujemy dzieciom i czy w ogóle kupujemy, czy może to kino lepiej.
Oczywiście większość mruczała pod nosem, że oczywiście prezenty muszą być, ale nikt głosu nie zabrał. Poza wymienionymi wyżej.
A najbardziej mnie wkurzył fakt, że w ogóle nie słuchali kiedy ktoś zabierał głos. Gapili się gdzieś na sufit, albo łeb spuścili i żadnej reakcji ani me, ani be. A zadawane były konkretne pytania i nic.
Ja nie wiem, czy ja jestem jakaś dziwna, ale uczono mnie, że jak ktoś coś mówi, to chociaż z grzeczności się słucha.
Oczywiście wszyscy byli za tym, żeby prezenty były, ale żeby jak najmniej wydać. A te malkontentki, które wszystko krytykowały mruknęły w końcu pod nosem, że najlepiej same słodycze i najlepiej za 5 zł.
Wy też tak macie? W klasie mojej córki są świetne mamy, ale jest ich garstka, a reszta wiecznie niezadowolona, wszystko negująca, ale nic nigdy nie proponująca i rozmemłana.
Jak u Was przebiegają takie rozmowy, kiedy trzeba coś ustalić?