kordianna
05.12.05, 14:23
Witajcie,
Mam problem z moim dzieckiem. To 13-letnia dziewczynka. W klasach 1-3
problemów z nauką miała niewiele, była bardzo cicha i spokojna, ale nie miała
w klasie żadnych koleżanek. Na osiedlu zresztą też - niestety, jesteśmy
zmuszeni mieszkać tam, gdzie nie ma prawie żadnego dziecka w jej wieku. Nie
umiała się bronić, ciągle jej dokuczano. Później jednak rozbili jej klasę
(nie wiem, z jakich przyczyn, chyba ekonomicznych) i kazano jej uczniom
przenieść się do innych klas (każdy mógł ją wybrać), więc córka to także
zrobiła. Była zadowolona, ale teraz już nie jest tak, jak kiedyś...
Kłopoty z nią zaczęły się kilka lat temu, w czwartej klasie podstawówki.
Zaczęła przeszkadzać nauczycielom na lekcjach, we wszystkim musiała postawić
swoją "kropkę nad i", rysowała na podręcznikach (za które przecież musiałam
zapłacić!) nieprzyzwoite rysunki, była wulgarna. Wychowawczyni wiele razy
interweniowała w jej sprawie, moja córka wielokrotnie była też u pedagoga
szkolnego, co na chwilę poprawiło jej sytuację.
W piątej i szóstej klasie przestała taka być, ale mam z nią inne problemy - w
ogóle nie chce się uczyć. Twierdzi, że zdecydowana większość tego, czego
obecnie uczą w szkole, to nudne i nieprzydatne rzeczy, które nie mają
zastosowania w dalszym życiu. Zamiast rozwiązywać zadania, pisze listy do
nauczycieli, w których opowiada o swoich poglądach na szkołę i edukację.
Niedawno miała sprawdzian z geografii, w którym było takie zadanie (zadania
były z podręcznika, więc mogę zacytować):
"W okresie zimowym w Polsce obowiązuje czas środkowoeuropejski. O której
godzinie zatelefonowałbyś do kolegi z Nowego Jorku, aby złożyć życzenia
noworoczne, gdy u niego jest północ?"
Moja córka w odpowiedzi na te pytanie napisała na kartce: "ważne, że w ogóle
będę pamiętać o nim i złożę mu życzenia, nie jest istotne, kiedy". Mnie to
trochę zszokowało, większość dzieci rozwiązała to zadanie.
Byłam z córką w poradni psychologiczno-pedagogicznej. Uznali, że ma
dyskalkulię, czyli dysleksję matematyczną. Ma obniżony poziom wymagań z
matematyki, ale z innych przedmiotów jakoś musi sobie radzić. Problem jednak
w tym, że ona w ogóle nie chce się uczyć! Dobre oceny ma tylko z języka
polskiego, informatyki i religii, reszta przedmiotów ją nie interesuje. Na
wszystko ma swoją odpowiedź, swoją teorię. Fizyka? - "Nie muszę wiedzieć,
jakie siły działają na drzwi, kiedy je popchnę, bo to jest w życiu
nieprzydatne. Ważne, że je w ogóle zamknę." Geografia? - "Ten przedmiot to
pomyłka. Co związanego z geografią mają na przykład takie rodzaje chmur i po
co to jest potrzebne, kiedy już dawno wynaleziono prognozę pogody, a te
południki, równoleżniki i inne takie też są nieprzydatne". Historia? - "Co
było, a nie jest, nie pisze się w rejestr, nie trzeba zaglądąć w przeszłość,
trzeba żyć przyszłością i teraźniejszością".
To zresztą tylko niektóre z jej "teorii". Poradźcie, bo jestem załamana.
Córka nie ma żadnych przyjaciół, odkąd naczelny klasowy "kozioł ofiarny"
przeniósł się do innej szkoły, dziewczyny z jej klasy bardzo się na
nią "uwzięły". Sama mówi, że traktują ją, jak śmiecia - znów jej słowa.
Znęcają się nad nią, wrzucają jej plecak do kosza na przerwach, łapią ją
(przepraszam za to wyrażenie) za piersi (jest bardzo wyrośnięta w
przeciwieństwie do innych klasowych koleżanek, u której takowe się jeszcze
nie pojawiły), wyśmiewają się z jej, z jej upodobań i trudności, oskarżają ją
o całowanie się z chłopakiem, którego w życiu nie widziała na oczy (córka
uważa, że chodzenie z chłopakiem w wieku 13 lat jest chore - najpierw kocha,
potem rzuci i dziewczyna cierpi). Działają na jej szkodę mówiąc jej starszym
koleżankom (które też powoli tracą do niej zaufanie) nieprawdziwe informacje
na jej temat, które zniechęcają starsze dziewczyny do kontaktowania się z nią
(są to głównie osoby z grupy modlitewnej działającej przy kościele). Klasowe
rówieśniczki mówią mojej córce w oczy, że jest "konfidentem", a przecież same
są nienajlepsze (poza tym, na Boga, córka musi komuś powiedzieć o tym, jak ją
traktują).
Nie mogę już dłużej patrzeć na to, jak wygląda życie mojej córki. Przyjaciół
zero... ani w jej wieku, ani tych starszych, które szczerze mówiąc ją olewają
(u dwóch osób w grupie, o której pisałam wyżej jest już spalona z różnych
przyczyn), mało kto ją lubi. A ja uważam, że moja córka nie jest wprawdzie
doskonała, ale jest wartościowym człowiekiem. Okropne jest patrzenie na to,
jak cierpi.
I na dodatek jeszcze nie chce się uczyć, przez to traci swoją życiową
szansę... Na lekcjach tylko siedzi i pisze wiersze i piosenki, które później
nagrywa w domu na mikrofon do komputera, a mnie uszy bolą, bo przez jej wycie
nie słychać telewizora. Poza tym powiedziała, że planuję napisać powieść dla
młodzieży - ale ja wolałabym raczej, żeby odrobiła chociaż raz lekcje z
fizyki lub geografii...
Ufff, wygadałam się. Przepraszam, że takie długie, ale musiałam to napisać.
Co o tym myślicie? Jakieś rady? Opinie? Sugestie?
Pozdrawiam.