dzieci po rozwodzie

IP: *.stacje.agora.pl 26.11.02, 13:42
W �Wysokich Obcasach� przygotowujemy tekst o sytuacji dzieci po rozwodzie rodziców. Czy udaje im
się ocalić relacje z obojgiem rodziców? Szwedzi coraz częściej po rozstaniu wymieniają się dziećmi -
tydzień mieszkają u mamy, tydzień u taty. A jak to jest u nas? W Polsce dzieci na ogół pozostają z
matkami. Czy po rozwodzie ojcowie wystarczająco zajmują się swoimi dziećmi? A może szybko stają
się jedynie niedzielnymi tatusiami? Albo w ogóle znikają z życia dziecka?
Jeżeli doswiadczyliście jakoś rozwodu - rozwiedliście się lub jesteście dziećmi rozwiedzionych
rodziców - napiszcie jak to się ułożyło u Was.
    • Gość: mamusia Re: dzieci po rozwodzie IP: *.proxy.aol.com 26.11.02, 17:38
      jestem dzieckiem rozwiedzionych - byl tata na niedziele (ale prawie na kazda),
      na narty, plywalnie i inne rozrywki. nie na problemy.
      • Gość: bianka Re: dzieci po rozwodzie IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 30.11.02, 21:48
        Moje dziecko nie straciło ani ojca, ani kontaktu z jego rodziną. Cenię moich
        byłych teściów m.in. za to, że zawsze służyli pomocą, mimo naszego rozwodu.
        Przez pierwsze lata musiałam korzystać z ich pomocy, jak mała była chora, bo po
        prostu nie miałam jej z kim zostawić. Nie powiem, że wszystko i zawsze
        przebiegało bezproblemowo - miłość miłością, a jak chciałam podwyższenia
        alimentów (na 250 zł!), to afera! Ale na szczęście byłam w takiej sytuacji, że
        byłam w stanie wychować dziecko bez finansowej pomocy ojca i machnęłam na to
        ręką. Ważniejsze dla mnie było to, że spędzają razem weekendy i wakacje,
        dzwonią do siebie w tygodniu. Pewnie, miałam mnóstwo uwag co do jakości tego
        czasu (siedzenie przy komputerze), ale widać nie wszystko można mieć... Cieszę
        się że udało mi się uniknąć konfliktów i moje dziecko czuje się dobrze będąc
        zarówno z tatą i jego dziewczyną, jak i ze mną i moim partnerem. Sęk w tym, że
        trzeba odciąć się od przeszłości, mój konflikt z byłym mężem ustał w momencie
        rozwodu i nie ma po co do tego wracać. Pozwoliło to nam obojgu wyprostować
        nasze relacje na tyle, że spędzamy razem wigilię, czy gawędzimy przez telefon
        jak znajomi. W tej sytuacji chyba najlepiej sprawdza się powiedzenie, że złość
        i nienawiść uderza najbardziej w nas samych, bo nie pozwala zapomnieć, wyzbyć
        się urazy i po prostu iść do przodu.
      • ibisza Re: dzieci po rozwodzie 09.12.02, 03:25
        Dobrze, że Miałaś przynajmniej na niedzielę
        inni nawet tego nie doświadczyli
        albo co gorsze doświadczyli ale czegoś przeciwnego
        nie rozrywki ale ciągłej udręki i poniżenia
    • damakierowa Re: dzieci po rozwodzie 02.12.02, 16:04
      Rodzice rozwiedli sie kiedy zaczynalam liceum. Obie z mlodsza siostra
      zostalysmy z mama. Od tego czasu (ponad 15 lat), ojca widzialam moze 4 razy w
      zyciu, wszystkie przypadkiem: w restauracji, w pociagu, u babci. Obie z siostra
      nie mamy i nie mialysmy z nim kontaktu - to byl jego wybor. Nie pamietam
      zadnego telefonu,prezentu od niego czy kartki z zyczeniami. Jest to dla mnie
      obcy facet. Lata po rozwodzie byly najlepszymi latami mojego zycia rodzinnego,
      oparte na kumplowskich ukladach z mama i siostra. Prawde powiedziawszy, chyba
      powinnam mu byc wdzieczna, ze sie na nas wypial. Czy jestem troche skrzywiona?
      pewnie tak.
      • Gość: As Re: dzieci po rozwodzie IP: *.idk.intel.com / 172.28.172.* 05.12.02, 17:17
        Mialam prawie identyczna sytuacje: rozwod rodzicow na poczatku mojego liceum,
        ja z siostra zostalysmy z mama i przezywalysmy wspolnie wspanialy okres
        przyjazni, bliskosci, zaufania (i tak jest do dzisiaj). Nigdy nie brakowalo mi
        ojca, chociaz on staral sie podtrzymywac z nami kontakt. I chyba jestem
        skrzywiona - tak przynajmniej uwaza moj maz, ktory pochodzi z bardzo
        tradycyjnej rodziny. Wszelkie nasze problemy malzenskie, ktore juz probowalam
        rozwiazac rozwodem) kladzie na karb mojego rozbitego domu.

        damakierowa napisała:

        > Rodzice rozwiedli sie kiedy zaczynalam liceum. Obie z mlodsza siostra
        > zostalysmy z mama. Od tego czasu (ponad 15 lat), ojca widzialam moze 4 razy w
        > zyciu, wszystkie przypadkiem: w restauracji, w pociagu, u babci. Obie z
        siostra
        >
        > nie mamy i nie mialysmy z nim kontaktu - to byl jego wybor. Nie pamietam
        > zadnego telefonu,prezentu od niego czy kartki z zyczeniami. Jest to dla mnie
        > obcy facet. Lata po rozwodzie byly najlepszymi latami mojego zycia
        rodzinnego,
        > oparte na kumplowskich ukladach z mama i siostra. Prawde powiedziawszy, chyba
        > powinnam mu byc wdzieczna, ze sie na nas wypial. Czy jestem troche
        skrzywiona?
        > pewnie tak.
    • ewencja Re: dzieci po rozwodzie 02.12.02, 17:05
      Moi rodzice się nie rozwiedliwy pośrednio przeze mnie i rzekomo dla mnie.
      Kiedyś po ogro,mniastej awanturze ojciec powiedział, że już nic nie czuje do
      matki, że są małrzeństwem formalnie. Głównie dla mojego dobra. Obecnie mieszkam
      w domu z obojgiem rodziców,, ale do matki nic nie czuję czasem złość, i
      nienawiść...Uczucie miłości znikło bezpowrotnie. Z ojcem mam dobry kontaklt i
      on mi wystarcza. Obecnie potrzebuję pomocy psychiatry prezeżywam coś czego
      jeszce nie wiem jak nazwać, ale chce żyć...I uważam, że gdyby rodzina
      była "normalna" to ja również nie potrzebowałabym pomocy. ROdziców się nie
      wybiera niestety.
      Ewa
    • Gość: Blondynka38 Re: dzieci po rozwodzie IP: *.siedlce.dialup.inetia.pl 02.12.02, 21:46
      Rozwiodlam się w zeszłym roku w marcu,ale już przed rozwodem mieszkaliśmy
      osobno przez jakiś czas.Przed rozwodem ojciec dziecka bardzo dążył do kontaktów
      z synem, zabieral go do siebie , przyjeżdżał i dzwonił.Aktualnie mieszkam sama
      z synem, mąż z kolejną towarzyszką życia i jej dziećmi.i jakos te kontakty
      stały się jakby rzadsze, telefony także, a nawet zauważyłam,że syn też jakoś
      chętniej zostaje w domu, chociaż nie można powiedzieć,żeby mu tam bylo źle,
      nawet polubił towarzyszkę życia ojca.Oczywiscie, nadal kocha ojca, a ojciec
      jego, ale stwierdzam,ze ten kontakt się rozluźnił.To znaczy, zamiast co
      tydzień, mały jeździ co dwa tygodnie.Ale muszę powiedzieć,że na ogól mogę
      liczyć na pomoc ojca dziecka - oprócz tego,że pracuję, dokształcam się i co
      drugi weekend mam zajęty i w te weekendy mogę liczyć na to,że oni zajmą się
      dzieckiem.W pozostale ja też chcę przebywać z synem więc tak to się ustaliło,
      naturalną koleją rzeczy.Ale.. muszę powiedzieć,że ostatnio czuję się skrajnie
      wyczerpana nadmiarem obowiązków i chyba zrezygnuję z dokształcania, bo same
      dojazdy mnie wykańczają.Na dodatek muszę przynosić pracę do domu,ponieważ
      pracuję w szkole.Wracam zmęczona.Ponadto dopadła mnie depresja i widzę,że coraz
      gorzej sobie radzę.Dochodzę powoli do wniosku,ze chyba będę musiała zrezygnować
      z mojej świeżo osiągniętej samodzielności i niezależności ( najpierw
      nadopiekuńczy i nieco despotyczni rodzice, potem nieudane małżeństwo)i
      przeprowadzić się do rodziców.Obecnie mieszkam daleko od rodziny , ale blisko
      byłego męża.Przeprowadzka więc będzie się wiązać z dalszym osłabieniem kontaktu
      syna z ojcem.Niestety, ja już chyba nie dam dalej rady sama...
      • Gość: aga Re: dzieci po rozwodzie IP: *.gtech.com / 156.24.231.* 03.12.02, 15:02
        Droga "Blondynko38",

        twoj list jest smutnym dowodem na to, ze nawet temat "dzieci po rozwodzie"
        konczy sie wynurzeniami doroslych na temat ich samych. Jak trudno skupic sie na
        tym co czuja dzieciaki, prawda? Niewiele o tym w Twoim liscie.
        Co drugi weekend, ktory mozesz poswiecic tylko sobie, to bardzo duzo, czesto
        nie maja takiego luksusu nawet kobiety z pozornie ulozonym domem, zyjace w
        tzw."pelnej" rodzinie. Coz, mezowie nie zycza sobie miec calego domu na glowie
        przez caly weekend... a twoj byly maz Ci to zapewnia.
        Jestes zmeczona i zniechecona - wiec o tym pisz, a nie o tym, ze byly maz
        zaniedbuje kontakty z Twoim synem...

        Pozdrowienia
        Aga

        Gość portalu: Blondynka38 napisał(a):

        > Rozwiodlam się w zeszłym roku w marcu,ale już przed rozwodem mieszkaliśmy
        > osobno przez jakiś czas.Przed rozwodem ojciec dziecka bardzo dążył do
        kontaktów
        >
        > z synem, zabieral go do siebie , przyjeżdżał i dzwonił.Aktualnie mieszkam
        sama
        > z synem, mąż z kolejną towarzyszką życia i jej dziećmi.i jakos te kontakty
        > stały się jakby rzadsze, telefony także, a nawet zauważyłam,że syn też jakoś
        > chętniej zostaje w domu, chociaż nie można powiedzieć,żeby mu tam bylo źle,
        > nawet polubił towarzyszkę życia ojca.Oczywiscie, nadal kocha ojca, a ojciec
        > jego, ale stwierdzam,ze ten kontakt się rozluźnił.To znaczy, zamiast co
        > tydzień, mały jeździ co dwa tygodnie.Ale muszę powiedzieć,że na ogól mogę
        > liczyć na pomoc ojca dziecka - oprócz tego,że pracuję, dokształcam się i co
        > drugi weekend mam zajęty i w te weekendy mogę liczyć na to,że oni zajmą się
        > dzieckiem.W pozostale ja też chcę przebywać z synem więc tak to się ustaliło,
        > naturalną koleją rzeczy.Ale.. muszę powiedzieć,że ostatnio czuję się skrajnie
        > wyczerpana nadmiarem obowiązków i chyba zrezygnuję z dokształcania, bo same
        > dojazdy mnie wykańczają.Na dodatek muszę przynosić pracę do domu,ponieważ
        > pracuję w szkole.Wracam zmęczona.Ponadto dopadła mnie depresja i widzę,że
        coraz
        >
        > gorzej sobie radzę.Dochodzę powoli do wniosku,ze chyba będę musiała
        zrezygnować
        >
        > z mojej świeżo osiągniętej samodzielności i niezależności ( najpierw
        > nadopiekuńczy i nieco despotyczni rodzice, potem nieudane małżeństwo)i
        > przeprowadzić się do rodziców.Obecnie mieszkam daleko od rodziny , ale blisko
        > byłego męża.Przeprowadzka więc będzie się wiązać z dalszym osłabieniem
        kontaktu
        >
        > syna z ojcem.Niestety, ja już chyba nie dam dalej rady sama...
    • Gość: ojciec Re: dzieci po rozwodzie IP: *.dip.t-dialin.net 02.12.02, 23:36
      Mialy 6 i 5 lat/ dwie córki/,kiedy matka wywiozła je w nieznanym /wówczas dla
      mnie/ kierunku. W malżenstwie nie ukladało się, ich matka oparcie znalazla w o
      wiele starszym od siebie nauczycielu /pracowała wtedy w szkolnym
      sekretariacie/.Silna potrzeba skontaktowania się z córkami uczyniła, że udało
      mi się znalezć ich nowe miejsce pobytu.Próbowałem wyegzekwować zapisane w
      wyroku rozwodowym moje prawo do stałych /dwa weekendy w miesiacu, jedne
      święta, dwa tygodnie wakacji/ z dziećmi kontaktów.Udało mi się to trzykrotnie.
      Kiedy po powrocie do matki i ojczyma dzieci z radością opowiadały o spotkaniu
      z tatą, zabroniono im i mnie regularnych spotkań.Mimo,że jezdziłem, błagałem i
      prosiłem -nic z tego. Wytresowane małe dziewczynki zaczeły deklamować wyuczony
      tekst, ze spuszczonymi główkami: - Nam jest tutaj dobrze, nigdzie nie chcemy
      jechać, chcemy być u mamy. Opiekunowie radośnie wzruszali ramionami, a gdy
      próbowałem mieć wątpliwości, partner matki moich córek proponował mi spotkanie
      z /b.dużym/ psem, albo pomoc w schodzeniu głową po schodach.Z prawomocnym
      sądowym wyrokiem, wsparty miejscowym policjantem, też nic nie zdziałałem.
      Policjant był znajomym matki i jej partnera.Szukałem pomocy w Komitecie Obrony
      Praw Dziecka.Przewodniczącą wówczas była Pani E.Łopatkowa. Przedstawicielka
      Komitetu uczestniczyła w rozprawie dot. egzekucji moich praw do dzieci,
      zapisanych w wyroku rozwodowym.Sąd uznał moje roszczenia, matkę ukarał grzywną
      i ...nic się nie zmieniło.Kiedy stęskniona babcia/ moja matka/ nie mogąc
      pogodzić sie z zerwanym z wnuczkami kontaktem, postanowiła je odwiedzić, po
      kilkugodzinnej podróży / ponad 200km odległości/ kiedy zapukała do drzwi,
      usłyszała od ojczyma na powitanie: - To nie świetlica,że każdy kiedy chce może
      przychodzić! I zatrzasnął drzwi przed nosem.
      Wyjechałem za granicę.Każdorazowy mój przyjazd do Polski,to ponawiane próby
      skontaktowania się z córkami.Owszem pozwolono mi wejść do mieszkania,
      przekazać przywiezione prezenty, upominki i...po kilkunastu minutach
      informowano mnie, żebym wyszedł, bo czas widzenia się skończył.
      Po kilku latach,kiedy obie kontynuowały naukę w szkołach średnich,
      postanowiłem odnalezć je i spotkać się z nimi na neutralnym terenie, bez
      opieki "bezpieki".W gimnazjum znalazlem starszą.Kiedy ją zobaczyłem,nie byłem
      w stanie zatrzymać łez...Pojechaliśmy do drugiej szkoły, do młodszej
      córki.Popołudnie spędziliśmy razem, robiąc zakupy/ciuchy dla obu/. Poprosiły
      mnie o adres, obiecywały stały kontakt,czuły się wyzwolone spod kurateli matki
      i ojczyma. Uwierzyłem. Czekałem. Długo. Zadzwoniła starsza córka. Matka
      wyrzuciła ją z domu, bo powiedziała o seksualnym molestowaniu przez ojczyma.
      Matka sie jej pozbyła, bo nie pasowała do rodzinnego wizerunku. Młodsza była
      grzeczna, potulna, uległa. Po latach obecna sytuacja przedstawia się
      następująco:starsza odrzucała wielokrotną pomoc w życiu, poszła swoją, dziwną
      drogą, otarła się o narkotyki,jest bez pracy, żyje w partnerskim związku
      wychowując dwuipółletniego synka. W pazdzierniku tego roku spedzilismy
      razem/wraz z moją partnerką i naszym 4 letnim synkiem/ urlop w Górach
      Izerskich. Młodsza zdobyła wykształcenie/marketing i zarzadzanie/, pracuje, a
      na dowód, że jej ze mną i jej siostrą nic, absolutnie nic już nie łączy -
      zmieniła nazwisko na takie jakie nosi jej matka i ojczym.
    • capa_negra Re: dzieci po rozwodzie 03.12.02, 07:43
      Jestem dzieckiem rozwiedzionych rodziców, mam 35 lat
      Ich rozwód bardzo zaważył na moim życiu.
      Z mojej perspektywy nastąpił zbyt późno.
      Gdyby rozwiedli się, jak byłam małą dziewczynką pewnie by bolało, ale może bym
      .... rozmawiała z własną matką , z którą nie zamieniłam słowa od 18 lat
      .... była mniej związana z ojcem i wyemigrowała po studiach zamiast wychodzić
      z założenia że „ja mu tego nie zrobię”
      .....wyszła za mąż przed 30
      .....łatwiej podjęła decyzje o urodzeniu dziecka
      .....nie miała wspomnień o sztucznych pustych wigiliach, kiedy to dwoje ludzi
      siadało do stołu i nie miało sobie nic do powiedzenia oprócz „zdrowia życzę”
      Może.... może nie byłoby lepiej, ale na pewno inaczej.
      Długo trwało zanim nauczyłam się blokować w pamięci wspomnienia z tamtych
      czasów wiec i teraz nie będę głębiej szukać w zakamarkach pamięci.
      Jednego jestem pewna - nigdy nie będe utrzymywac związku ze względu na "dobro
      dzieci" one zbyt wiele widzą, słyszą, rozumieją i cierpią.
    • ewencja Re: dzieci po rozwodzie 03.12.02, 16:18
      Blondynka38!
      Wiesz przykre to co piszesz, ale może jesień na Ciebie tak działa, być możę, że
      na mnie też. Spróbuj porozmawiać z kimś z kim się dobrze rozumiesz...A jak nie
      znajdź dobrego psychologa, nie warto czekać! Pozdrawiam serdecznie
      Ewa
    • Gość: Fly Re: dzieci po rozwodzie IP: *.warszawa.cvx.ppp.tpnet.pl 03.12.02, 22:47
      Jeszcze nie rozwiedziona, od 2 lat z kawalkiem mieszkamy osobno. Syn mial wtedy
      10 lat, kiedy po 13 latach malzenstwa postanowilam odejsc od meza.
      Mieszkalismy u mojego ojca, nie bylo klotni, byla obojetnosc, brak
      zainteresowania soba, brak wspolnych tematow, planow. Laczyl nas tylko syn, co
      robi, co jadl, jak w szkole, gdzie spedzi wakacje itp. Wspolne wyjazdy tylko
      dla syna. Postanowilam odejsc z domu z roznych przyczyn (on sie nie zamierzal i
      nie zamierza wyprowadzic) - syn zostal. Powiem wam dlaczego - nie zostawilam
      syna, choc to tak wyglada. To jego (syna) wybor, byl przygotowywany do sytuacji
      kiedy bedzie mial dwa domy. Moglam go zabrac ze soba, wyrwac z jego srodowiska,
      szkoly, kolegow, z jego pokoju, znanego podworka, od dziadka, kota i psa,
      moglam zabrac od ojca. Wiem, ze to byloby dla niego duzym przezyciem - nie
      chcialam mu tego robic, bo juz samo to, ze rodzice przestali mieszkac razem
      bylo dla niego duzym NIEDOBRYM. Przyjezdzalam do domu codziennie, potem co
      drugi dzien, na weekendy syn przyjezdzal do mnie lub w dni powszednie, kiedy
      szkola zaczynala sie pozniej niz o 8.00 (odwozilam go wtedy do szkoly).
      Samowolnie utrzymanie syna wzielam na siebie - calkowite utrzymanie: zycie,
      ubranie, potrzeby szkolne, wycieczki, zabawki, rozrywki, czynsz i oplaty za
      telefony do mnie (tego wymagal tatus). Dzwonilismy do siebie kilka razy
      dziennie, kupilam dziecku tel.kom zeby bylo nam latwiej no i zeby tatus nie
      placil bo ciagle 'plakal' ze on nie ma pieniedzy.(donadam, ze jesli wyjezdza z
      synem - to robi tak sprytnie, zebym nie miala z synem kontaktu, albo wylacza
      komorke syna, albo zostawia ja w samochodzie)...
      Zaczelo sie na swieta, zabieral syna do swojej rodziny, opoznial ich przyjazd,
      zebysmy z synem mogli byc krocej. Syn lubi jezdzic do rodziny meza, wiec nie
      zabraniam, ale maz to wykorzystuje. Do pewnego czasu sytuacja byla 'normalna',
      ale zaczelo sie i trwa do dzisiaj nastawianie syna do mnie negatywnie typu: nie
      pojedziesz na wakacje, bo mama nie da pieniedzy, albo mowienie przy synu ze go
      opuscilam i porzucilam, ze sie nim nie interesuje, w rozmowach telefonicznych
      kiedy syn mogl slyszec tylko ojca maz mowil do mnie: ty jestes chora
      psychicznie, jestes chyba pijana, klamiesz, nie chcesz dobra dla dziecka...itp,
      itd.. Dzisiaj jest jeszcze gorzej - rozpowiada po znajomych rozne rzeczy, w
      szkole u syna sprawia wrazenie ubogiego! syn dostal talon do kosciola na
      paczke, a dobrze nam sie powodzi! Karci syna za nierozumienie lekcji, czesto
      szarpie o co sa miedzy nami klotnie, syn kocha ojca ale chce byc ze mna.
      wynajmuje mieszkanie zbyt dlaeko od szkoly ale juz KUPUJE mieszkanie i niedlugo
      zamieszkamy z moim synem razem. Syn bardzo dojrzal przez ten czas, nie udalo
      sie ojcu nastawic go do mnie zle. Rozmawiam duzo z synem, zreszta widzi, ze
      tatus zaczal mnie wyzywac od...roznych, rwie sie juz nawet z rekami do bicia,
      straszy , ze nie odda mi syna... Mamy swoj swiat z synem i byc moze maja go
      wspolnie z ojcem.. mam kartke syna, ktora napisal do ojca: tato kiedy bedziemy
      zyc normalnie, w porzadku... (dodam, ze jest tam ciagle balagan, ze mimo iz
      daje pieniadze na zycie syna lodowka czesto swieci pustkami, maz karze mi
      zwracac sobie za fryzjera syna 19 zl, za jego gazete, czy basen...a przeciez to
      tez jego dziecko! tez ma pensje - potrafi wydac na pub, przyjaciol i -ki, na
      siebie, potrafi wysprzatac dom, jak ma ktos przyjsc... dziecko to wszystko
      widzi, probowal syn wykorzystywac mnie troche finansowo i wcale sie nie dziwie,
      bo od ojca ciagle slyszy, ze ten nie ma pieniedzy... wiem, ale czy kupno gitary
      jest przekupstwem? nie, bo syn chce grac i gra... jest zdolny muzycznie, jezdzi
      na gokartach... owszem jest dyslektykiem i pokutuje za nim miano gorszego
      ucznia - pani pedagog w szkole bez wiedzy rodzicow rozmawiala z synem o tym, ze
      mimo iz rodzice sa osobno (wieddziala od meza) to, ze go bardzo kochamy itp..
      uwazam, ze powinna nas o takiej rozmowie uprzedzic - wiem, ze syn wie, ze go
      kochamy...i zle reaguje na ingerencje obcych w nasze rodzinne sprawy - bo
      wstydzi sie tej sytuacji... jest madrym dzieckiem...jestem z niego dumna,
      zaluje tylko, ze ojciec uzywa go juz jawnie do utarczek ze mna, ze go nie
      oszczedza psychicznie...
      wiem, ze jestem przyczyna...ze chcac opuscic meza, zatrzeslam spokojnym zyciem
      mojego syna.. byc moze odplaci mi kiedys za to...ale kocham go i wiem, ze syn
      kocha mnie...
      duzo by o tym mowic i pisac, dodam tylko, ze panie psycholog i pedagog dzialaja
      wg schematow, narzuconych zasad postepowania, podchodza do "przypadku" a nie do
      sytuacji dziecka...
      Wiem jedno, maz msci sie na mnie za odejscie uzywajac syna jako karty
      przetargowej, w tym roku syn powiedzial mi, ze wigilie chce spedzic ze mna nie
      z ojcem... to o czyms swiadczy...

      juz niedlugo zamieszkam z synem na stale! oboje sie bardzo cieszymy!
      mam nadzieje, ze wybaczy mi kiedys moja decyzje sprzed 2 lat...
      wazne, ze mamy bardzo dobry kontakt ze soba, ze rozmawiamy, ze szanujemy sie..
      ze syn mi nie pyskuje (mezowi czasami tak)...
      nie stracilam go, mimo wysilkow meza...
      ps' jestem teraz z drugim mezczyzna, ktorego moj syn czasami nasladuje, uzywa
      tej samej wody toalet, graja razem na instrumentach, lowia ryby, imponuje mu
      wiedza,obyciem, widze ze jest dla niego wzorem.. nie idealizuje ojca.. widzi
      szacunek miedzy nami...

      pozdrawiam wszystkie matki i ojcow...
      nie grajcie dziecmi, sa za male zeby zrozumiec...jestescie oboje jego swiatem..

      Fly (34 lata)

      ps' co tydzien czytam Wysokie Obcasy, czasami zagladam na forum....


    • Gość: melba Re: dzieci po rozwodzie IP: *.vic.bigpond.net.au 04.12.02, 14:02
      Mam 29 lat, jestem dzieckiem rozwodnikow. Mama odeszla od ojca gdy mialam chyba
      3 lata, wrocila do rodzicow pod pozorem ze maz nie potrafil zapewnic jej
      minimalnie komfortowej stopy zycia - mieszkal np. w klitce 10m2, z zimna woda w
      zlewie i wpolnym wychodkiem na korytarzu... ale za to w centrum Warszawy! Tak
      wiec mozna powiedziec ze katastrofalna sytuacja mieszkaniowa za komuny
      zruinowala mi zycie smile)) Pisze ze byl to pozor bowiem o wiele powazniejsze
      "wybrakowania" u ojca zawazly na decyzji. Nie byl w stanie zapewnic NIC zonie i
      dziecku (a potem dzieciom) - mieszkania, wyzywienia, jakis warunkow... ot po
      prostu on jakos tak sobie egzystowal, bujajac w chmurach, a co inni (przeciez
      nie obcy!) to on nie wie...

      Mama nigdy nie bronila dostepu ojcu, wrecz przeciwnie - zawsze starala sie
      zebym ja i moja siostra miala staly kontakt nie tylko z ojcem ale i z dziadkami
      z jego strony. Wakacje, weekendy, festyny, swiateczne okazje, wizyty,
      popoludniowe herbatki, itp itd. Formalnie rozwiodla sie z nim dopiero gdy
      mialam lat 11, ale poniewaz ojciec odkad pamietam zawsze byl na dochodne, nie
      bylo to dla mnie szczegolnym szokiem - wlasciewie nic sie nie zmienilo, i tak
      nie mieszkalismy razem. A on dalej regularnie nas widywal.

      To zmienilo sie gdy wyjechalam z mama z Polski (mialam 13 lat) Od tej pory
      kontakt rozluznial sie, az do calkowitego wymarcia. Od poltora roku ojciec nie
      daje znaku zycia a dla mnie jakby nie istnial. Nie odczuwam braku, nie odczuwam
      potrzeby kontaktu, nie czuje nic. Mama (!) wymawia mi ze sie od niego
      odwrocilam, opuscilam - ale ja po prostu nie chce sie juz wysilac... tak jak
      przez cale zycie - inicjatywa zawsze wychodzila z mojej strony, proby kontaktu
      i utrzymania 'znajomosci'. Ile dziecko ma zabiegac o to zeby ojciec je zauwazyl
      i raczyl sie zainteresowac, doglebnie, nie powierzchownie poglaskac po glowce i
      dac cukierek. Ojciec byl bardziej kolega niz rodzicem. Nie interesowaly go
      sprawy takie jak szkola, wyzywienie, choroby dzieci. Ale na wakacyjne
      szalenstwa czy eskapady po lesie byl wspanialy. Tylko ze z tego trudno wyzyc.

      Na pewno mam jakies tam skrzywienia z powodu braku tej 'father figure' w zyciu.
      Do niedawna nie potrafilam np. nawiazywac trwalych, stalych zwiazkow, zawsze
      szukalam mezczyzn starszych, ktorzy mogliby mi zapewnic opieke. Ale z drugiej
      strony jestem bardzo wdzieczna obojgu rodzicom ze potrafili utrzymac
      przyjacielskie stosunki, ze nie zostali razem 'dla dobra dzieci', ze nie bylam
      swiadkiem klotni, czy mrozacego chlodu i obojetnosci, nienawisci dwojga ludzi
      zamknietych w klatce malzenswa klodka o dzieciecej twarzy. A przeciez oni nadal
      sie kochaja... na swoj sposob.
    • Gość: emka Re: dzieci po rozwodzie IP: *.chello.pl 04.12.02, 14:18
      hmmm, mam 32 lata i jestem dzieckiem rozwodników.
      Rodzice rozwiedli sie gdy miałam 7 lat.
      Rozwód moich rodziców zawazył na całym moim
      życiu.Osobistym i zawodowym.
      Na mojej szkole, kontaktach z rówiesnikami w szkole i na
      studiach.Na wielu sferach mojego zycia,uczuciowego też.
      Nawet chyba na tym, jaki wybrałam zawód ( jestem
      nauczycielem-chce chyba "zbawić świat",zeby nie było
      rozwodów). Mam wspaniałego meza i podziwiam go jak znosi
      mój perfekcjonizm ,bo chcę miec rodzinę doskonałą i
      niestety popełniam mnóstwo błedów..
      Rozwód rodziców wpłynał tez na moje relacje z moim dziećmi.
      Troche boje sie pisac o tym na forum.Bo tu róznie
      rozwijają się wątki, a te sprawy za bardzo bolą.Być może
      wiele osób spojrzy na to punktu widzenia rodziców
      rozwodzących się, ja patrzę na te sprawy z punktu
      widzenia dziecka, dorosłego już dziecka rozwodników. Ja
      nie myślałam,że to,ze rodzice moi rozwiedli się będzie
      tak bardzo za mną się ciągnęło.Przez chwilę myslałam,że
      to mineło, ale jednak wraca...Nawet po smierci mojego
      taty, a minęło wiele lat, wiele rzeczy wraca.

      Jestem bardzo negatywnie nastawiona do rozwodów. Myślę,ze
      moi rodzice mogli sprówac życ razem. Mam do ich rozwodu
      bardzo krytyczny stosunek. Zmarnowali życie sobie i mnie.
      Oczywiście różnie w zyciu bywa, ale akurat moi rodzice
      naprawde mogli sie dogadać, ale każde postawiło na swoim.
      Ktos może powiedziec,że mnie łatwo powiedzieć. Nie, wcale
      niełatwo, ale z perpektywy czasu patrząc na ich związek
      wiem,że był do uratownia.

      Moge o tym porozmawiac indywidualnie. Jeśli Ktoś chciałby
      porozmawiać ze mna na ten temat zapraszam do romowy
      email : emka1970@hotmail.com
    • Gość: ela.p Re: dzieci po rozwodzie IP: *.toya.net.pl 04.12.02, 15:48
      Czasami rozwód może być najlepszym pomysłem na życie.Lepsze to niż życie byle
      jak i (jak sie często okazuje) z byle kim.Tak było w naszym
      przypadku.Rozwiodłam sie 8 lat temu gdy syn miał niespełna 2 lata.wiedziałam,ze
      jak tego nie zrobie gdy dziecko jest malutkie stanie sie elementem
      przetargowym,będzie manipulowany a ja trzymana w szachu dla "dobra dziecka". Od
      rozstania (moja decyzja)zabiegałam o kontakty dziecka z ojcem ,inicjatywa
      wychodziła zawsze z mojej strony ale gdy b.mąż zaczął przyprowadzać na
      spotkanie z dwulatkiem dziwnych ludzi(póżniej okazało się,że to mieli być
      świadkowie przeciwko mnie)zostawiłam sprawy ich biegowi.Przestałam
      nalegać,prosić ,przypominać.Na efekty nie przyszlo długo czekać-zapominał, miał
      ważniejsze sprawy .Później stawiał warunki-chciał kontrolowac nasze zycie.Nigdy
      nie dał na dziecko przysłowiowej złotówki a wrzeszczał,że buty za drogie i
      druga kurtka niepotrzebna.wakacje nad morzem i w górach to przesada.
      Przeczekałam,na szczęście synek był mały i niewiele z tego rozumiał.Później
      tatinek zniknął całkiem z naszego zycia .Jak mały dorósł do pytań
      tłumaczyłam,że tata w Warszawie ma dużo pracy.Przypomiał sobie o dziecku gdy
      miało ponad 4 lata-zjawił sie ,zaprosił na lody i obiecał,że kupi wymarzony
      prezent.Tak jednak długo czekał aż sklepy 0 18 tej pozamykano( nie było jeszcze
      hipermarketów)ale cóż- słynny łódzki Central czynny jest do 20 tej.Pierwszy raz
      w zyciu postawiłam mu sie i uparłam ,ze musi dotrzymac obietnicy i prezent
      dziecku kupić.Wściekł sie ale ..poszedł .Mały wybrał figurkę Batmana za prawie
      40 zł-tatusiowi żyła wyszła i próbował namówic go na autko za 10.Mały też
      pierwszy ( i na szczęście ostatni) raz w życiu uparł sie -to i tylko to.Stary
      skapitulował i kupił.To bzdura ale piszę o tym bo to jest jedyna rzecz jaką mu
      w życiu kupił i jedyne pieniądze jakie na niego wydał.Były oczywiście obietnice
      spotkań i telefonów.Dziecko pytało czy to juz sobota i nie chciało wyjść z
      domu.Trwało to 4 soboty.Syn czekał a ja w drugim pokoju ryczałam z bezsilności
      bo cóż mogłam zrobić a patrzeć jak on czeka na obiecany telefon było ponad
      moje siły.Nie zadzwonił do tej pory .Radziliśmy sobie ,próbowałam być dzielna
      jak każda samotna mama ale serce mi pękało gdy on miał łzy w oczach kiedy w
      przedszkolu był dzień ojca. Nigdy nie mówiłam mu,że jego tata to kawał drania,
      po co???Mój Adam jest wrażliwcem ,duzo z nim rozmawiałam i mimo absorbujacej
      pracy starałam sie poświecac mu czas.Kiedys powiedział-biedny ten mój tata-my
      jestesmy szczęśliwi bo jesteśmy razem a on jest sam....Drugi kryzys przyszedł
      gdy zaczęła się szkoła.W naszej klasie tatowie aktywnie uczestnicza w zyciu
      swoich dzieci.przychodza na imprezy, organizuja rózne atrakcje .Małemu było
      przykro,ze przychodza całe rodziny więc podczas klasowych zabaw ja musiałam
      startowac w męskich konkurencjach .tłumaczyłam ,ze nie zastapie mu ojca a on mi
      odpowiadał,ze za to jestem najlepsza mama na swiecie.
      Acha ,nie popełniałam częstego błedu samotnych mam-nie zamykałam sie w czterech
      ścianach domu i nie "poświęcałam "sie tylko dla dziecka.Piątkowe wieczory
      zawsze były moje-spotkania z przyjaciółmi ,wypady do teatru i kina , na
      koncerty.Obiecałam sobie ,że nie będzie miał żadnych "wujków".Aż przyszło to co
      zapisane było w gwiazdach zakochałam sie z wzajemnoscią( a 2 lata wcześniej
      smiałam sie z powątpieniem,że ułożę sobie życie gdy skończę 33 lata)Byliśmy
      sami ponad 5 lat-teraz jesteśmy we trójkę.Mój facet kocha moje dziecko,traktuje
      go jak własnego syna-ja pobłazam -on udaje surowego .Mają swoje męskie
      sprawy,poświęca mu sporo czasu,uczy go i myśli o jego edukacyjnej
      przyszłości.Wiem,że mój syn poszedłby za nim w przysłowiowy ogień.Ostatnio mój
      10 latek powiedział,że tata to niekoniecznie jest to biologiczny ojciec tylko
      ten kto kocha i opiekuje sie dzieckiem.Mamy tylko jeden kłopot-biologiczny
      tatus nie chce sie zgodzic na paszport-tym sposobem nadal ma wpływ na nasze
      zycie.nie pojedziemy przeciez nad ciepłe morze we dwójke bo to syn marzy o
      siedzeniu w wodzie i nurkowaniu prawie cały dzień.Nie potrafiłabym cieszyc sie
      wyjazdem gdyby on został w domu.Jeździmy więc nad Bałtyk i tez jest dobrze.Ale
      nie pozwole juz eksowi dłużej na decydowanie o naszym zyciu .Pozostał mi sąd i
      stres związany ze spotkaniem kogoś kto jest przeciez juz od dawna obcym
      człowiekiem.Żal,że syn nie ma kontaktu z ojcem ale przecież nie mogłam go
      zmusic do kochania własnego dziecka..samotne wychowanie dziecka to naprawde
      wyzwanie,wiem cos o tym.Nam sie udało przez to przejść teraz na szczęście
      trafiliśmy na kogos kto jest dla nas bardzo,bardzo wazny i stanowimy udana
      rodzine.Rozwód nie jest więc dla mojego dziecka czyms co negatywnie zaważy na
      jego życiu,dla mnie był wybawieniem.Kiedys stara mądra kobieta powiedziała
      mi"pamietaj szczęśliwa mama to szczęśliwe dziecko" Te słowa pamietałam gdy na
      chwilę zawaliło mi się swiat.Trzymajcie sie i nie dajcie sie
      dziewczyny.pamietajcie-SZCZĘŚLIWA MAMA TO SZCZĘŚLIWE DZIECKO.

      ela.p@gazeta.pl
    • Gość: *** Re: dzieci po rozwodzie IP: *.warszawa.adsl.tpnet.pl 04.12.02, 15:52
      mam 29 lat, moi rodzice rozwiedli się kiedy miałam 9 lat, po 10 latach
      małżeństwa, ja rozwiodłam się po 3 latach małżeństwa kiedy moja córka miała 3
      lata. ojciec był niedzielnym ojcem, scenariusz był niezmienny: kino, obiad u
      dziadków, do mamusi. na pewno mnie kochał i kocha, ale ważniejsze dla niego
      były jego sprawy, problemy, kłopoty. popełnił właściwie jeden błąd który
      zaważył na całym naszym życiu - próbował udowodnić mi, że mama "złą kobietą
      jest", że skrzywdziła go a nam zniszczyła dzieciństwo (mama odeszła od ojca bo
      pojawił się ktoś inny, ale po kilku latach rodzice wrócili do siebie na rok i
      wtedy zrozumiałam czemu mama odeszła...) kiedy skończyłam 14 lat miałam odwagę
      powiedzieć, że nigdy więcej nie życzę sobie żeby mówił cokolwiek złego na mamę,
      potem były pretensje, że jestem źle wychowaną smarkulą, która nie ma szacunku
      do ojca...nasze stosunki są poprawne, ale nie dzwonimy do siebie na urodziny,
      kiedy się widujemy on narzeka na brak pieniędzy, zdrowia, szczegółowo opowiada
      mi o problemach z samochodem, kiedy ja mówię o swoich problemach on szybko
      wraca do swoich spraw...pewnie jest ze mnie dumny, że radzę sobie w życiu i
      jestem dzielną kobietą, ale jest mu chyba przykro, że nie ma w tym jego
      zasługi. wiem, że przed znajomymi z dawnych czasów gra wspaniałego ojca który
      wiele mi pomógł...rozwód rodziców, a szczególnie postawa mamy, która
      praktycznie sama nas wychowała, która sprzątała ludziom mieszkania żeby kupić
      nam nowe jeansy lub zorganizować nam wakacje z pewnością miał ogromny wpływ na
      moją decyzję o odejściu od męża. nie bałam się samotnego rodzicielstwa, nie
      bałam się braku pieniędzy, wiedziałam, że można zapewnić dziecku szczęście w
      pojedynkę. zależało mi jednak, żeby mój mąż nie popełnił błędów mojego ojca,
      przez 3 lata walczyłam o uczucia, o zaintersowanie, o spotkania, o ich wpólne
      wakacje... chyba się niestety nie udało. zaślepiony niechęcią do mnie nie
      widział jaką krzywdę robi dziecku. teraz ma nową rodzinę, córkę zabiera do
      siebie raz w tygodniu, nie ma problemów z alimentami i niby wszystko jest ok,
      ale... ale nie jest. córka kocha go, ale z rozmów z nią wywnioskowałam, że on
      czuje się zobowiązana do kochania go i spotkań z nim, bo jest jej tatą a tatę
      TRZEBA kochać, zazwyczaj nie czuje się u nich dobrze, nowa żona jest zupełnie
      inna niż ja, żyją zupełnie inaczej niż my i zupełnie inne wartości sa dla nich
      ważne. przypuszczam, że często ją krytykują za to jak jest ubrana, jak się
      zachowuje, nigdy nie był na zebraniu w szkole, na żadnych zajęciach na które
      cóka chodzi, córka czasem się poskarży, że powiedzieli coś co sprawiło jej
      przykrość, ale zaraz zastrzega, żebym nic ojcu nie mówiła bo się na nią
      obrazi...przykre jest to, że kiedy ma do wyboru dzień u taty a dzień ze mną i
      naszymi przyjacółmi, wybiera drugi wariant... bardziej jest związana z moim
      bratem i narzeczonym mojej przyjaciółki z którym spędzamy wiele czasu niż z
      ojcem... bardzo boję się jak to się odbije na jej zyciu, może lepiej byłoby
      gdyby nie mieli ze soba kontaktu, może popełniłam błąd zmuszając go do bycia
      ojcem...
      • Gość: ja Re: dzieci po rozwodzie IP: 212.106.6.* 04.12.02, 16:37
        Ja tez jestem dzieckiem ktore przezylo rozwod rodzicow. Mam teraz 41 lat, oni
        rozwiedli sie gdzy mialam 11. O dziwo zostalam z moim tata i to on poswiecil
        cale swoje zycie dla mojego wychowania - byl wspanialym kumplem, dyskretnym,
        nie gderajacym moralizatorsko (jak to rodzice dorastajacych dziewczat
        potrafia). Mama odeszla do innego miasta i do innego mezczyzny i widywalam ja
        wlasciwie tylko na Swieta, Wielkanoc i w wakacje. Wtedy mialam do niej duzo
        pretensji, nie rozumialam jej decyzji. Teraz troche wiecej rozumiem i juz nie
        potepiam jej tak kategorycznie, choc uwazam, ze mogla zdecydowac sie na rozwod
        troche pozniej - dla dziewczynki wiek 11 lat jest bardzo trudny i matka jest
        wtedy niezmiernie potrzebna. Po latach docenilam kulture i poziom drugiego
        meza mojej mamy, zawsze mialam dobry kontakt z kolejnymi przyjaciolkami taty.
        Moi rodzice NIGDY nie krytykowali tej drugiej strony w mojej obecnosci - nawet
        do tej pory! Rezultat: Do taty dzwonie codziennie, do mamy pisze e-maile
        codziennie (bo jest za granica). Jestesmy sobie bardzo bliscy. TAK TEZ MOZNA!
        J.

        Jeszcze maly dopisek. Jako 17-letnia dziewczyna pamietam scene u mojego
        kolegi - wchodze do pokoju a tam jego rodzice obejmuja sie i caluja. Bylam w
        szoku! Nidgy nie widzialam moich rodzicow w takiej sytuacji, wydalo mi sie to
        dziwne i "nienormalne". Moi rodzice mieli sporo czulosci dla mnie ale nie
        nieli tej czulosci dla siebie.
        • mam-darynka Re: dzieci po rozwodzie 04.12.02, 16:59
          Bylismy z mezem w separacji przez prawie 3 lata tuz po urodzeniu sie mojego
          drugiego dziecka. Tak sie zlozylo, ze nie umielismy sie kompletnie ze soba
          porozumiec - wina na pewno byla po obu stronach. Syn mial prawie 6 lat gdy tata
          sie wyprowadzil, corka niecaly rok. Poniewaz tata wyprowadzil sie za miasto,
          moglismy synowi tlumaczyc, ze to z powodu pracy ale On i tak rozumial, ze
          miedzy nami nie bylo najlepiej. Bardzo sie oboje staralismy zachowywac
          kulturalnie i odpowiedzialnie ale czasem kazdemu sie wymsknie jakies slowo czy
          zrobi jakas nieodpowiednia mine.
          To, ze nam sie udalo porozumiec to skutek strasznego wypadku w mojej rodzinie -
          stracilam siostre. Moj maz okazal sie wtedy najlepszym przyjacielem i
          wsparciem, On sam chyba tez zrozumial jak wiele dzieci i ja dla Niego znaczymy.
          To bylo powoli - to wracanie do siebie ale byl taki jeden wieczor przy ognisku
          kolo Jego domu, gdy przyjechalam odebrac dzieci po weekendzie, ze
          powiedzielismy sobie "wszystko" i zaczelismy planowac wspolna przyszlosc
          jeszcze raz.
          Moj syn jest teraz w siodmym niebie - ma 11 lat i kilku kolegow z
          rozwiedzionymi rodzicami. On bardzo dobrze rozumie jak to fajnie jest miec tate
          kazdego dnia a nie tylko w weekendy. Corka ma 6 lat i pewnie nie bardzo wie
          dlaczego taty nie bylo z nami a teraz jest, ale tez sie na pewno czuje
          szczesliwsza majac pelna rodzine.
          Czasem tragiczne wydarzenia w zyciu pozwalaja lepiej ocenic, co ma wartosc i
          daja sile zeby zawalczyc o te jedna osobe.
          Moze to, co pisze nie miesci sie tak dokladnie w temacie dzieci po rozwodzie
          ale moze komus da nadzieje, ze mozna sobie ulozyc zycie mimo tymczasowego
          rozstania.
    • Gość: Serena Re: dzieci po rozwodzie IP: *.acn.pl 04.12.02, 17:34
      Niedługo minie dwa miesiące jak On stwierdził, że nie może mnie już dłużej
      okłamywac i odchodzi.
      Nasza córeczka ma 6 lat.
      Jak wytłumaczyć dziecku coś czego sama nie rozumiem?
      Był moją pierwszą i jedyną miłością. Był wspaniałym i kochającym ojcem. Nagle
      wszystko się skończyło. Ona co wieczór pyt mnie gdzie jest tatuś... Z początku
      kłamałam że pracuje, że wyjechał i nie iwadomo kiedy wróci itp. Któregoś
      wieczoru rozpłakała się i powiedziała mi że to moja wina że tatuś nas
      zostawił. Wtedy nie wytrzymałam i zaczęłam jej tłumaczyc że tatusiowi źle było
      ze mną i nie chce tu dłużej mieszkać ale ją bardzo kocha na pewno i będzie ją
      odwiedzał i zabierał do siebie. Teraz po dwóch miesiącach zapytała mnie czy ja
      jeszcze kocham tatusia. Wykręciłam się jakoś od odpowiedzi bo nie wiem co jej
      powiedzieć: Jeśli powiem "nie" to słamię, jeśli powiem "tak" to ona będzie
      chciała żebym coś zrobiła żeby on do nas wrócił ale nic się nie da zrobić i
      będzie w efekcie mnie za to winiła....
      Bardzo jej smutno kiedy widzi jakiegoś pana bawiącego się z dzieckiem...
      Chociaz rozmawiamy o tym często , ona wciąż pyta o to samo. Nie dlatego że nie
      rozumie, tylo dlatego że nie chce tego przyjąć do wiadomości.
      Zawsze bylismy sczęśliwą i kochającą rodziną, którą wszyscy znajomi stawiali
      za wzór. Sześciolatka nie rozumie dlaczego jej świat się zawalił, a jej mama
      nie umie jej wytłumaczyć czegoś, czego sama nie rozumie i się nie
      spodziewała...
      Mam nadzieję że będę umiała stanowić dla niej podporę, być ojcem i matką a do
      tego przyjaciółką. Chcę żeby mimo wszystko była szczęśliwa....
      • procesor Re: dzieci po rozwodzie 04.12.02, 22:49
        Czy ktos wie - czy jest jakies miejsce w sieci lub w realu gdzie samotni
        rodzice moga nawiazywac kontakty????
        Przepraszam ze nie na temat...
        • Gość: Jerry tata.pl Re dla PROCESORA IP: *.tpnet.pl / *.poznan.cvx.ppp.tpnet.pl 08.12.02, 13:28
          Wskocz na na www.tata.pl oraz np. na forum dyskusyjne www.wstroneojca.ngo.pl.

          A co mojego przypadku, to dziecko nie było u mnie już dwa miesiące - nawet
          wzywam POLICJE, a matka dziecka nie zgadza się abym z córką się widział bez jej
          nadzoru ( próbowała wrobić mnie w molestowanie seksualne córki, jak córka
          została u mnie na noc). Kobiety - matki !!! Zrozumcie, że ograniczając kontakty
          dziecku z ojcem robicie największą krzywdę dzieciom !!! ( nie mówię tu o
          skrajnych przypadkach)- Nie wiesz dlaczego - poczytaj na www.tata.pl. Każde
          dziecko ma prawo do nieograniczonych konktaktów z każdym rodzicem !!!! To jest
          niezbędne dla ich prawidłowego rozwoju !!! Rodzice, gdy nie są już razem dalej
          muszą wspólnie współpracować w celu prawidłowego rozwoju i wychowania
          dziecka !!! ( ustalać wyjazdy - wymieniać się swoimi propozycjami, aby np.
          nagle dziecko w jednym weekendzie nie było dwa razy w ZOO -raz z mama , a drugi
          raz z tatą, lub dwa dni pod rząd grill.)
          Moja córka teraz nie moze się widzieć ze mną, ponieważ na badaniach w RODK była
          znaczącą większość czasu ze mną, mnie prosiła o pomoc, ze mną chciała wracać do
          domu po badaniach ( a nie z mamą i babcią)oraz powiedziała przy "(prze)biegłej"
          że mama kłamie !!
          • procesor Re: Re dla PROCESORA 09.12.02, 00:23
            Procesor jes kobieta. smile
            I szukam raczej koedukacyjnych miejsc coby uniknąć biadolenia na tę druga płec.
    • Gość: :) Re: dzieci po rozwodzie IP: *.acn.waw.pl 04.12.02, 23:07
      jeszcze kilka dni bede sie zastanawial nad opisem mojego przypadku. Prosze
      czas do końca tygodnia.
      • Gość: Asia Re: dzieci po rozwodzie IP: *.marketscore.com / *.ri.ri.cox.net 05.12.02, 01:51
        mam 20 lat, jestem córką rozwiedzionych rodziców. To NAJLEPSZE co mi się w
        życiu przydarzyło. Moj ojciec (uważam, że w bardzo niewielkim stopniu zasługuje
        na to miano) nie szanował mojej Mamy jak należy. To wspaniała kobieta. Czasami
        nie zupełnie nie potrafię znaleść z nią wspólnego języka, ale szanuję ją
        ogromnie.
        Miałam 5 lat kiedy rodzice się rozwiedli. Byłam bardzo bystrą dziewczynką i
        Mama nie próbowała nawet okłamywać mnie, że wyjechał, czy że pracuje daleko.
        Powiedziała mi prosto - rozwodzą się. Wytłumaczyła, że sprawa ma miejsce w
        sądzie, pokazała budynek, w prostych słowach opisała co i dlaczego się zmieniło
        i zmieni. Uważam, że to była bardzo rozsądna decyzja z jej strony, bo dokładnie
        wiedziałam czego oczekiwać ze strony jej "byłego męża".
        Mam najukochanszego Wujka (brat Mamy). dla mnie to on jest najwspanialszym
        Ojcem/Tatusiem na świecie. fantastyczny człowiek. jak byłam mała to On wozil
        mnie w wózku, woził na motorze, na sankach, budował ze mną z klocków, odbierał
        z przedszkola, spędzał ze mną czas i ROZMAWIAŁ. Zawsze Rozmawiamy szczerze o
        wszystkim, jest Wspaniałysmile
        Kiedy miałam kilkanaście lat, rodzice wrócili do siebie.
        Koszmar. Nie ma w domu przemocy fizycznej, nic z tych rzeczy, ale PO CO to
        zrobili??? podejrzewam, że ulegli czyims namowom i argumentom typu "dla dobra
        dziecka". WIem, że Mama nie jest i nie będzie szczęśliwa. To mądra,
        wykształcona, ambitna kobieta. teraz namawiam ją na zdobycie kolejnego stopnia
        w jej zawodzie. Sama przyznała mi że wtedy będzie jej (i mnie razem z Nią)
        znowu żyć na swój rachunek. Trzymam za Nią kciuki.
        To wszystko nauczyło mnie, że nie muszę tkwić w nieudanym związku. Dało mi dużo
        siły i wiarę, że dam sobie radę ze wszystkim. Mama pokazała mi, że ma znaczenia
        czy się jest kobietą czy mężczyzną, jest się CZŁOWIEKIEM, który da sobie radę.
        Niepowodzenia są po to, żeby spróbować jeszcze raz. i kolejny, jeżeli trzeba.
        Powtarzam jeszcze raz, rozwód to najlepsze, co przydarzyło mi się w życiu z
        rodzicami.
    • Gość: Agnieszka Re: dzieci po rozwodzie IP: 213.195.142.* 05.12.02, 15:47
      Mam 30 lat i stoię u progu podjecia decyzji o rozwodzie i choc wiem ze nasze
      małżenastwo nie było silanką z decyzja z wlekam.Bo 7 latach małżeństwa jestem w
      separacji od roku. Nasze małżeństwo nie było sielanką a raczej katastrofą.
      Jedyne co nam wyszło to jest nasz córeczka która ma 6 lat i jest słoneczkiem.
      Mąż miał mieszkanie stare zaniedbane ja chciałam to mieszkanie sprzedać i kupić
      lepsze On się nie zgadzał i od tej pory zaczęły się nasze problemy. Mąż jak
      twierdzi mieścił się na mnie za to że chciałam jego dorobek sprzedać...
      wypominał mi ze mieszkam u niego, ze chodzę po jego podłodze, nawet liczył ile
      razy włączyłam światło, miałam wyliczany czas rozmowy przez telefon...
      utrzymywałam się sama on płacił czynsz i robił podstawowe zakupy ja natomiast
      zaspakajałam swoje i dziecka potrzeby głównie dziecka (tego nie musze
      tłumaczyć). Dzieckiem się nie zaimował a przed ludzmi sparwaiał wrażenie
      dobrego ojca, brał na rece, opowiadał jak ona mąda i co potrafi i nic po zatym.
      Gdy kupowłam zabawki twierdził ze on bawił sie patykami i kamieniami wiec ona
      tez tak mozę , pampersy były za drogie, kurta nie potrzeba. Kiedyś powiedził
      jej ze jak chce oglądac bajke to niech mamusia jej kupi telewizor bo ten co
      stoi to jest jego. Pewnego dnia mąż dostał propozycję wyjazdu do Stanów (ja mu
      odradzałam to). Po powrocie od swych rodziców stwierdził jednak że nie wyjedzie
      bo ja mu sprzedam mieszkanie. Po tych słowach postanowiłam sobie kupić własne
      mieszkanie miałam dość bycia traktowana jako osoba czyhająca na mieszkanie
      męża. O fakcie że mam mieszkanie nie powiedziałam Mu. Pewnego dnia wróciłam do
      domu za wcześnie i zastałam mojego męża z inną... jak to boli, spakowałam się i
      wyszłam. Od tego czasu minęło 1,5 roku. On miał liczne romanse. Teraz twierdzi
      że chce być tylko ze mną i namawia mnie abym wróciła do niego a swoje
      mieszkanie w którym mieszkam z córka wynajęła lub sprzedała. A jeśli nie zgodzę
      się na to on ma już kandydatkę na moje miejsce. Moja córeczka mimo wszytko go
      kocha widze jak się z nim bawi jak ja odwidzi jest szczęsliwa rysuje dla niego
      rysunki. I wygląda kiedy przyjedzie. Sama nie wiem co mam zrobić i co o tym
      myśleć.... boję się a zarazem chciałabym abyśmy byli małżeństwem. Ja wychowałm
      się w szczęsliwej rodzinie pełnej i tak bym chciała aby moje córeczka tez taka
      rodzine miała. Czy warto mu wybaczyć dla dobra aby Ona wychowywała się w pełnej
      rodzinie.
      • Gość: Serena Re: dzieci po rozwodzie IP: *.dhcp.adsl.tpnet.pl 05.12.02, 15:55
        Nie warto.
      • Gość: ela.p Re: dzieci po rozwodzie IP: *.toya.net.pl 05.12.02, 19:44
        Czys Ty zwariowała?????????Myśl o sobie i dziecku.nie bądź św.cecylia czy inna
        męczeńska Matka Polka.Z Twojego listu wynika, ze to tyran i despota a do tego
        Cię zdradza!!!!Kobieto,po ci to??Czy Ty wyznajesz zasadę "żeby pił,zeby bił
        tylko żeby był?"??Przeraża mnie traktowanie Cię,jak mogłas godzic sie na coś
        takiego???Przyznaję jednak,że to mieszkanie które sobie kupiłas przemawia ,że
        nie do końca dałas sie tyranowi.Tu sto punktów dla ciebie!!!Dasz sobie
        radę,myśl też o dziecku!To Ty z nim bierzesz rozwód a nie on z twoim dzieckiem!
        nie utrzymuj na siłę czegoś czego nie ma.pozbądź sie złudzeń nie jestes
        przecież egzaltowaną panienką którą można nabrać na ....no nawet w przypadku
        twojego męża trudno powiedziec na co.romantycznym kochankiem to on raczej nie
        jest.Trzymaj się,będzie dobrze ,dasz sobie radę.jestes dzielna! Nie pozwól
        zrobic sobie z zycia piekła, nie skazuj dziecka na życie w domu, w którym nie
        ma miłości ,przyjaźni szacunku.Jak chcesz to napisz do mnie ela.p@gazeta.pl
    • Gość: i Re: dzieci po rozwodzie IP: 213.105.178.* 05.12.02, 18:00
      mam 25 lat jestem juz samodzielna pracuje. moi rodzice rozwiedli sie 2 lata
      temu jak bylm na studiach w innym miescie wiec w sumie nie powinnam tego
      odczuc. swieta spedzam raz z amam raz z tata - oboje maja nowe rodziny. nie mam
      do nikogo pretensji bo w sumie zadna strona nie jest winna - albo winni sa
      oboje tak samo.tylko ciagle mi sie sni ze rodzice jada samochodem i rojezdza
      ich wielka ciezarowka. mimo ze jestem dorosla samodzielna i mam super kontakty
      z rodzicami.
    • pilz Re: dzieci po rozwodzie 05.12.02, 23:50
      Rodzice rozwiedli sie gdy mialem 13 lat (6 klasa),
      ale w zasadzie nie byli ze soba juz od jakichs
      5 lat wczesniej. W tym czasie ojciec byl czestym
      gosciem (bo mial komu narzekac), a matka "zmusila"
      go by mnie zainteresowal czyms i padlo na sport,
      ktorego do dzis jestem wiernym kibicem - zuzel. smile))
      Z perspektywy czasu oceniam, ze ten rozwod wyszedl
      mi raczej na dobre, bo nie musialem wysluchiwac ciaglych
      awantur, ktore wczesniej byly na porzadku dziennym,
      zas ojciec troche staral sie sprawiac mi przyjemnosci
      i kilka razy zabral mnie w delegacje, ktore czasami
      udawalo sie polaczyc ze spotkaniami wyjazdowymi
      mojej ulubionej druzyny.
      Niestety mialo to takze swoja zla strone, gdyz jestem
      z charakteru bardzo do ojca podobny, co skutkuje
      ciaglym wypominaniem mojej zony (gdy sie o cos
      "poprztykamy"), ze moj ojciec to, moj ojciec tamto
      i ja na pewno tez kiedys ja zostawie..... a mi nawet
      nie chce sie juz jej przekonywac, ze mimo wszystko
      jestem inny.... sad((
      A jestem inny, bo pochodzac z rodziny rozbitej
      mam ogromna potrzebe tworzenia tym razem rodziny
      pelnej.... i jakos to ciagle sie nie udaje.... sad((
      Czasem sie zastanawiam czy to moze faktycznie
      ze mna nie jest cos nie tak.....

      BTW
      Z matka nadal mam dobre uklady i mysle, ze takie
      juz zawsze pozostana, a z ojcem od jakichs 9 lat
      kontakty byly sporadyczne, zas od ok. 4 ustaly
      zupelnie i ..... jakos mi tego nie zal.....
    • Gość: ta przed rozwodem Re: dzieci po rozwodzie IP: *.warszawa.cvx.ppp.tpnet.pl 06.12.02, 21:45
      Ja juz wiem jak to jest. Jeszcze nie4 jestem po sprawie, ale juz za chwile...
      Probowalam wszystkiego: wyprowadzilam sie z dzieckiem a wtedy maz dzien w dzien
      nas odwiedzal i znajdowal czs na wszystko. Dalam sie zwiesc, wrocilam. Maz znow
      na cale dnie ginal u nowej kobiety. Wiec znow sie wynioslam. Teraz on jest
      nieszczesliwy, ze pozwalam mu tylko na widzenia z dzieckiem 2 razy w tygodniu.
      A jaq jestem szczesliwa ze moje dziecko ma 2 razy w tygodniu ojca!
    • Gość: Blondynka38 Re: dzieci po rozwodzie IP: *.siedlce.dialup.inetia.pl 07.12.02, 07:51


      > W �Wysokich Obcasach� przygotowujemy tekst o sytuacji dzieci po rozwodzie
      Przeczytałam wszystkie listy i mam wrażenie,że kręcimy się w błędnym kole.
      Ostatni list przypomniał mi, jak się czułam, kiedy mąż teraz już były, się
      wyprowadził.Też się cieszyłam,że wreszcie poświęca dziecku uwagę,że nie narzeka
      a wręcz przeciwnie, zależy mu bardzo na podtrzymaniu tego kontaktu.
      Ale w pierwszym liście już wspominałam,jak to teraz wygląda.Nie wiem, jak
      będzie dalej.Wiem jedno, ten związek był pomyłką dwojga ludzi i potępiam się za
      głupotę, która sprawiła,że się w to wplątałam i skazałam na taki los swojego
      syna.Nikt mnie przecież do tego małżeństwa nie zmuszał ale ja się uparłam.
      Co z tego ,że zyskałam doswiadczenie, nauczyłam się samodzielności czy tam inne
      bzdety.
      Na głupotę nie ma lekarstwa i nie ma gwarancji,że znowu nie wplączę siebie i
      dziecka w jakieś g... Co z tego,że to nie była moja wyłączna wina , jeśli w
      ogóle to można rozpatrywać z punktu widzenia winy ,może to był ... wypadek.
      Tak mnie tknęło, gdy przeczytałam list kogoś, kto pyt,czy jest jakieś miejsce w
      sieci, gdzie samotni rodzice mogliby się spotykać.Też chciałabym wiedzieć.
      Rodzicem w ogóle nie jest łatwo być, czy to w pełnej, czy to w niepełnej
      rodzinie.

      • Gość: Kika Re: dzieci po rozwodzie IP: *.zetosa.com.pl 09.12.02, 00:16
        Nasz związek trwał 8 lat, nie mieliśmy ślubu. Gdy 2 lata temu urodziła się
        nasza córka mój chłopak powoli ale skutecznie się odsunął. Wielka miłość
        pozostała wspomnieniem. Długo staraliśmy się dogadać. I choć wydaje mi się, że
        spróbowałam już wszystkiego to bardzo czuje się winna. jak każda z Was kocham
        swoją córkę i żal mi że nie umiałam jej zapewnić pełnej rodziny.
        Córeczka mieszka ze mną, tato odwiedza ją coraz rzadziej. Ostatnio był 2
        miesiące temu. Dzwoni dość często. Może jestem nie obiektywna ale chyba
        niewiele go tak naprawdę córka obchodzi. Pyta tylko czy choruje. Gdy ma z nią
        spędzić więcej czasu denerwuje go jej płacz, to że nie umie sama się ubrać i że
        nie mówi pełnymi zdaniami. jeszcze do niedawna zabiegałam o ich kontakty. Ale
        obracało się to przeciwko mnie i córce. Teraz odpuściłam. tato nie chce nawet
        na chwilę zostać sam z Małą, nie zabiera ją do swojego domu, nie chodzi z nią
        na spacer. Boi się. A ja z kolei gdy 'asystuje' podczas jego wizyt nie umiem
        znieść jego obojętności i szorstkości wobec Małej.
        Widzę jak bardzo Malutkiej potrzeba mężczyzny, jak myli moich znajomych wołając
        do nich tato. Staram się by czuła moją miłość. Psycholog ostrzega bym jej
        nie 'stłamsiła miłością'. Co mam zrobić by była szczęśliwym, zdrowym
        psychicznie człowiekiem? Ma dopiero 2 lata może uda mi się jakoś tego uniknąć?
Pełna wersja