młodsze nastolatki

01.03.06, 10:42
Mam problem, albo go sobie stwarzam, nie wiem... Szerzej piszę o tym tutaj:
forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=576&w=37442456 Zaglądałam też na inne
fora i zadawałam te same pytania - nie ma odpowiedzi... Czy ktoś mi pomoże? A
może powiecie "nie Twoja bajka, nie Twoja sprawa, wyluzuj, odpuść sobie". Czy
ja naprawdę chcę uszczęśliwiać na siłę? Może... Zostawić sprawę tacie dzieci?
A co zrobić z jego prośbą "wymyśl coś"?
    • olamka1 Okropne :( 01.03.06, 12:15
      Przeczytałam ten Twój post i aż się skrzywiłam... bo dzieciaki faktycznie
      wkurzające...
      Posłuchaj, czy ty masz w ogóle jakis kontakt z ich matką , czy jesteście w
      miarę poprawnych stosunkach ...? Ja bym do niej zadzwoniła i przedstawiła
      problem. Może ona coś podpowie???
      I druga rzecz: rodzeństwo 10 i 12 lat w tym wieku NIE bawi się chętnie RAZEM!!!
      To musisz ZROZUMIEĆ I ZAAKCEPTOWAĆ. Więc wspólne zabawy to poroniony pomysł,
      mam na myśli wspólne zabawy w domu... . Bo wyjścia to co innego. Spróbujcie z
      tym basenem. Koniecznie. A będąc tam NIE zmuszaj do WSPÓLNYCH zabaw. Niech
      chłopak robi coś dla siebie np. z Tatą a Ty z córką. Czytanie im WSPÓLNIE
      książki ... NIE dziwię się, ze ich to NUDZI smile Mówię Ci - spróbuj ROZDZIELIĆ
      zajmowanie się nimi. Jednemu pozwól na godzinę internetu a z drugim coś rób.
      Np. z laseczką 10 letnią już nieźle możesz "pogadać" o "babskich" tematach smile
      typu opowiedz jej np. o "swoich czasach" o swojej "szkole", pierwszej
      miłości smile Możesz z nią tez WE DWÓJKĘ w coś zagrać. Z chłopakiem też można
      gadać smile I wiesz, nie rozumiem tego, że PROBLEMEM jest CHODZENIE - dojście
      gdzieś... sad Ojjjjjjjjjjjjj.... cuś mi sie wydaje, że te dzieciaki próbują
      MANIPULOWANIA wami a Ty przejmujesz się za bardzo ich DĄSAMI. Serio! Ja bym NIE
      zważała na obrażone miny - to NIENORMALNE, żeby dzieciaki NIE miały ochoty na
      wyjścia... to jakaś POKAZÓWKA ...
      • olamka1 Plus NIE przejmuj się tak!!! 01.03.06, 12:23
        Piszesz:
        "po ok. 10
        minutach okazywało się wszystko tak nudne, że miałam wrażenie, że zaraz zejdą z
        tego świata. "
        No to co z tego??? Niech się krzywią!!! Ty nie jesteś ich BŁAZNEM do
        zapewniania rozrywki a tak się trochę zachowujesz. Jakbyś MUSIAŁA byc kopalnią
        pomysłów i zapewniania im uśmiechów zadowolenia na twarzach 24 godziny na dobę.
        Postaw sprawę jasno: TERAZ np. do OBIADU ZERO internetu. Mozemy robić to:
        wymieniasz trzy rzeczy. Nie??? TO NIE! I nie dawaj sobą manipulować... i NIE
        przejmuj się ich dąsami.
        • jaga_a Re: Plus NIE przejmuj się tak!!! 01.03.06, 13:07
          Nie robię im za błazna. Mną mają mniejszą szansę manipulować niż ojcem. Stały
          scenariusz takich wizyt: tata jedzie po dzieci (wizyty rególarne o tej samej
          porze, ale one nigdy nie są jeszcze gotowe, a poza tym zawsze coś trzeba
          naprawić, a nowy facet mamy mało techniczny, więc obecnie mój facet naprawia
          swojej ex: pralkę, lodówkę, żyrandol... szantaż ex, że to wsztsko dla TWOICH
          dzieci...), wyrywa się z tamtąd koło południa, kino, łyżwy, późny obiad u nas,
          pada parę propozycji, co dalej, wszystkie są negowane jako nudne, więc tata z
          braku innych pomysłów zabiera dzieci na internet (nie mamy w domu, trzeba jechać
          do kawiarenki internetowej). Oczywiście przy okazji jest znów "dlaczego Ty nie
          masz samochodu, może pojedziemy Twoim służbowym" (służbowy ma tylko jedno
          miejsce dla pasażera - to, nic, my się zmieścimy na jednym siedzeniu... to jest
          jedyny moment, kiedy może jedno drugiego dotknąć bezkarnie, czyli bez tłuczenia)
      • olamka1 i jeszcze.... 01.03.06, 12:25
        A może znasz inne dzieci w zbliżonym do nich wieku?
        Jakaś dziewczynka, córka koleżanki??? Sąsiadki??? Albo syn??? Można zaprosić na
        popołudnie DO TOWARZYSTWA... Serio! Wtedy np. chłopcy zajmą się czymś razem a
        Ty pograsz w coś z córką męża lub odwrotnie. Powtarzam: w tym wieku wspólne
        bawienie się rodzeństwa to PRZECHLAPANA SPRAWA smile
        • jaga_a Re: i jeszcze.... 01.03.06, 12:53
          Nie jestem "stąd", sama nie mam znajomych, a co dopiero znajomych z dziećmi w
          podobnym wieku. Mam 13-letnią siostrzenicę, ale moja siostra nie uważa za
          stosowne, żeby ona bawiła się z "tamtymi" dziećmi, ma swoje koleżanki.
      • jaga_a Re: Okropne :( 01.03.06, 12:47
        Nie mam ŻADNEGO kontaktu z ich matką. Mój nie-mąż ma - ona do niego: "zabieraj
        sobie swojego synalka" (bo akurat znów coś w szkole było nie tak). Chłopak ma
        najprawdopodobniej dysleksję, ale "on jest leń i psychiatra tu nic nie pomoże"
        (to też ona). A wogóle dzieci nie mieszkają z nią i jej nowym facetem, tylko u
        babci (jej matki), która dzieciaki toleruje, dopóki są cicho i nikomu pod nogi
        nie wchodzą. Zajdą za skórę to wylatują do matki. I tak na zmianę. My obydwoje
        pracujemy, on bardzo często poza miastem, w delegacjach kilkudniowych, więc
        dzieci możemy zabierać tylko na weekendy. Jeśli chodzi o wyjścia... Nie to, że
        one nie mają ochoty. Jak im się tyłki na miejsce zawiezie, to i chętnie. One po
        prostu nie chcą nogami przebierać. Próbowałam rozdzielać i żeby każde się czymś
        innym zajęło - też mi to przyszło do głowy, choćby ze względu na tę ciągłą
        rywalizację. To jest za nudne. Jak jedno coś robi, to drugie chce koniecznie to
        samo i zaraz jest wojna, kto lepszy. Z powodu przerzucania się opiką nad nimi,
        jaką serwują dorośli, dzieci nie mają znajomych, chodzą do szkoły w innej
        miejscowości. Mimo tych ciągłych niezgód między dziećmi, chłopak jest
        autorytetem dla dziewczynki, co skutkuje tym, że rośnie chłopczyca. Nie
        interesują ją lalki, stroje, chodzi tylko w spodniach, jeśli sport to tylko
        zapasy (wreszcie by wlała bratu), gry to strzelanki i wyścigi samochodowe...
        Mnie jest po prostu szkoda tych dzieci. Chciałabym, żeby czuły chociaż w co
        drugą sobotę, że ktoś się nimi interesuje, że chce razem z nimi coś robić, że
        nie tylko przeszkadzają. Te soboty są tylko dla nich, swoje obowiązki odkładamy
        na kiedy indziej. Nie chcę uszczęśliwiać ich na siłę i nie zarządzam "od górnie"
        jakichś konkretnych zajęć. Szukam, proponuję... Ale one są zadowolone tylko
        wtedy, gdy mają internet. I nie jakieś głupie dwie godziny, bo to człowiek
        ledwie zdąży usiąść. Najlepiej cały dzień. Rozumiem: to jest ich ucieczka, o
        czymś wreszcie decydują same, to one kierują bohaterem gry, to one decydują, czy
        ma dalej żyć. A w wolny wybór zajęcia z dorosłymi nie wierzą, bo nie wierzą
        dorosłym. Dorosłym lepiej zejść z drogi, dorosły pytający o cokolwiek węszy, za
        co może nakrzyczeć. Ale czy ja mam prawo w to ingerować?
        • olamka1 To jest sytuacja NIE do rozwiązania :( 01.03.06, 13:03
          Aha - dobrze, że naświetliłaś szerzej...
          No cóż... czarno to widzę. Dzieci są po prostu "BEZDOMNE" , czują, ze są ZAWADĄ
          i przesuwane z miejsca na miejsce... itp. ZERO konsekwentnych metod
          wychowawaczych, pewnie ZERO w ogóle jakichkolwiek metod sad
          Z tego co piszesz - matka PONIZEJ KRYTYKI, Babcia tak samo, nie obraź się -
          Twój mężofacet czy partner - TEŻ!!! Jakaś PARANOJA. Fakt, że Twój partner
          pracuje to żadne usprawiedliwienie na NIE zajmowanie się własnymi dziećmi... sad
          Wybacz, tak NIE postępuje człowiek reprezentujący jakis poziom...
          Ty JEDNA MYŚLISZ o tych dzieciach...
          Tylko moja Droga... raz na DWA TYGODNIE taką wizytę to można sobie głęboko
          wsadzić... sad To NIC nie da tym dzieciom... . NIE wychowasz ich ani też NIE
          zmienisz ich sytuacji. Po przeczytaniu Twojego pierwszego postu byłam raczej
          wrogo nastawiona do dzieci, ze są rozbuchane. A teraz niestety widzę, ze
          zawdzięczają to w 100% szanownym dorosłym, którzy są wybacz, ale PONIŻEJ
          KRYTYKI.
          Powiem Ci ostro: Twoje działanie raz na dwa tygodnie to PIC NA WODĘ!!! Chcesz
          USPOKOIĆ WŁASNE SUMIENIE! Jak chcesz naprawdę coś zrobić to:
          1. Przede wszystkim pogadaj z partnerem!!! Naprawdę możesz byc z kimś tak
          mającym głęboko gdzieś wychowanie swoich dzieci?Przecież to świadczy o nim jako
          o człowieku sad
          2. Chcesz coś zrobić dla tych dzieci to ... weź je do siebie! Nie wchodzi w
          grę - nie chcesz... to NIE oszukuj się, ze im pomożesz jako dobra samarytanka
          raz na 14 dni sad
          • olamka1 Przepraszam :) 01.03.06, 13:10
            Nie gniewaj się... trochę za ostro dowaliłam smile Nie znam przecież całej
            sytuacji...
          • jaga_a Re: To jest sytuacja NIE do rozwiązania :( 01.03.06, 13:26
            Masz rację - nie chcę ich zabrać do siebie na stałe. To nie moje dzieci, swoich
            nie mam z wyboru. Rozmowy z moim partnerem prowadzą do tego, że on kolejny raz
            mi tłumaczy, jaka jest specyfika jego zawodu i dom w roli hotelu wszyscy w tym
            zawodzie mają, a w żadnym innym nie zarobi na dwie rodziny. Pomysł, żeby obca
            dla dzieci osoba brała je na wychowanie, wiedząc że w każdej chwili sama może
            nie mieć mieszkania (wynajmuję 34m2, a właścicielce mieszkanie może być w każdej
            chwili "potrzebne", choćby po to, żeby za większą kwotę wynająć), kompletnie nie
            ma doświadczenia z dziećmi, a już tym bardziej z dziećmi z problemami, wydaje mi
            się mało trafiony. Szukałam jakiejś podpowiedzi, pomocy ze strony tych, co mają
            doświadczenie. Ale skoro jeden dzień co dwa tygodnie to tylko pic na wodę, to
            pozostaje tylko sobie odpuścić nawet to. Zanim się z nimi poznałam też żyły,
            tata też je zabierał na jeden dzień co jakiś czas, niezależnie od pogody ten
            dzień spędzali "na mieście". Więc teraz się nic nie stanie, jak przestanę
            wciskać nos, gdzie nie powinnam.
            • olamka1 A jednak SZKODA tych dzieci... cholewcia... 01.03.06, 13:55
              Cholernie trudnz problem!!!
              Rozumiem Cię, że jeśli NIE masz dzieci z wyboru to zabieranie ich do siebie
              jako ZNOWU niechciane dzieci - nie ma sensu i po prostu nie wchodzi w grę... .

              Wiesz co?
              A może jednak COKOLWIEK to da??? Te spotkania co dwa tygodnie... Przede
              wszystkim NIE przejmuj się tak, że dzieciaki się tłuką miedzy sobą... to częste
              zjawisko... często będące szokiem dla dorosłych a dla dzieci wcale NIE.
              Posłuchaj... tak sobie myślę, że mimo wszystko próbuj... wiesz DLACZEGO??? Bo i
              ŻAL! Niech przynajmniej mają ŚWIADOMOŚĆ dobrej ciotki... że gdyby coś to z
              PROBLEMAMI do Ciebie... taka furtka ... szczególnie dla tej dziewczynki... .
              Nie martw się, że na razie nic z tego NIE wychodzi, że mała NIE traktuje Cię
              jak przyjciółkę... to zaowocuje trochę później... .
              Wiesz, bardzo Cię przepraszam, ze tak Ci "ściemniam", ale... jednak NIE
              odpuszczaj, proszę!!! Cholernie mi żal tych dzieci!
              • jaga_a Re: A jednak SZKODA tych dzieci... cholewcia... 01.03.06, 14:12
                Spróbuję nie odpuszczać. Spróbuję pokazać, że dzieci to nie tylko zawada, że one
                też mogą być człowiekiem. Żal mi ich. Ale pamiętam nazbyt dobrze rolę dziecka z
                przypadku, wiecznej zawady, tego czegoś (w żadnym wypadku nie kogoś), co
                wiecznie rozczarowuje, nie spełnia oczekiwań. Chociaż moi rodzice do dziś są
                razem. Z ojcem dalej się nie dogaduję, z mamą znalazłam jakie-takie porozumienie
                dopiero jako dorosła, samodzielna osoba. Do dziś pamiętam kłótnie z powodu
                "twoich" dzieci. I dziś zdarza mi się słyszeć, że "...gdyby nie Wy..." (ja i
                moje siostry)... Wiem bardzo dobrze, co to znaczy poczucie winy za nieudany
                związek rodziców.
                • linka9 Re: A jednak SZKODA tych dzieci... cholewcia... 01.03.06, 14:44
                  jaga_a napisała:

                  > Spróbuję nie odpuszczać.

                  Dzieci nie czują emocjonalnej więzi z ojcem, być może w ogóle są zrezygnowane,
                  wyobcowane, czują się odrzucone, a w takiej sytuacji najlepsza atrakcja okazuje
                  się nudna. Ty też na razie jesteś dla nich obca i jeszcze wtrącajaca się w ich
                  życie. Zamiast stawać na głowie i organizować im rozrywki, proponuję:

                  - poważną rozmowę z ich ojcem (bierzecie dzieci, aby były z NIM, a nie cały czas
                  przechowywane w kafejce; oczywiście WSPÓLNA zabawa na komputerze z ojcem też
                  jest jak najbardziej dopuszczalna od czasu do czasu);
                  - lekkie odpuszczenie własnej roli wodzireja, w zamian próba zaprzyjaźnienia się
                  z dziećmi (rozmowy, rozmowy, towarzyszenie, itp)
                  - jeśli jest taka możliwość stworzenie mini-kacika dla dzieci (niech mają
                  chociażby po prywatnej półce u Was z własnymi rzeczami, czasopismami)
                  - mimo wszystko spróbować namówić siostrę na "wypożyczenie" córki, może się
                  dziewcze czasami zgodzi poproszone o pomoc przez ciocię; taka starsza, nawet
                  przyszywana kuzynka może być sporą atrakcją i magnesem przyciagajacym

                  I nie licz, że zmiany przyjdą z dnia na dzień, obawiam się, że osobowość ojca
                  może mieć tutaj olbrzymie znaczenie.


                  • jaga_a Re: A jednak SZKODA tych dzieci... cholewcia... 01.03.06, 15:13
                    Dziewczę nie musi być proszone. To ono prosi nieustannie mamę, żeby czasem do
                    ciotki mogła... W rolę wodzireja zostałam ubrana, "bo Ty masz takie dobre
                    pomysły". To, że - jak do tej pory - nie wypalają, ma mnie nie zrażać. Z ojcem
                    dzieci, a z moim nie-mężem rozmawiam ciągle. Efekt? Coś z tym zrobi, tylko
                    jeszcze na tę sobotę coś wymyśl... Poza tym jednym problemem jest ach i och i
                    najlepszym facetem, jakiego kiedykolwiek spotkałam. O to, że do NASZYCH dzieci
                    też tak będzie podchodził, nie martwię się, bo (jak wspominałam wyżej) nie
                    zamierzam mieć dzieci.
                    • linka9 Re: A jednak SZKODA tych dzieci... cholewcia... 01.03.06, 15:28
                      jaga_a napisała:

                      > Dziewczę nie musi być proszone. To ono prosi nieustannie mamę, żeby czasem do
                      > ciotki mogła...

                      Próbuj więc, może się uda udobruchać siostrę.

                      > W rolę wodzireja zostałam ubrana, "bo Ty masz takie dobre
                      > pomysły". To, że - jak do tej pory - nie wypalają, ma mnie nie zrażać.

                      Ale to wszystko jest nienaturalne. Pzecież normalnie rodzice nie organizują
                      nastolatkom całego czasu w weekendy. Oczywiście atrakcje, wyjścia też są
                      potrzebne, ale im jest równie niezbędne normalne życie w rodzinie. Nawet
                      przygotowanie kolacji (cokolwiek pod tym słowem naprawdę kryć się będzie) wg
                      własnego pomysłu dla cioci i wspólne smakowanie przekaski może być dla 10-latki
                      atrakcją.

                      >Z ojcem
                      > dzieci, a z moim nie-mężem rozmawiam ciągle. Efekt? Coś z tym zrobi, tylko
                      > jeszcze na tę sobotę coś wymyśl...

                      Niestety, tak to bywa, w wielu rodzinach, niekoniecznie rozbitych,
                      patologicznych. Łatwiej czasami w pocie czoła harować niż nawiązać kontakt z
                      własnym dzieckiem.
            • rycerzowa Re: To jest sytuacja NIE do rozwiązania :( 01.03.06, 15:03
              Jeśli można zrobić bardzo niewiele, nie znaczy to,że nie można zrobić nic.

              Miałam podobną sytuację w rodzinie - matka, szkoda gadać, ojciec słaby
              psychicznie. Dzieci były dokładnie takie, jak z twojego opisu, nieznośne,
              wiecznie tłukące się, ale nie mogące bez siebie żyć.
              Mogłam je zabierać do nas tylko wtedy, gdy trójka moich dzieci gdzieś
              wyjezdżała, gdyż tylko ja mogłam je znieść. Były to dwa tygodnie letnich
              wakacji, tydzień zimowych, nieliczne weekendy w innym terminie.

              Wolałabym, aby to były regularne wizyty w co drugi weekend, wtedy mogłyby
              odnieść z tego wiecej korzyści.

              Musisz sobie uswiadomić, że przyczyną kłopotów jest ich sytuacja rodzinna i ty
              nic na to nie poradzisz. Nie zmienisz im matki ani jej nie jesteś im w stanie
              zastąpić.
              Ale dziecko jest jak skarbonka, co się dobrego weń wrzuci, to pozostanie, i
              nawet może kiedyś zaprocentuje.

              Ponieważ mam doskonale w pamięci ich pobyt u nas , gdy dziewczynka miała 11 a
              chłopiec 12 lat, podzielę się swoim doświadczeniem.

              1.Szkolne lekcje.
              Pobyt u taty to powinna być nie tylko rozrywka ale i zwykłe obowiązki.
              Tata przeciez ma prawo i obowiązek czuwać nad ich nauką. Jeśli sam nie ma czasu
              albo ty nie potrafisz, należy poszukać pomocy, np. korepetytora.
              Powinien im zająć 2-3 godziny soboty. Bedą się buntować, ale trudno.
              Spokojnie, życzliwie ale stanowczo trzeba im wytłumaczyć, że tak trzeba.

              W moim przypadku codziennie poświęcalismy właśnie ok. 2 godzin na zaległości z
              matematyki. Uczyłam ich procentów, to się zawsze przyda. Wszystkie zadania
              wymyślałam "na wesoło". Np. Małgosia Jasiowi dała 4 prztyczki w nos, a Jaś
              Małgosi o 50% więcej.
              Marudziły, że nudno, oczywiście, tym bardziej, ze to były wakacje. Nudno, ale
              zaraz się skończy.

              2.Pomoc w domu.
              Tacie i cioci trzeba pomóc, to normalne.Zatem jedziemy na zakupy, odkurzamy
              dywan, wieszamy pranie. Robimy kanapki, zmywamy naczynia. Cały czas zachwycamy
              się, jak to nam wspaniale jest nam z gośćmi,jaką są nam wyręką.

              3.Atrakcje.
              Ja mieszkam w wielkim miescie, one w niewielkim. Zawsze u nas jest coś ciekawego
              dla nich do zobaczenia. Choćby lotnisko międzynarodowe. Taras widokowy, z
              którego widać panoramę miasta (uważać, bo jedno drugie chce wypchnąć).
              Muzeum Narodowe, gdzie idziemy obejrzeć jeden słynny obraz (żeby nie za długo,
              bo nie upilnujesz, aby czegoś nie zdrapały). Ruchome schody, gdzie bedą jeździć
              do upadłego.Ogród Botaniczny lub Palmiarnia. Teatr, lub kino.

              Chodziłam z nimi (na króciótko) do swoich zajomych. Żeby zobaczyły inne domy,
              innych ludzi, normalny świat.

              4. Sport.
              Basen i łyzwy to dobry pomysł.

              5. Cały czas gadanie z dobrze ukrytym smrodkiem dydaktycznym.
              Dawanie przykładów innych chłopców i dziewczynek, którzy mieli kłopoty w nauce,
              a wyrośli na wspaniałych ludzi, o kłocących się braciszkach i siostrzyczkach,
              którzy potem poswięcali dla siebie zycie itd.

              6. W niedzielę zabierałam dzieci do kościoła ( w domu nie chodzą). Chodziliśmy
              do zabytkowych świątyń, do katedry, do kosciołów ze słynnymi organami, obrazami.
              Zajmowało to cenne 1,5 godziny. Potem zawsze krytykowaliśmy kazanie i
              rozmawialiśmy, jak je nalezało prawidłowo powiedziec. Czasem dzieciaki robiły
              sobie tzw. jaja, ale czasem myślały rozsądnie.

              7. U mnie na deser była telewizja, bo internet jeszcze nie był popularny.
              Niech sobie wieczorem poużywają.

              Dziś te dzieciaki zdały właśnie ( z trudem) maturę, pracują.
              Zdaję sobie sprawę, że to, co dla nich robilismy, to było bardzo bardzo mało.
              Ale jak mówi przysłowie, lepszy rydz, niż nic.
              • jaga_a Re: To jest sytuacja NIE do rozwiązania :( 01.03.06, 15:38
                Dziękuję za wsparcie smile I propozycje. Postaram się wprowadzić część w życie.
                Części się nie da. Choćby odrabianie lekcji przy nas. Dziewczynka radzi sobie
                bardzo dobrze, chłopiec nie rozumie czytanego tekstu. Próbowaliśmy mu pomóc.
                Efekt był taki, że dziewczynka opóściła się w nauce, aby i jej czas poświęcić,
                chłopiec robił wszystko, żeby nie przyjechać. Domowe obowiązki typu sprzątanie i
                zmywanie jest na ich głowie niezależnie gdzie mieszkają: u mamy, czy u babci
                (jeśli nie one, to nikt). Dorzucić im jeszcze u nas? Palmiarnia, Ogród
                Botaniczny, Muzeum - przerabialiśmy. W takie miejsca chodzi się z wycieczką
                szkolną, a nie w czasie wolnym. Pozostaje mimo wszystko się wybierać, samemu
                dokształcić i mieć nadzieję, że potrafię ciekawie opowiadać... Kościół odpada na
                mur (moje poglądy). Deser muszę wymyślić inny, bo telewizora nie mam i mieć nie
                będę (mój wybór 15 lat temu).
                Wiem, wiem... co poradzicie, to ja neguję... Ale to dlatego, że tu zaczęłam
                pisać, jak już wszystko, co wymyśliłam upadło, jak już sama niczego nie mogłam
                wymyślić, jak szukanie nie dawało rezultatów. To forum to nie pierwsza, a
                ostatnia deska ratunku.
                • yuka66 Re: To jest sytuacja NIE do rozwiązania :( 01.03.06, 16:49
                  A jak czesto te dzieci maja dostep do internetu, kiedy nie sa u Was? Bo jesli u
                  Babci nie ma i u Mamy nie ma i nie chadzaja do kawiarenki, to prawdopodobnie
                  ten internet jest dla nich taka atrakcja, ze trudno to przebic. Szczegolnie
                  jesli inne dzieci w szkole maja staly dostep i rozmawiaja o grach.
                  • jaga_a Re: To jest sytuacja NIE do rozwiązania :( 01.03.06, 17:05
                    Rzeczywiście - wolny dostęp do komputera i internetu mają tylko u nas (lekcji
                    informatyki w szkole nie liczę, mimo, że szkoła dobrze wyposażona i nie ma
                    problemu z samodzielną pracą przy komputerze). W domu mają swój komputer
                    (komunijny), ale bez dostępu do internetu i jakoś się tak składa, że zawsze nie
                    w tym domu, w którym aktualnie mieszkają. A jeśli już, to za złe zachowanie, złe
                    wyniki w szkole, za złe... coś się zawsze znajdzie... mają szlaban. Chciałabym
                    jednak te strzelanki i wyścigi czymś przebić. Czy może dać w jeden dzień
                    nadrobić zaległości z połowy miesiąca?
                • linka9 Re: To jest sytuacja NIE do rozwiązania :( 01.03.06, 17:14
                  jaga_a napisała:

                  > Choćby odrabianie lekcji przy nas. Dziewczynka radzi sobie
                  > bardzo dobrze, chłopiec nie rozumie czytanego tekstu.

                  To nie musi być czyste odrabianie, kojarzone negatywnie ze szkołą. Ważne jest
                  też rozbudzanie zainteresowań czy pomoc przy pełnej aprobacie dziecka.

                  > Próbowaliśmy mu pomóc.
                  > Efekt był taki, że dziewczynka opóściła się w nauce, aby i jej czas poświęcić,

                  A jednak zależy jej na Waszym czasie..., czyli reakcja naturalna.

                  > chłopiec robił wszystko, żeby nie przyjechać.

                  To też normalna reakcja, ważny jest też sposób pomagania.

                  >Domowe obowiązki typu sprzątanie
                  > i zmywanie jest na ich głowie niezależnie gdzie mieszkają: u mamy, czy u babci
                  > (jeśli nie one, to nikt). Dorzucić im jeszcze u nas?

                  Nie chodzi o mechaniczne dorzucenie obowiązków, ale o sprawienie, aby dzieci i u
                  Was czuły się domownikami, aby zależało im też na sprawieniu Wam przyjemności.

                  >Palmiarnia, Ogród
                  > Botaniczny, Muzeum - przerabialiśmy. W takie miejsca chodzi się z wycieczką
                  > szkolną, a nie w czasie wolnym.

                  Nie w tym rzecz kiedy, ale też z KIM, czy to jest "oprowadzanie" dzieci, aby
                  zaliczyły kolejną wycieczkę czy WSPÓLNE, miłe spędzanie wolnego czasu. Ponadto
                  nalezy zwrocic uwagę na zamiłowania dziecka; jedne jest urodzonym turystą, inne
                  domatorem i szukanie aktrakcji na siłę nie zawsze ma sens.

                  >Pozostaje mimo wszystko się wybierać, samemu
                  > dokształcić i mieć nadzieję, że potrafię ciekawie opowiadać...

                  Nie, proszę, nie przyjmuj etatowo roli wodzireja. To, co piszesz jest dobre od
                  czasu do czasu, nie przy każdym pobycie.

                  >Deser muszę wymyślić inny, bo telewizora nie mam i mieć nie

                  A może wspólne czytanie, przeglądanie młodzieżowego czasopisma z dziewczyną?

                  > Wiem, wiem... co poradzicie, to ja neguję...

                  Znasz przecież lepiej realia, nie wszysto jest proste do wcielenia w zycie.

                  >Ale to dlatego, że tu zaczęłam
                  > pisać, jak już wszystko, co wymyśliłam upadło,

                  Spróbuj po prostu być więcej Z dziewczyną, a nie tylko DLA niej.Ona na pewno
                  potrzebuje bratniej damskiej duszy, chociaż nie zawsze da to po sobie poznać.
                  • jaga_a Re: To jest sytuacja NIE do rozwiązania :( 01.03.06, 17:30
                    Odpowiedzi typu "w takie miejsca chodzi się z wycieczką szkolną, a nie w czasie
                    wolnym", czy "książka? gazeta? litery? przecież byliśmy grzeczni..." to ich
                    słowa. Litery i czytanie jest za karę. Nawet, gdy to ja czytam na głos. Spróbuję
                    tylko być i nie wtrącać się. Spróbuję w te soboty normalnie żyć. Spróbuję... Ale
                    przy następnym pytaniu "kiedy pójdziemy na internet" chyba odpuszczę i niech
                    spędzają czas we trójkę gdzieś na mieście, jak jeszcze 1,5 roku temu. Przecież
                    nie muszą w moim mieszkaniu, które nie jest absolutnie przystosowane do
                    przebywania w nim więcej niż jednej osoby na raz, a mój nie-mąż czasami w nim (u
                    mnie) nocuje.
                    • jaga_a Re: To jest sytuacja NIE do rozwiązania :( 02.03.06, 09:16
                      Wszystko pięknie i ładnie. Tylko, dziewczyny, zakładacie, że ja mam normalny
                      dom, normalne mieszkanie i zachowuję się jak normalna kobieta. Nic z tego. Już
                      wspominałam o tym w którymś poście: nie mam normalnej kuchni, w domu nie gotuję,
                      nie nawidzę tego, a cóż dopiero pieczenie ciasteczek... brrr... My nie jadamy w
                      domu (ja i mój nie-mąż). Nie ma możliwości wygospodarowania kąta dla dzieci -
                      wizytacje i kontrole Pani Właścicielki Mieszkania. Ledwie udaje mi się ukryć
                      obecność mojego mężczyzny. Sama jestem obca w mieście, w którym teraz mieszkam,
                      nie mam znajomych, mojego nie-męża wiecznie nie ma, on też zresztą nie utrzymuje
                      z nikim kontaktów. Kontrolowanie lekcji przez rodziców nie jest zwykłą
                      codziennością rodzinną ani dla mnie, ani dla niego, a dzieci traktują lekcje
                      jako karę, a do nas chcą przyjechać odpocząć. Traktowanie rodzeństwa jako
                      oddzielne osoby też ani mnie nie wychodzi łatwo (ja i moja siostra nie miałyśmy
                      imion dla rodziców, byłyśmy zawsze "dziewczyny"), mój nie mąż do 12 roku życia
                      był jedynakiem, kiedy urodziły się jego siostry (bliźniaczki, więc też zawsze
                      razem i zawsze tak samo). Zabieranie gdzieś przez ojca tylko jednego z
                      rodzeństwa też nie wchodzi w rachubę, bo dziewczynka w płacz, a chłopcu niby
                      wszystko jedno, ale przy najbliższej okazji złoi skórę siostrze, że musiał zostać.
                      Do tego wczorajsza rozmowa z moim nie-mężem. Już się załamałam. Wiem, dlaczego
                      dzieci nie chcą chodzić do Palmiarni czy muzeum - on ich tam nie zabierze, bo to
                      za nudne (dla niego), rozmowy dzieci z ojcem ograniczają się do krótkiej wymiany
                      co w domu, co w szkole. Więcej żadne z nich nie potrzebuje, bo nie są tego
                      nauczone (tata też). Porozumiewanie się monosylabami to normalka, bo po co tyle
                      słów (ponieważ wszyscy wiedzą, że ja jestem dziwadło, to mnie wolno nawijać bez
                      przerwy). To, że dzieci nie uważają na lekcji to przecież też normalne, bo pani
                      mówi same nudne rzeczy, ciekawsze rzeczy są za oknem (tata usprawiedliwia syna).
                      Internet w każdej wolnej chwili to rzecz oczywista, bo przecież nic innego nie
                      ma. A poza tym, dlaczego chcę ograniczać go dzieciom, skoro sama mam go znacznie
                      więcej (pracuję na komputerze, firma ma stałe łącze, a ja wolny dostęp do
                      sieci). To, że w internecie są nie tylko gry, to nikogo nie obchodzi. Wystarczy,
                      że wiadomo, jak skorzystać z wyszukiwarki, żeby znaleść kolejną grę. Reszta jest
                      dla takich maniaków jak ja. Takie uwagi w czasie wczorajszej dyskusji.
                      Więc dziewczyny i kobitki! Dziękuję Wam wszystkim za chęć pomocy, za wiele
                      konstruktywnych uwag. Postaram się w miarę możliwości wprowadzać je w życie. Ale
                      po cichu, ukratkiem. Wobec takiej postawy taty dzieciaków pozostaje mi tylko
                      odpuścić (oficjalnie). Wydawało mi się, że zrobiłam wszystko. Nie zrobiłam.
                      Trzeba było mi tę rozmowę przeprowadzić już dawno temu, a nie dać się mamić
                      opowiastkami, jak to dzieci mają źle u mamy czy babci. Tata okazał się niewiele
                      lepszy. On po prostu nie widzi potrzeby czegoś więcej niż tylko zapewnienie
                      jedzenia, ubrania, mieszkania i rozrywki. Sam przyznał, że dzieci chcą widywać
                      się z nim tylko po to, żeby się z domu wyrwać i równie dobrze to nie on, a jakaś
                      ciotka, czy ktokolwiek inny mógłby je zabierać. I mało ważne gdzie, byle poza
                      ich dom, poza szkołę, poza obowiązki. Na pytanie, dlaczego on chce się widywać z
                      nimi, nie potrafił odpowiedzieć nic poza "bo to moje dzieci". Wygląda na to, że
                      dla spokoju sumienia, że coś robi.
                      W świetle powyższego - odpuszczam i przepraszam za zajęcie tutaj tyle miejsca.
                      • olamka1 Chyba dostanę dzisiaj... OKRES :( i dlatego RYCZĘ! 02.03.06, 10:00
                        Chyba jestem dzisiaj kompletnie zwichrowana hormonalnie, ale ... aż się
                        poryczałam, gdy to przeczytałam. Och jaga... Cholera jasna! Wiesz co, mam
                        gorąca nadzieję, ze ... NIGDY Ci nie przyjdzie ochota na dzieci z tym
                        facetem... sad
                        Rozumiem doskonale, że ten Twój facet może być w porządku w innych sprawach
                        życiowych, ale... dziewczynko NIE zmieniaj swojego stanowiska i NIE miej z nim
                        WŁASNYCH dzieci... . To co mówisz jest takie "DO RECZY ", więc aż nóż się w
                        kieszeni otwiera, gdy opisujesz stanowisko praktycznie całej Twojej rodzinki w
                        której się obracasz... . Co to za ludzie??? Co za poziom... Eeeeeeeeeeech...
                        naprawdę... ryczę bo mi zal dzieci i czuję całkowitą BEZSILNOŚĆ sad Straszne.
                        Wiesz co - naprawdę NIe miej własnych dzieci - nawet jak Ci się odmieni... z
                        tym facetem. Po co miałabyś się szarpać z takim jego podejściem, gdyby dziecko
                        było Twoje... . Jesteś po prostu WSPANIAŁA,ze dostrzegasz te wszystkie
                        problemy, że jesteś INNA niż środowisko w którym wyrosłaś, że próbujesz coś
                        zmieniać... . Nie odpuszczaj całkowicie. Głównie w stosunku do dziewczynki.
                        Staraj się dać jej poczucie, ze ją ... LUBISZ... że jest dla Ciebie WAŻNA,
                        że ... gdyby coś to może na Ciebie liczyć. Przynajmniej dawaj temu dziecku taką
                        ŚWIADOMOŚĆ. Pozdrawiam cieplutko!!!
                        • olamka1 Poprawka! 02.03.06, 10:02
                          "To co mówisz jest takie "DO RECZY "
                          Miało byc oczywiście "DO RZECZY"
                          Bo właśnie masz SUPER poglądy a trafiłaś na ... hm... "nie ten poziom" czy jak
                          to nazwać... sad
                      • linka9 Re: To jest sytuacja NIE do rozwiązania :( 02.03.06, 11:05
                        Głową muru nie przebijesz, świata całego nie naprawisz, wszystkim przychylić
                        nieba się nie da, no i dla obcych latorośli poświęcenie też ma swoje granice,
                        nie mówiąc już o "prostowaniu" faceta. Z tego, co ostatnio napisałaś, pozostaje
                        Ci odpuścić, aby narosła frustracja nie stała się gwoździem do trumny dla
                        dzieciaków. Na odchodne rzuć hasło: jeżeli będziecie czegoś potrzebować
                        (pogadać, iść na ciekawą wycieczkę)- zadzwońcie, tu jest mój nr tel., zawsze
                        możecie na mnie liczyć.
                        A tak na marginesie ...

                        > wizytacje i kontrole Pani Właścicielki Mieszkania. Ledwie udaje mi się ukryć
                        > obecność mojego mężczyzny.

                        ... na Twoim miejscu zaczęłabym rozglądać się za nowym lokum.

    • rycerzowa Re: młodsze nastolatki 01.03.06, 17:44
      Troche zaczynam cię rozumieć. Tobie chodzi o to, by im zapewnić odpowiedni
      poziom rozrywki, ale by to była rozrywka wyższego typu, tzw. rozrywka kulturalna.
      Wiesz, potrzeby wyższego rzędu zaspakaja się wtedy dopiero, gdy te niższego
      rzędu są zaspokojone. Tym dzieciakom brakuje poczucia bezpieczeństwa, poczucia
      przynależności.
      Ten weekend z tatusiem i ciocią w twoim zamyśle ma być czymś atrakcyjnym ale i
      rozwijąjacym. Tak od razu sie nie da, ale kiedys, kiedyś...
      Zacząć trzeba od najprostszych spraw.

      Dziewczyny dobrze radzą:
      1. Niech te dzieci mają u was swoje miejsce na jakieś swoje rzeczy. Niech
      wiedzą, że tu też jest ich dom.
      2. Skoro dziewczynka specjalnie opuściła sie w nauce, aby zyskać więcej waszej
      uwagi, to dobry (paradoksalnie)znak - zależy jej na czasie spędzonym z wami.
      Lekcje wspólnie odrabiane, kontrolowane przez rodziców, to zwykła rodzinna
      codzienność.
      3. Zwykła rodzinna codzienność to wspólne przygotowywanie posiłków i wspólne
      jedzenie. Można to zrobić w atrakcyjnej formie. Dzieci lubią piec z mamą
      sobotnie ciasto na przykład.
      4. Internet moze być rozwijający. Można nauczyć małolatów korzystania z innych
      programów, nie tylko gier. Można nauczyc wyszukiwania ciekawych informacji.
      5. Te moje wizyty w kościele (jak i w innych domach)to były dlatego, by dzieci
      miały jak najwięcej informacji o świecie, kraju, w jakim żyją. Dzieci z rodzin
      patologicznych, jak i dzieci z domu dziecka, nie wiedzą, jak wygląda życie
      przeciętnej rodziny.
      Łyżwy i basen są fajne i rozwijające, gdy się chodzi razem z bliską osobą.

      Jeśli możesz cokolwiek zrobić dla tych dzieci - nie rezygnuj.
      Tylko wiesz, nie proponuj im super deseru, gdy one są zwyczajnie głodne.
      Lody nie zastąpią zupy.
      • agnieszka_azj Re: młodsze nastolatki 01.03.06, 17:53
        Ja bym do tego, co dziewczyny piszą dorzuciła jeszcze jedno - nie traktujcie
        ich jako całości. Moje córki, mimo, że są zdecydowanie bardziej "dopieszczone"
        niz te dzieci, bardzo lubią ten czas, który poświęcamy im "pojedynczo", kiedy
        mają któres z rodziców tylko dla siebie. To nie musi być nic ekstra - wystarczą
        zwykłe zakupy, byle bez sióstr.

        Skoro Ojciec może do samochodu zabrac tylko jedno, to rozwiązanie narzuca się
        samo - np. syn z Tatą po zakupy, córka zostaje z Tobą i pieczecie razem ciasto.
        Potem córka z Tatą gdzieś indziej, a syn zostaje. Za mało znam wasze realia,
        żeby podsunąć "konkretniejsze" przykłady.
        Dzieciaki oddzielone od siebie nie będą się skupiały na wzajemnej wojnie o
        waszą uwagę i moga się okazać całkiem miłym towarzystwem.
    • rycerzowa Re: młodsze nastolatki 01.03.06, 20:56
      Umieść swój list na forum "macochy". Na pewno ci coś doradzą.
      • linka9 Re: młodsze nastolatki 02.03.06, 00:09
        Również przyłączam sie do tego, co napisały poprzedniczki. I jeszcze dwa grosze
        odnośnie internetu. W żadnej rodzinie natolatki nie powinny spędzać całych
        weekendów na internecie. Spróbujcie ustalić jasne reguły,bez kazdorazowych
        przetargów, np co drugie spotkanie, np po 1-2 godz (w tym czas na samodzielne
        grzebanie oraz na wspólną zabawę czy edukację z ojcem).

        Właściwie masz dwa wyjścia: albo odpuszczasz całkowicie i niech ojciec bawi
        dzieci na mieście, nie Twoja sprawa, gdzie i co robią, albo próbujesz jednak im
        pomóc, bez wyrzutów sumienia (dlaczego się nudzą?) i oczekiwania na szybkie
        hymny pochwalne za Twoje zaangażowanie. Jeżeli nie będzie to aż takim
        poświęceniem z Twojej strony, warto spróbować, być może ratujesz głównie
        dziewczynie życie. Warto pobyć z nią we dwie, a syna przydzielić wtedy ojcu.

        Pamiętaj też o tym, że z wiekiem może być gorzej; żaden bowiem nastolatek na
        dłuższą metę nie wytrzyma kiszenia się jedynie we własnym sosie rodzinnym przez
        całe weekendy, bez kontaktów z rówieśnikami. W takiej sytuacji nie ma co wymagać
        radości, wdzięczności czy ogólnego zadowolenia, nawet gdybyś na ich zawołanie
        nauczyła się klaskać uszamiwink

        No i ta zupa niezbędna, aby od deseru nie zemdliło.
    • jaga_a Re: młodsze nastolatki 06.03.06, 11:13
      Małe kroczki, odsłona pierwsza. Nie było sensu przeorganizować im cały dzień,
      więc kino, łyżwy... internet na sam koniec, tuż przed powrotem do domu. A
      wcześniej zakupy. Tyle beze mnie, bo akurat byłam w pracy. W domu wspólna pizza.
      Robiliśmy sami na gotowych spodach. Do Dziś nie mogę pojąć, jak moja namiastka
      kuchni zmieściła 4 osoby, jak krojenie, szykowanie, pieczenie obyło się bez
      ofiar. Za blat roboczy i stół jednocześnie robi u mnie szeroki parapet pod
      oknem, a piekarnik ostatnio używała poprzednia lokatorka. Dzieciom pizza bardzo
      smakowała, nawet lepiej niż ta z pizzerii. Ale żebyście, dziewczyny, widziały te
      miny: przecież one tego nie umieją, a tu mają kroić, trzeć ser, rozkładać na
      cieście... Mówię, że to nic, że nie umieją, teraz jest okazja spróbować i
      wręczam nóż. Oczy jak pięć złoty - będą mogły pokroić wędlinę, nikt nie krzyczy,
      że się tarką pozacinają przy serze, nikt nie marudzi, że pieczarki za wolno i
      mało dokładnie są obierane... Ale mimo tego całego zdziwienia, zadowolenia,
      spokoju, współpracy, dobrej pizzy... nie chcą więcej takich eksperymentów, bo
      przez to na internecie (po pizzy) mogły być tylko godzinę, a zamówiona pizza
      jest szybciej i internet byłby dłużej. Gdy pizza się piekła, dzieci opowiedziały
      mi film ("Niania"), bo nie byłam z nimi, chociaż widziałam, że chętniej by na
      komórce pograły niż rozmawiały. No, to za dwa tygodnie będą frytki i kurczak.
      Jeszcze o tym nie wiedzą wink
      • rycerzowa Re: młodsze nastolatki 06.03.06, 12:57
        Fajnie, chociaż troszkę się udało. Może by im ustalić sztywne (ale hojne)
        godziny na internet, że by nie musiały miec dylematów?
        Niemniej polecam ci lekturę forum "macochy" . Troche się pocieszysz, moze coś
        skorzystasz.
        • jaga_a Re: młodsze nastolatki 06.03.06, 13:39
          forum przeglądałam... niestety, żeby pisać trzeba mieć zezwolenie... zgłosiłam
          chęć, ale nie dostałąm odpowiedzi
          • linka9 Re: młodsze nastolatki 06.03.06, 14:39
            Super, trzymam kciuki! Również jestem za odgórnym przydziałem ilości internetu.
            Czyli nie dylemat: wspólna pizza czy internet, ale pichcenie czy ... (coś tam).
            Oczywiście, gdy przyjdziecie zmęczeni po zakupach czy wycieczce gotowa dostawa
            do domu jest jak najbardziej wskazana, aby przydzielone godziny w kafejce nie
            przepadły.
            Powodzenia! I nie martw się czasowym marudzeniem, tego nie da się uniknąć,
            zwłaszcza na odwykuwink.
    • evee1 Re: młodsze nastolatki 06.03.06, 18:16
      Sorry dziewczyny, ale w jakim wieku Wy macie dzieci? Moim zdaniem ich
      zachowanie jest calkiem normalne dla rodzenstwa w tym wieku. Wiem, bo mam taka
      pare w domu smile). I zapewniam Was, ze mamy normalna rodzine, dzieci maja swoj
      dom. Ja mam po prostu wrazenie, ze dzieci rosna i w pewnym momencie dorastaja
      do wieku, kiedy trudno jest juz je zabawic byle czym. Chyba chodzi o to, ze
      sama dyspozycyjnosc i poswiecenie im uwagi przez doroslego przestaje im
      wystarczac. Trzeba jeszcze na dodatek cos z nimi konkretnego robic.
      Oczywiscie nie chodzi o to, zeby wymyslac coraz to nowe i bardziej ekscytujace
      zabawy, ale zeby dzieci nauczyly sie, ze wolny czas nie musi byc ciagle
      wypelniony zabawami. Mozna sie czasem ponudzic, mozna pomyslec, mozna poczytac.
      Mozna popatrzec przez okno. Mozna zaplanowac podroz dookola swiata. Mozna
      zrobic liste ludzi, ktorych zaprosimy na swoja koronacje. Mozna tez wymyslec
      jakas zabawe. Jak moje snuja sie i jecza, ze jest nudno, to mowie, ze nudzenie
      sie jest dobre, bo daje okazje do wymyslenia jakiejs zabawy. No i wymyslaja.
      Czasem bez nas, czasem z nami.
      No, pizza fajna, ale codziennie jej robic nie bedziecie, a poza tym gwarantuje,
      ze za trzecm razem bedzie "pizza? eeee, to nudne....".

      Co do komputera, to moje tez moglyby godzinami, ale ja dozuje i najczesciej
      siedza na nim jedno po drugim, jednakowa ilosc czasu (musi byc co do
      minuty!!!!). A moze sprobuj z nimi posiedziec razem na tym internecie.
      Przynajmniej dowiesz sie co je tam interesuje i z tego moga wyniknac jakies
      pomysly na organizacje czasu pozakomputerowego.

      Ja wiem, ze to nieladnie, ale tymi "Szalenstwami panny Ewy" to troszke mnie
      rozsmieszylas. Dla mnie to dopiero nuuuuudaaaa smile).

      Sprawy tatcie nie zostawialabym tak calkiem, bo dzieci Twojego partnera, to
      jednak tez Twoja sprawa.
      • jaga_a Re: młodsze nastolatki 07.03.06, 09:10
        evee: nie zrozumiałaś istoty problemu. Te dzieci nie mają normalnego domu - mają
        trzy domy, z czego jeden z nich to u nas. Pewne kwestie (było o nich we
        wcześniejszych postach) nie pozwalają na to, abyśmy je wzięli do siebie. Chodzi
        o to, jak spędzić ten jeden dzień co dwa tygodnie, aby dzieci chociaż u nas nie
        czuły, że przeszkadzają, żeby wiedziały, że są dla nas kimś ważnym. Dlatego nie
        chcę ich zostawiać samych sobie (to robi matka i babka, u których na zmianę
        mieszkają i które uważają, że powinno wystarczyć to, że mają gdzie spać, co jeść
        i w co się ubrać). Nie chcę też ulegać im i pozwolić na strzelanki w komputerze
        w nieograniczonych ilościach. Ponieważ nie mam swoich dzieci oraz nie mam
        stałego kontaktu z dziećmi, poprosiłam doświadczone mamy o pomoc i naświetlenie
        sprawy na potrzeby takich dzieci. Bardzo mi pomogły, naświetliły kilka spraw,
        dzięki nim przeprowadziłam też rozmowę z moim partnerem na ten temat. Dzięki
        dziewczyny smile Za dwa tygodnie kolejna relacja. A może kiedyś uda się, że to
        będzie każda sobota? Do tego również ja muszę dorosnąć - z osoby, którą
        wyprowadzała z równowagi sama obecność dzieci stać się dobrą ciocią. Pierwsze
        kroki postawione.
    • ewencja Re: młodsze nastolatki 08.03.06, 23:03
      Wotam, z tym obiadem...to znakomity pomysł.
      Mam 20lat. i w domu niby normalnym /pozory bardzomyla!/ nie zostalam nauczona
      niczego praktycznego, za to mam jedna najwspanialsza pod sloncem ciocie, ktora
      mnie uczy wszystkiego po kolei, gotowania, prawia, obslugi pralki itd. Jest
      siostra taty, odzylam po tym jak znalazlam prace teraz stalam sie
      pracoholikiem, na dzien dzisiejszy jest lepiej, powoli sie unormowuje.
      A kat i wlasna pizamka, szczoteczka do zebow itd. jest super, moja
      ciociami....robi swetry na drutach to jest chyba "ciocioterapia"smile Odezwij sie
      na maile opowiem Ci wiecej jesli chcesz
      pozdrawiam
      Ewa
      • jaga_a Re: młodsze nastolatki 09.03.06, 09:16
        Odezwałam się smile
        • ewencja Re: młodsze nastolatki 09.03.06, 22:31
          Ja odpisalamsmile)
Pełna wersja