Problem z moim 10-latkiem

25.10.06, 14:28
Poradźcie drogie Mamy, proszę!

Mój problem dotyczy mojego 10 letniego syna (IV klasa podstawówki).
Pierwsza sprawa: w ogóle nie przejmuje się zadanymi pracami domowymi,
lekceważy obowiązki, nie siądzie do biurka, nie uczy się wcale. Takie
dziecko, które posadzone na ławce będzie sobie machać nogami.
Inna sprawa: dobija mnie jego pyskowanie. Wiedząc, że agresja budzi agresję,
zawsze staram się zachować spokój w rozmowach z nim, ale moje nakazy syn
uważa za złe traktowanie. Za karanie jego.

Był moment, że niemalże machnęłam ręką na to wszystko, trudno, może jak
przyniesie trochę złych ocen, to się otrząśnie z tego głupawego stanu
olewającego wszystko i wszystkich.

I wczoraj było zebranie. Z jednej strony jestem mile zaskoczona, bo oceny
całkiem niezłe, z drugiej załamałam się. Oceny z języka polskiego ma fatalne.
Jedna jedynka, dwóje, tróje, jakaś zabłąka czwórka.

Moja prośba do Was: jak radzicie mi „podejść” do niego? Nie chcę krzyczeć,
stale karać, dawać mu do zrozumienia, że moje jego wychowanie to chyba mała
porażka. Mam mały pomysł (dot. poprawki z języka polskiego), ale aż boję się
cokolwiek zacząć. Znów będzie mi pyskował i stawiał na swoim.

Dwie małe ciekawostki: (1) zarówno wychowawczyni, jak i nauczycielka języka
polskiego potwierdziły to, co sądzi o nim jego kochająca mama – chłopiec mój
jest zdolnym, bystrym uczniem, ale na kilometr śmierdzi leniem!!
(2) Młodsza o 3 lata córeczka jest wzorową uczennicą, zawsze o wszystkim
pamięta, wszystko odrobione na zaś, taka mała I-klasistka

Poradźcie coś, proszę.
    • verdana Re: Problem z moim 10-latkiem 25.10.06, 19:12
      Przede wszystkim nie porównuj. Ostatnie zdanie trochę mnie zaniepokoiło - myślę
      wprawdzie, ze tego nie robisz, ale dziecko wyczuwa, xe jest ta "dobra" - pilna
      młodsza siostra i on. "Leń", "porazka wychowawcza". Przyczepienie, nawet
      niejawne, takiej etykietki może wzmoc problemy.
      Tym bardziej, ze szkoła przeznaczona jest dla dziewczynek. Chłopcy znacznie
      częściej mają kłopoty, aby sprostać wymaganiom szkoły podstawowej. Dziewczynki
      w tym wieku wyprzedzają intelektualnie i społecznie chłopców o 2-3 lata i
      wymagania dostosowane sa do nich.
      Jeżeli dziecko się poprawiło ze wszystkich przemiotów, prócz polskiego, to może
      potrzebna mu pomoc? Nauczyciele bardzo często mówią "zdolny, ale leń", nie
      wnikajac co jest tak naprawde przyczyna kłopotów. "Jak by popracował, to by
      umiał, bo jest inteligentny". A to wcale nie zawsze jest prawdą.
      I co oznacza, ze "pyskuje"?
      No i wydaje mi się, ze traktujesz stopnie dziecka nie jak stopnie dziecka, ale
      jak oceny z własnych umiejetnosci wychowawczych. To błąd.
    • kerstink Re: Problem z moim 10-latkiem 26.10.06, 07:41
      Porownanie z pilna dziewczynka jest zupelnie bez sensu. Niestety moje wrazenie
      jest takie, ze szkola w pierwszych latach jest dla dziewczyn - one lubia ladnie
      pisac, malowac itd. Mysle, ze moj syn (7 lat) moze sie troche nudzic, bo jemu
      wystarczy ze robi wszystko prawidlowo (czyli dobrze liczy, dobrze przyporzadkuje
      itd.), ale niekoniecznie musi to jeszcze byc ladne.

      Zastanawiam sie, czy wczesniej u twojego syna bylo inaczej ?

      K.

    • jo.st Re: Problem z moim 10-latkiem 26.10.06, 11:36
      Witajcie! Dzięki za Wasze odpowiedzi.

      Od razu chciałabym wyjaśnić, że absolutnie nie było moim zamiarem porównywanie
      moich dzieci, leniwego synka i ambitnej córki. Pisząc o córce chciałam dać Wam
      do zrozumienia, że staram się jak mogę, robię co się da, aby pomóc dzieciom,
      aby dać im do zrozumienia, jak ważne jest zdobywanie wiedzy, a przede wszystkim
      jakie oni w tej chwili mają możliwości. Kiedyś (pamiętacie ?) mieliśmy mniej
      książek, nie było tylu programów telewizyjnych, nie było Internetu. Sama
      mnóstwo czytam, kupuję dużo książek, podsuwam im, gdy znajdę coś ciekawego.
      Czasem śmiejemy się z mężem, że nasz syn jest w swoich poczynaniach podobny do
      męża brata. Który uczył się tego, co chciał, co go interesowało, podczas kiedy
      nie chciało mu się nauczyć tego, czego wymagał program. No i oblał maturę.

      Wcześniej, na początku szkoły synek mój był taki sobie średnio ambitny. Nie
      przesadzał w żadną stronę. Kontrolowałam sytuację, nie zmuszałam, aby był
      lepszy.
      Przyszła IV klasa, zatem zmiana nauczycieli, nowe przedmioty. Nie chcę być
      żadną tyranką, ale uwierzcie mi, mój syn W OGÓLE się nie uczy. To mnie męczy.
      Nie dążę do tego, aby był prymusem, ale boję się, ze przegapię jakiś moment,
      kiedy będzie już za późno. Namawiam do nauki, sprawdzam zeszyty, czasem coś
      zrobimy razem, ale zazwyczaj „wszystko mam zrobione” – co nie zawsze jest
      prawdą.

      Przedwczoraj, po zebraniu, syn przeczytał bajkę, opowiedział mi ją i wspólnie
      rozmawialiśmy o jej zakończeniu. Zadane miał napisać parę zdań, wniosków
      wypływających z tego zakończenia. Napisał ok. 4 zdań, a wczoraj pani wezwała
      jego, aby przeczytał pracę domową i tak oto dostał całe 4+ !! Wspomniałam Wam,
      że mam pewien pomysł, jak zachęcić jego do tego przedmiotu. Otóż wymyśliłam, że
      będzie czytał czytanki, opowiadania, a potem będzie je streszczał. Sam sobie
      napisał już ze dwa opowiadania fantastyczne (Jaś i Małgosia poszli do lasu i
      tam spotkali UFO).

      No i to pyskowanie, o które pytasz, Verdano. Pominęłam to, bo naprawdę
      strasznie się tego wstydzę. Nie mam pojęcia skąd to się wzięło. Jedyne co mi
      przychodzi do głowy, to może niepotrzebnie na niego krzyczałam, gdy coś było
      nie tak, a "agresja budzi agresję". Może stąd te jego głupie uwagi, głupie miny
      (ironiczne, typu ble, ble ble, gadaj sobie dalej). Nie mam pomysłu jak sobie z
      tym poradzić. Stale daje mu do zrozumienia, że tak nie można odzywać się do
      rodziców, staram się zachować spokój. I narazie skutek marny.

      A wczoraj, po odrobieniu lekcji, razem robiliśmy kolację, spaghetti z warzywami
      i sosem. Było uroczo. Pomagał mi chłopczyk mój, a potem zaprosiliśmy siostrę i
      tatę, i mieliśmy uroczy wieczorek. Dziś obiecał, że odrobi lekcje po powrocie
      ze szkoły, a potem będzie mi pomagał w prasowaniu.

      Pzdr serdecznie.
      • kerstink Re: Problem z moim 10-latkiem 26.10.06, 11:54
        > ze szkoły, a potem będzie mi pomagał w prasowaniu.

        !!!! ZAZDROSCIC !!!

        Mysle, ze poradzisz sobie, tylko ze wymaga to czasu. Jedyne, co mi przychodzi do
        glowy, to ksiazki o tytule 'Jak mowic zeby dzieci sluchaly, jak sluchac, zeby
        dzieci mowily'. Te czytalam i bardzo mi sie podoba podejscie, wydaje mi sie, ze
        tych samych autorek sa ksiazki na temat uczenia sie. Mam wrazenie, ze podobna
        droge juz wybrales. (A ksiazki czyta sie dobrze.)

        Tez sie zastanawiam, co z pyskami mojego syna zrobic. Denerwuje mnie one. Na
        razie pozwalam mu sie wypyskowac (jednak tym sposobem tez odreaguje caly ten
        stres 1-klasisty), a potem staram sie mu spokojnie powiedziec, ze mi to boli i
        dlaczego.

        K.
        • jo.st Re: Problem z moim 10-latkiem 26.10.06, 12:46
          Dzieki, Kerstink.

          Tak, to prawda, moje dzieci uwielbiają mi pomagać w domowych pracach. Najgorzej
          idzie sprzątanie pokoju syna (on akurat tego nie znosi), ale w innych
          sprawach, to tylko czekają na "zadania". Ja prasuję, dzieci odkładają na kupkę.
          Najfajniejsze są przygotowania na przyjęcia dla gości i te ustawianie talerzy,
          sztućców.

          Zapisałam tytuły książek. Zaraz pogrzebię w Internecie, żeby je znaleźć.


          • verdana Re: Problem z moim 10-latkiem 26.10.06, 22:27
            Wydaje mi się, że to bardzo niewygodne dla rodzica, że 10-latek pyskuje.
            Ale buntowanie sie jest dobre dla dziecka. Jezeli dziecko ma stać się dorosłe,
            musi przestać bezrefleksyjnie słuchać rodziców, tylko zacząć walczyć o swoje.
            Ja przeszłam dwa okresy dojrzewania dzieci (teraz wchodze w trzeci...)niemal
            bezboleśnie (za wyjątkiem szkoły, ten sam model - nieuczacy się chłopcy i w
            miarę pilna córka). Wydaje mi się, ze moje dzieci były bardzo sympatyczne i
            spokojne w okresie dojrzewania, bo przede wszystkim nie zakazywałam i nie
            nakazywałam niczego, co nie było bezwzględnie konieczne (strój, uczesanie,
            ilość jedzenia, wygląd pokoju - uznałam za nie moja sprawę).
            Po drugie reagowałam na grzeczne protesty. Ja wiem, ze wszyscy mamy pierwszy
            odruch mówienia "nie", albo "rób tak, jak powiedziałam", albo "musisz".
            Tymczasem gdy dziecko mowi "nie" i się z nim po prostu pogada, a czasem pozwoli
            się dziecku, ze może robić tak, jak uwaza za słuszne, choć my się z tym nie
            zgadzamy, to szybko przestaje pyskować. Bo ma realną możliwość realizacji
            swojego celu, bez kłótni.
            W sumie, gdy spytałam córki, dlaczego, do cholery się nie buntuje,
            powiedziała "Chętnie, ale przeciw czemu?"
            I od razu zaznaczam - nie jestem pobłażliwa, raczej surowa. Tylko uznaję, że
            dziecko ma prawo do odmiennego zdania i przynajmniej w pewnej części
            przeżywania swojej młodosci tak jak ono chce - a nie tak, jak ja chcę.
            • kerstink Re: Problem z moim 10-latkiem 27.10.06, 11:12
              Rozumiem, ze stroj same moga wybierac - ale musza byc cieplo ubrane, ze pokoj
              moze byc urzadzony wdlg. ich gustu - ale musi byc jakis porzadek ?

              To co piszesz jest bardzo sensowne.

              Jak juz wczesniej pisalam, u nas pyskowanie wynika przede wszystkim ze zmeczenia
              i potrzeby odreagowania calego dnia po szkole (7-latek) i przedszkolu
              (4-latka). Z jednym dzieckiem to jeszcze, ale jak one siebie w takim stanie
              spotkaja ... radzimy sobie juz coraz lepiej.

              K.
              • verdana Re: Problem z moim 10-latkiem 27.10.06, 14:00
                Nie musza byc ciepło ubrane.
                Nie bedę wojowała o wkładanie czapki i szalika, skoro sama wiem, że zdejmowałam
                je już na klatce schodowej. Nie każę też wkł czy zdejmowaćadac swetra, skoro
                moje jedno dziecko chodzi przez całą zimę w krótkich rękawach (mnie zimno, gdy
                na niego patrzę), a drugie w trzech swetrach (dla mnie absurd, za ciepło).
                Dziecko po dwoch-trzech razach, gdy zmarznie, samo ubiera się jak mu pasuje , i
                z mojego doswiadczenia wynika, ze zaziebia się znacznie rzadziej, niż gdy ja
                nakazuję, co włożyć.
                Ma być sprzatniete o tyle o ile. Przyjmuję, ze to nie mój pokój i nie ja mam w
                nim czuć się dobrze. No, ale ja u siebie też mam bałagan.
                • judytak Re: Problem z moim 10-latkiem 28.10.06, 23:03
                  verdana napisała:

                  > Nie musza byc ciepło ubrane.

                  pewnie, że nie, ale to się odnosi do tych starszych, co to same mają problem,
                  jak zachorują ;o)
                  u tych młodszych, z którymi w razie czego ktoś musi siedzieć w domu, trzeba
                  jednak utrzymać jakieś normy...

                  pozdrawiam
                  Judyta
                  • verdana Re: Problem z moim 10-latkiem 29.10.06, 14:11
                    Nie. Od kiedy przestałam wybierać ubrania moim dzieciom (tak w wieku 5-6 lat)
                    zaziębiają się o połowę rzadziej. Po prostu, ja nie jestem w stanie wiedzieć,
                    czy dziecku jest za goraco czy za zimno. Wie to tylko dziecko.
                    I wbrew pozorom, gdy nie musi walczyć z mamą o zdjęcie sweterka, szybko uczy
                    się, ze warto sweterek włożyć. A mama uczy się, że to, iz JEJ jest zimno nie
                    oznacza, ze dziecku jest zimno.
                    • linka9 Re: Problem z moim 10-latkiem 29.10.06, 15:22
                      verdana napisała:
                      >Po prostu, ja nie jestem w stanie wiedzieć,
                      > czy dziecku jest za goraco czy za zimno. Wie to tylko dziecko.

                      Niekoniecznie. 6-latek na ogół zupełnie nie orientuje się czy przy temp. 5 stC i
                      wietrze (słońcu, deszczu, w zależności od sytuacji)będzie mu za ciepło w
                      dodatkowym swetrze, co ma załozyć, aby nie zmarznać. To właśnie rolą dorosłego
                      jest zwrócić uwagę na potrzebę założenia czapki czy szalika, bo bez wzgledu na
                      to czy jestesmy tolerancyjni z natury czy nie, jako dorośli potrafimy jednak
                      ciut więcej przewidzieć niż 6-latek. Machanie reką na to, że nastolatka idzie z
                      gołym brzuchem i krzyżami w imię dziwnie pojętego partnerstwa jest po prostu
                      zaniedbywaniem obowiązków rodzicielskich.

                      > I wbrew pozorom, gdy nie musi walczyć z mamą o zdjęcie sweterka, szybko uczy
                      > się, ze warto sweterek włożyć.

                      Gro dzieciaków nie ubierze swetra z lenistwa, pospiechu, roztargnienia, braku
                      mozliwości przewidywania, jeśli właśnie dorosły nie przypomni mu o tym.


                      >A mama uczy się, że to, iz JEJ jest zimno nie
                      > oznacza, ze dziecku jest zimno.

                      To jest bezdyskusyjna sprawa.
                      • verdana Re: Problem z moim 10-latkiem 29.10.06, 15:40
                        Widzisz. Mozna reka machać, można nie machać, a nastolatka i tak zrobi co
                        zechce. Bo nastolatki bardzo lubia robic rodzicom na złość, szczególnie gdy
                        pozbawia sie ich prawa decydowania o sobie. Matka truje, a ja robię co chcę - z
                        domu wychodzę ubrana jak matka każe, a na klatce schodowej sciagam to, co
                        zbędne. Ciekawe, ile z nas tak nigdy nie robiło.
                        Gdy sprawa ubioru zależy od samej nastolatki wychodząc na mróz z gołym
                        brzuchem - robi na złość tylko sobie. Nieopłacalne.
                        A szesciolatek, średnio inteligentny, po dwóch "wpadkach" świetnie wie, co
                        znaczy - jest zimno, radzę zalożyć coś cieplego. Przypominanie i rady zreszta,
                        to nie to samo co nakaz. Rady mogę udzielać, ubierac dziecko wg. wlasnego
                        widzimiesie - nie będę. Moim zadaniem jest wziąć na wszelki wypadek sweter ze
                        sobą, a nie wtłaczać go na protestujące dziecko.
                        • linka9 nie obawiajmy się rozsądnie zakazywać i nakazywać 29.10.06, 23:16
                          verdana napisała:

                          > Widzisz. Mozna reka machać, można nie machać, a nastolatka i tak zrobi co
                          > zechce. Bo nastolatki bardzo lubia robic rodzicom na złość, szczególnie gdy
                          > pozbawia sie ich prawa decydowania o sobie.

                          Takim rozumowaniem moża wepchnąć się w ślepy zaułek. Po co nastolatkowi
                          zabraniać upijać się, brać w domu narkotyków, skoro pójdzie za róg i zrobi to
                          ... na złość mamie. Jeśli dzieciak ściaga na spacerze sweter, bo mu goraco -
                          możemy uznać, że w tym momencie wie lepiej. Jeżeli natomiast przy trzaskajacym
                          mrozie 8-latek za rogiem sciaga czapke, a nastolatce nie jestesmy w stanie
                          wyperswadować wyjscia z gołym brzuchem w okresie zimowym to jest to nasza klęska
                          wychowawcza, i tyle. Nie owijajmy w bawełenę, że to niby demokracja i
                          poszanowanie praw dziecka.

                          > Gdy sprawa ubioru zależy od samej nastolatki wychodząc na mróz z gołym
                          > brzuchem - robi na złość tylko sobie. Nieopłacalne.

                          Chore nerki, korzonki, hm - jasne, jeśli nastolatka tylko chce, czemu nie. Niech
                          ponosi konsekwencje. Analogicznie, chce brać narkotyki - niech bierze. Komu w
                          końcu zrobi na złość i zaszkodzi?

                          > A szesciolatek, średnio inteligentny, po dwóch "wpadkach" świetnie wie, co
                          > znaczy - jest zimno, radzę zalożyć coś cieplego.

                          Oj, niekoniecznie.


                          > Przypominanie i rady zreszta,
                          > to nie to samo co nakaz. Rady mogę udzielać, ubierac dziecko wg. wlasnego
                          > widzimiesie - nie będę.

                          Dla mnie to błąd. Jako rodzice mamy nie tylko prawo, ale i obowiązek dbać o
                          zdrowie dzieci. Ja tez należę do rodziców nienarzucających zbytnio ubioru,
                          lekkie zmarznięcie na ogół nie zaszkodzi, jednak są granice, których przekroczyć
                          w ubiorze dziecko/nastolatek nie może. A argument, że i tak zrobi swoje, więc
                          pasuję na początku(bardziej honorowo?) to dla mnie nieporozumienie.

                          >Moim zadaniem jest wziąć na wszelki wypadek sweter ze
                          > sobą, a nie wtłaczać go na protestujące dziecko.

                          I co kurtkę będzie ściagał na mrozie, żeby sweter założyć? Dla mnie prościej
                          własnie nakazać (7-latkowi w tym wypadku, a nie nastolatce) ubrac sweter (jeśli
                          warunki atmosferyczne ku temu przemawiają) i dać przyzwolenie na rozpięcie
                          kurtki, czy nawet jej ściagnięcie.
                          Ja rozumiem, że zbyt duzo rodziców przywiązuje nadmierną wagę do ubioru dziecka
                          narzucając swoje zdanie, na ogół przegrzewa i stąd Twój post, ale to nie
                          usprawiedliwia lansowania totalnej samowoli, tylko dlatego, że komuś taki luz
                          się sprawdził.

                          • verdana Re: nie obawiajmy się rozsądnie zakazywać i nakaz 29.10.06, 23:40
                            Naiwną wiarą jest sądzić, że jak matka wyda nastolatce rozkaz, to nastolatka
                            grzecznie bedzie robiła to, co matka każe. Powiem, zeby nie piła - to nie
                            będzie piła. Nie powiem - urżnie sie od razu za rogiem.
                            Sztuką jest tak wychować dziecko, by ono samo, z własnej inicjatywy, ubierało
                            się i zachowywało stosownie do sytuacji i pogody, aby umiało i chciało to robić.
                            A stanowcze, nie znoszące sprzeciwu nakazy wobec nastolatek powodują tylko
                            jedno. Reakcję "Po co babcię denerwować, niech się babcia cieszy".
                            Ale niektórym sie wydaje, że mogą sterowac dzieckiem w domu i poza domem
                            wydajac odgórne polecenia. Nic błędniejszego. Mamy jaka-taką szansę oczekiwac,
                            ze dziecko będzie rozsądne tylko tak go wychowujac, by rozsądek pochodził z
                            jego wewnętrznych nakazów, a nie z naszych jednoznacznych poleceń. I to od
                            wczesnego dzieciństwa. A to osiąga się przy pomocy rozmowy, przykładu,
                            codziennych dyskusji, a nie poleceń i pogadanek na tematy zasadnicze.
                            A wydając zbyt wiele poleceń, nakazów i zakazów daje dziecku tylko protezę jego
                            sumienia, protezeę myślenia - szczególnie gdy bezwzglednie wymagam posłuchu.
                            Jego własna moralność i zdrowy rozsądek nie ma szans się rozwinąć - nauczę go
                            słuchać, a nie myśleć i brać odpowiedzialność sa swoje czyny. Kiedy zacznie
                            negować moje polecenia, zostanie tylko pustka.
                            • linka9 Re: nie obawiajmy się rozsądnie zakazywać i nakaz 30.10.06, 00:28
                              verdana napisała:

                              > Sztuką jest tak wychować dziecko, by ono samo, z własnej inicjatywy, ubierało
                              > się i zachowywało stosownie do sytuacji i pogody, aby umiało i chciało to >robić

                              Widzisz, ale orzekłaś, mniej więcej, że to nie Twoja sprawa, jak dziecko sie
                              ubiera, bo ono wie lepiej. Czyli jednak sugerujesz brak wychowywania w tym
                              względzie...

                              > A stanowcze, nie znoszące sprzeciwu nakazy wobec nastolatek powodują tylko
                              > jedno. Reakcję "Po co babcię denerwować, niech się babcia cieszy".

                              Jeśli ktoś zakazuje na okrągło i ingeruje we wszystko, nie dopuszczając nawet
                              myśli, że to dziecko ma rację - zgoda. Jeśli boisz się zakazać/nakazać
                              czegokolwiek, bo i tak zrobi swoje - porażka całkowita.


                            • pade do verdany 31.10.06, 00:09
                              A wydając zbyt wiele poleceń, nakazów i zakazów daje dziecku tylko protezę jego
                              >
                              > sumienia, protezeę myślenia - szczególnie gdy bezwzglednie wymagam posłuchu.
                              Z tym się zgodzę i tak mi mówi zdrowy rozsądek, ale moja rzeczywistość jest
                              inna i gdybys mi cos poradziła byłabym wdzięczna. Syn jest w drugiej klasie i
                              ma nową wychowawczynię, czyli zarabia na opinię od nowa. Jest totalnie
                              roztrzepany i mysli tylko i wyłącznie o jednym: o zabawie.
                              Gdybym nie wydawała synowi poleceń nigdy nie przyniósł by do szkoły tego co
                              trzeba, miałby dzień w dzień braki zadań domowych (nigdy nie ma nic zadane),
                              jadłby kilka godzin jeden posiłek spóźniając się oczywiście na dodatkowe
                              zajęcia (sportowe), bez przerwy oglądałby telewizję, do pokoju nie mógłby wejść
                              bez odgruzowania, nie znalzłby w tym bałaganie niczego bo nie ma nawyku
                              kładzenia czegokolwiek dwa razy w to samo miejsce. Chodziłby bez swetra i
                              czapki w 10 stopniowym mrozie, chodziłby siusiu raz dziennie, jadłby max jeden
                              posiłek dziennie.Gdyby wyszedł na dwór polazłby nie wiadomo gdzie i wrócił koło
                              północy.
                              W wakacje próbowałam synowi całkowicie odpuścić. Skutek był taki, że cały
                              dzień siedział na dworze nie wracając na siusiu czy jedzenie. Nigdy nie mógł
                              niczego znaleźć i miał do mnie o to pretensje, itd itd. Przyszedł wrzesień,
                              doszłam do wniosku, ze jesli mu dalej będę odpuszczać nie zda do drugiej klasy
                              (a głupi nie jest). Skutek mojego pilnowania jest taki, że dostał piątkę z
                              angielskiego co jest sukcesem ogromnym ( w I klasie nie był w stanie nauczyć
                              się kilku słówek), ma piątki z matematyki i...religii, dziś sam się zgłosił do
                              odpowiedzi. Czyli wprowadziłam "terror", ale są rezultaty (oceny, stopień
                              wiedzy, systematyczna nauka). Tylko, że ja tego nakazywania nienawidzę i mój
                              syn też. Ale gdy odpuszczę choć raz sam z siebie nic nie zrobi.
                              Nie chodzi mi o oceny, chodzi mi o naukę systematyczności i poczucia obowiązku.
                              Tylko że, duzo mnie kosztuje ta nauka....
    • lkopsik56 Re: Problem z moim 10-latkiem 29.10.06, 13:36
      Czy to nie jest tak, ze ty po prostu nie zauważyłaś, a może nie możesz dopuścić
      do siebie myśli, ze on rośnie, samodzielnieje, zaczyna dorastać,
      że przestaje być bezwzględnie pod twoją władzą?
      Młodzsze, jak młodsze jest posłuszne bo młodsze.
      Starsze raczkuje w samodzielności, nie strać go w tym wieku.
      Pozwól mu na więcej samodzielności, zmień odrobinę siebie
      a także wymagania (mogą być większe, ale raczej nie w szkole ).
      Ale dobrze pamiętaj , że on wciąż jest jeszcze dzieckiem, i własnie teraz
      zaczyna robić wiele nieprzewidywalnych głupot.
    • inna242 Re: Problem z moim 10-latkiem 29.10.06, 13:50
      Mi się wydaje, ze ty po prostu nie równo traktujesz dzieci.
      Starsze jest niegrzeczne, bo wie , że mu wolno.
      Młodsze jest grzeczne, bo jemu nie wolno, jemu by nie uszło .
      Spróbuj zrównać wymagania, o ile nie jest już za późno),
      zważywszy, ze mają różny wiek,
      tzn stawiaj młodszemu tylko takie jakie stawiałaś starszemu, gdy był w wieku 7
      lat. Nie masz prawa od młodszego wymagać więcej.

Pełna wersja