net_amino
13.01.09, 21:58
Mam problem z synem, który ma 6 lat. Zaczęło się w poprzednim przedszkolu.
Syn w ogóle nie przepada za przedszkolem, owszem chodzi, jak chodzi to się
bawi, nie stoi pod ścianą, ale codziennie się pyta, czy dziś idzie do
przedszkola i w zasadzie jest zadowolony jak nie idzie (w dzień powszedni -
bardzo rzadko), chociaż ja wtedy nie mam czasu się wciąż z nim bawić.
W poprzednim przedszkolu duszą towarzystwa nie był, miał kilku ulubionych
kolegów. Przykleił się (to znaczy to była sympatia jednostronna) taki chłopiec
wyższy i silniejszy od niego, który lubił mojego syna, bo się z nim bawił, a
inne dzieci nie chciały, ale go bił. To w ogóle było kuriozalne, że paniom ta
sytuacja nie przeszkadzała. Ja początkowo zajmowałam stanowisko, że powinien
oddać temu chłopakowi, ale to nic nie pomagało. W końcu (dosyć późno)
porozmawiałam z przedszkolanką która mnie zbyła twierdzeniem, że sytuacja jest
"pod kontrolą" - tak powiedziała, że tamten chodzi do psychologa, ale nic się
nie zmieniło. Dopiero jak poszłam do dyrektorki, to uspokoił się z dnia na dzień.
W tym przedszkolu (zerówka) syn znów zaczął mi mówić, że jeden chłopiec go
bije (sama forma mnie martwi - co to znaczy: "chłopiec go bije, a on co? nic
nie może poradzić?), ale jakoś w tym przedszkolu sobie potrafią z biciem
poradzić, bo więcej już o tym chłopcu nie słyszałam. Od początku bawi się z 2
chłopcami. Jednego nawet na początku bardzo polubił. Niestety dowiedziałam się
niedawno, że ten jego najbliższy kumpel kiedy są na podwórku to jak pani nie
widzi wykręca mu boleśnie rękę, albo tak jak gdyby bawi się jego kosztem bo
przyczepia mu klocki magnetyczne pod bluzkę i potem do tego pod bluzką klocka
na bluzkę (a mój syn nie jest szczęśliwy z tego powodu). Ostatnio nie było go
dłużej w przedszkolu. Dziś był drugi dzień i dowiedziałam się, że ten kumpel
kazał mu zjeść ptasią kupę, jak byli na spacerze. Mój syn powiedział tylko, że
nie.
Po tym, jak powiedział mi, że jego kumpel tak sobie na nim używa, mieliśmy
rozmowę, powiedziałam mu, żeby też mu oddał, żeby się bronił i nie pozwalał
sobie wieszać klocków magnetycznych. Aha, kumpel syna jest nieco drobniejszy
od niego, więc z rozkładem sił nie powinno być problemu. Dowiedziałam się, że
syn się nie broni, chociaż tych zabaw nie lubi, bo boi się utracić sympatię
kumpla. Rozmawialiśmy o tym, żeby próbował się bawić z innymi dziećmi, ale to
też nie wychodzi.
I nic nie pomogło!!! Syn chodzi na tzw. judo, co w tym przedziale wiekowym
oznacza substytut podwórka, które my mieliśmy gratis i do woli, a teraz dzieci
mają w aptekarskich dawkach (co to jest 1 h tygodniowo - chętnych jest tylu,
że na więcej czasu się nie da), żeby im nogi w stawach się nie przykurczyły na
stałe i nauczyły co to jest fikołek - to jest judo - żadnej walki się 6 latek
na takim judo nie nauczy, co nie znaczy, że ma nie chodzić. Więc chodzi na
judo, na nartach umie jeździć, staram się, żeby się trochę ruszał, na tyle na
ile mogę pracując, ale sedno jest chyba nie w tym, a w czym to "mądra" pani
psycholog także nie wie.
Uważam syna za z jednej strony dziecko, które ma w sobie jakieś pokłady
energii i dzielności, ale są one głęboko ukryte, natomiast na co dzień często
zachowuje się marudnie, gapowato i ciamajdowato. Drażni mnie to strasznie, co
wcale nie pomaga rozwiązać problemu. Robię się wtedy ostra i stanowcza, co
tylko potęguje jego rozżalenie. Zupełnie nie wiem, jak w nim tę zaradność i
przedsiębiorczość wyzwolić.
Po ostatnich rewelacjach to bałabym się go wypuścić samodzielnie na jakiś
wyjazd (powiedzmy, że na razie i tak jest na to trochę za wcześnie), chociaż
uważam, że dla jedynaka to jest najlepsze co może być.
Macie jakieś pomysły, pocieszające historie, że też tak mieliście, a wszystko
się dobrze skończyło?
Pozdrawiam,