Dodaj do ulubionych

Powiedzieć, że wiem?

14.08.21, 18:15
Muszę się wypisać.

Związek ponad 10letni, wspólnych dzieci brak, jedno moje, dwójka jego, już nastoletnie.

Od kilku lat układało nam się zdecydowanie gorzej niż lepiej, bywały zwyżki, ale generalnie tendecja bardzo spadkowa.
Dwa lata temu zdecydował się na pójście do psychiatry i rozpoczęcie leczenia depresji. Okres, kiedy brał leki, był naprawdę świetny, czułam że stajemy na nogi.
Niestety, któregoś dnia, niemalże z dnia na dzień postanowil je odstawić i od tego czasu, lecieliśmy już tylko w dół.

Wrócił alkohol, dramaty po nim, ja z każdym dniem odsuwałam się coraz bardziej, doszło do tego, że najmniejszą wymiana zdań między nami, prowadziła do kłótni.

Kilka tygodni temu, zdradził mnie na imprezie. Wysoce prawdopodobne, że był to jednorazowy wyskok spowodowany duża ilością alkoholu.
Wiem o tym na 100%, w trakcie imprezy komunikowal się z nią on line, przez komunikator, do którego miałam dostęp.

Po przeczytaniu ich rozmów, zaliczyłam klasyczne załamanie nerwowe z odcięciem świadomości do zera. ZemMuszę się wypisać.

Związek ponad 10letni, wspólnych dzieci brak, jedno moje, dwójka jego, już nastoletnie.

Od kilku lat układało nam się zdecydowanie gorzej niż lepiej, bywały zwyżki, ale generalnie tendecja bardzo spadkowa.
Dwa lata temu zdecydował się na pójście do psychiatry i rozpoczęcie leczenia depresji. Okres, kiedy brał leki, był naprawdę świetny, czułam że stajemy na nogi.
Niestety, któregoś dnia, niemalże z dnia na dzień postanowil je odstawić i od tego czasu, lecieliśmy już tylko w dół.

Wrócił alkohol, dramaty po nim, ja z każdym dniem odsuwałam się coraz bardziej, doszło do tego, że najmniejszą wymiana zdań między nami, prowadziła do kłótni.

Kilka tygodni temu, zdradził mnie z przyjaciółką. Wysoce prawdopodobne, że był to jednorazowy wyskok spowodowany duża ilością alkoholu.
Wiem o tym na 100%, w trakcie imprezy komunikowal się z nią on line, przez komunikator, do którego miałam dostęp.

Po przeczytaniu ich rozmów, zaliczyłam klasyczne załamanie nerwowe z odcięciem świadomości do zera. Zemdlałam, wymiotowałam, wypiłam szklankę wódki, wzięłam leki uspokajające, czułam, że jestem o krok od obłędu, nie miałam pojęcia jak silnie może zareagować organizm na stres.

Z podłogi zgarnęla mnie siostra, która przypadkowo do mnie zadzwoniła.
On wrócił do domu dopiero kilkanaście godzin później.
Mój stan był tak zły, że konieczna była wizyta psychiatry, który przepisał mi silne leki uspokajające, dzięki którymś jakoś przetrwałam ostatni czas.

Wtedy nie miałam siły żeby od razu powiedzieć mu, co wiem, wszystko ustawiłam w stronę tego, że zniknął mi na prawie dwie doby i tylko przez to przeżyłam takie załamanie.

Po kilku dniach powiedziałam mu ze mam bardzo mocne dowody na to, że mnie zdradził, ale nie mam siły dyskutować i dla swojego zdrowia psychicznego przyjmę za prawde cokolwiek mi powie.

Oczywiście, wyparł się wszystkiego.

Chodzi na mnie wściekły, zamknął się w sobie do zera, powtarza w kółko, że to co odjebałam sprawiło, że on nie może się pozbierać.
Próbuje na każdy możliwy sposób znaleźć we mnie winę, znaleźć jakiś punkt zaczepienia, żeby chyba usprawiedliwić siebie.

Mówi mi, że mam się zająć sobą, że po tym co ja zrobiłam, on ma teraz też bardzo trudny czas.

Ja jestem w kawałkach, prawdopodobnie ciągle w szoku, jakiejś traumie, tracę poczucie rzeczywistości i w pionie trzyma mnie tylko i wyłącznie terapia na którą chodzę.

Podjęłam kilka prób rozmowy, wywaliłam na stół absolutnie wszystkie dobre emocje jakie do niego mam, ale spotykałam się tylko że ściana i totalnym milczeniem.

Zadałam mu pytanie, czy ciągle mnie kocha i chce ze mną być - to było jedne pytanie, na które odpowiedział i odpowiedział twierdząco.

Ja wiem, że mogłabym wybaczyć zdradę, nie biorę jej osobiście, nie pojechała mi po poczuciu wartości, nie czuje się gorsza. Rozumiem dlaczego to zrobił, ale też nie zamierzam za jego decyzję brać ani ułamka odpowiedzialności i nie dam sobie wmówić, że miałam cokolwiek wspólnego z jego decyzja o zdjęciu majtek obcej kobiecie.

Widzę jednak, że fakt, że się nie przyznał, wpierdala go od środka, niszczy potężnie, z każdym dniem jest w coraz gorszym stanie.

Mam momenty, że chce usiąść przed nim i pokazać dowody, które mam, ale cholernie boję się, że jego stan i brak gotowości na przyznanie się do potwornego błędu, sprawi, że ucieknie do tyłu i odejdzie z tchórzostwa. A nie chce z takiego powodu kończyć związku.
Od każdej bliskiej nam osoby, w tym od jego dzieci, usłyszałam, że jestem najlepszym co on dostał od życia (rozjebało mnie to kompletnie) ale nie postawiłam mu żadnych granic.


Zemdlałam, wymiotowałam, wypiłam szklankę wódki, wzięłam leki uspokajające, czułam, że jestem o krok od obłędu, nie miałam pojęcia jak silnie może zareagować organizm na stres.

Z podłogi zgarnęla mnie siostra, która przypadkowo do mnie zadzwoniła.
On wrócił do domu dopiero kilkanaście godzin później.
Mój stan był tak zły, że konieczna była wizyta psychiatry, który przepisał mi silne leki uspokajające, dzięki którymś jakoś przetrwałam ostatni czas.

Wtedy nie miałam siły żeby od razu powiedzieć mu, co wiem, wszystko ustawiłam w stronę tego, że zniknął mi na prawie dwie doby i tylko przez to przeżyłam takie załamanie.

Po kilku dniach powiedziałam mu ze mam bardzo mocne dowody na to, że mnie zdradził, ale nie mam siły dyskutować i dla swojego zdrowia psychicznego przyjmę za prawde cokolwiek mi powie.

Oczywiście, wyparł się wszystkiego.

Chodzi na mnie wściekły, zamknął się w sobie do zera, powtarza w kółko, że to co odjebałam sprawiło, że on nie może się pozbierać.
Próbuje na każdy możliwy sposób znaleźć we mnie winę, znaleźć jakiś punkt zaczepienia, żeby chyba usprawiedliwić siebie.

Mówi mi, że mam się zająć sobą, że po tym co ja zrobiłam, on ma teraz też bardzo trudny czas.

Ja jestem w kawałkach, prawdopodobnie ciągle w szoku, jakiejś traumie, tracę poczucie rzeczywistości i w pionie trzyma mnie tylko i wyłącznie terapia na którą chodzę.

Podjęłam kilka prób rozmowy, wywaliłam na stół absolutnie wszystkie dobre emocje jakie do niego mam, ale spotykałam się tylko że ściana i totalnym milczeniem.

Zadałam mu pytanie, czy ciągle mnie kocha i chce ze mną być - to było jedne pytanie, na które odpowiedział i odpowiedział twierdząco.

Ja wiem, że mogłabym wybaczyć zdradę, nie biorę jej osobiście, nie pojechała mi po poczuciu wartości, nie czuje się gorsza. Rozumiem dlaczego to zrobił, ale też nie zamierzam za jego decyzję brać ani ułamka odpowiedzialności i nie dam sobie wmówić, że miałam cokolwiek wspólnego z jego decyzja o zdjęciu majtek obcej kobiecie.

Widzę jednak, że fakt, że się nie przyznał, wpierdala go od środka, niszczy potężnie, z każdym dniem jest w coraz gorszym stanie.

Mam momenty, że chce usiąść przed nim i pokazać dowody, które mam, ale cholernie boję się, że jego stan i brak gotowości na przyznanie się do potwornego błędu, sprawi, że ucieknie do tyłu i odejdzie z tchórzostwa. A nie chce z takiego powodu kończyć związku.
Od każdej bliskiej nam osoby, w tym od jego dzieci, usłyszałam, że jestem najlepszym co on dostał od życia (rozjebało mnie to kompletnie) ale nie postawiłam mu żadnych granic.

Wiem, że próbuje rozmiawac z moimi znajomymi, sprzedając im narracje, że na pewno o staram się postawić go w strasznym świetle - ale dostaje od nich informacje, że absolutnie tak nie jest (zgodna z prawdą zresztą)

Widzę go w potrzasku i nie mam pojęcia, czy czekać, aż się z niego wyplącze sam, czy jednak wywalić karty na stół.





Obserwuj wątek

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka