guerreiro_da_luz
13.04.04, 23:22
Uderzenie.
Huk a właściwie głuchy, złowrogi odgłos. Bezwładnie opadające ciało z maski
samochodu. Ofiara.
To nie była decyzja - to nie była nawet reakcja. Wysiadam z samochodu jak
automat - pamiętam o wszystkim - torebka, kluczyki, alarm. Błyskawicznie.
Ułamki sekund. Podchodzę do bezładnego ciała, rusza się, odzyskuje
przytomność. Przerażony kierowca nie wie co robić. Ja wiem - 112. Nie
pozwalam ruszać ofiary, delikanie, jakby była ze szkła, w trójkę układamy ją
na boku. Trzymam za rękę. Wyczuwam puls - słaby ale równomierny. Cały czas
mówię do niej.
Karetka. -Pani jest lekarzem? Nie? Uśmiech, podziękowanie.
Chwilę później - zabieramy ją do szpitala. Podejrzenie urazu głowy. Dobrze,
że pani nie pozwoliła jej ruszać.
Koniec. Sprawdzian sie odbył.
Byłam na to przygotowana. A raczej przygotowywana od kilkunastu dni. Ostatnio
dużo podróżuję samochodem 300 - 400 km na dzień. Ale uporczywa myśl o wypadku
nie dawała spokoju: jak się zachowam, co zrobię i prosta odpowiedź -
zachowasz zimną krew, udzielisz pomocy, potrafisz - to zrobisz, jak będzie
taka potrzeba. Ale juz zmęczona jestem wiedzą o tym co będzie dalej. Zmęczona.