mariwu
05.03.08, 12:28
Czytam i czytam forum "przedszkola" i włos mi na głowie dęba staje
ile nerwów kosztuje rodziców nabór do przedszkola.
A to dopiero początek.
"Moje" przedszkolne mamy były wczoraj na zebraniu dla rodziców
wrześniowych zerówkowiczów w rejonowej szkole publicznej. Szkoła
(świeżo rozbudowana) może przyjąć dzieci do dwóch zerówek.
Rejonowych dzieci mają już prawie na 4, a do września jeszcze
mnóstwo ludzi sie tu sprowadzi ( z dziecmi na wszystkich poziomach
podstawówki). Szkoła wykorzystuje już wszelkie możliwe i
niemożliwe

pomieszczenia. Liczba dzieci w klasie oscyluje w
okolicach 30. Istnieje prawdopodobieństwo, że zrobią popołudniową
zmianę dla zerówek. To samo potem będzie w klasach starszych.
Najbliższe szkoły są daleko i mają koszmarny dojazd komunikacją
miejską. I też mają nadmiar dzieci...
Do szkół niepublicznych w mojej okolicy trzeba się zapisywać z
wieloletnim wyprzedzeniem.
Pamiętam, że kiedy sama chodziłam do podstawówki i w klasach było po
35-36 uczniów mówiło się: "kiedyś będzie lepiej".
Kiedy moje córki (wyż) poszły do podstawówki było (w ich szkole) po
9 klas równoległych, ok. 30 dzieci w klasie, a po III klasie
przenoszono je na drugi koniec osiedla do budynku dla klas IV-VIII,
gdzie nauka odbywała się na 3 zmiany. Moje trafiłyby 3 razy w
tygodniu 16:00-20:15, 2 razy w tygodniu 6:45-12:15. Przerwy między
lekcjami - 5 minut. Poszły więc do szkoły w innej dzielnicy, ale
okupiliśmy to gehenną dowożenia, a one brakiem koleżanek "z
podwórka".
Minęło kolejnych 20 lat. A sieć przedszkoli i szkół warszawskich
wciąż jest niewydolna...
I zupełnie na marginesie: ktoś te dzieci musi uczyć. Pojawiła się u
mnie przez chwilę praktykantka (w czerwcu broni pracy licencjackiej
z pedagogiki przedszkolnej). Na moje pytanie, czy przygotowała sobie
konspekt zajęcia, głęboko się zadumała i odpowiedziała
pytaniem: "czy to chodzi o te miesięczne plany pracy?".
Określenie "scenariusz zajęcia" też było Jej obce. Ale może ona z
tych studentek, co to na wykłady nie chodzą z założenia, na
ćwiczeniach ktoś się za nie podpisuje, literatury fachowej nie
czytają, bo to "bez sensu", a zaliczenia dostają "na litość"
albo "sposobem". Nie wiem. Ale to zupełnie nieprawdopodobne. A
jednak boleśnie prawdziwe...