krysia2000
13.03.11, 00:14
W końcu znalazłam czas i pieniądz na wypróbowanie tadżinaka, którego w zeszłym tygodniu (a może to już dwie niedziele nazad) kupiłam. Noc spędziłam na chacie u siostry, która wybyła do Idżiaptu, bo wieczór wcześniej popiłam troszkę w zaprzyjaźnionej francuskiej knajpce daleko na mojej byłej już wsi i głupio byłoby mi wracać po zmroku nie do końca pewna czy to co w ręku trzymam to kierownica, czy też może pączek z dziurką i w ogóle to dokąd właściwie płyniemy, panie gajowy i dlaczego samolotem? Zatem dzieci pamiętajcie: picie jest fajne, dopóki wiecie, że znajdujecie się pod wpływem alkoholu, który nie tyle wyostrza zmysły, co PRZEKONANIE o ich wyostrzeniu. Tak czy owak, fajnie jest od czasu do czasu się popotykać o własne nogi w przeświadczeniu, że właśnie wykonało się najtrudniejszy układ taneczny w historii salsy. (Piszę teraz zacydrzona letko, więc wybaczcie, kunmoszki, jeśli mi się od czasu do czasu odbeknie, ok?)
Tak więc... Spałam u siostry na chacie, a ta nieopatrznie zostawiła na okres wakacji lodówkę i spiżarkę pełną kilku drobiazgów, którym nie mogłam pozwolić się zepsuć, no nie? Uwolniłam ją zatem od ciężaru wyrzucania zepsutych:
- 2 cebulek,
- 4 daktyli,
- garści kaliforniskich orzechów włoskich (nie żartuję, w niemieckim Lidlu w Irlandii sprzedają takie apartriotyczne dziwactwa),
- 2 ząbków czosnku
- i puszeczki pomidorowej pasty...
I to chyba wszystko. No wzięłam jeszcze z zamrażarki moje własnoręcznie utłuczone tajskie pasty, ale tego akurat do tadżyna nie dałam, bo byłoby letko nie w ten deseń. No sorry, kochane, ale fjużon kucharka ze mnie żadna.
W pobliskim rzeźniku nabyłam girę jagnięcą, bo tak sama leżała. Zdeka za duża była do tego mojego tażinaka, więc dobry rzeźnik widząc, że kręcę nosem na jej gabaryty uciął mi z niej dwa gigoty (z kostnym oczkiem, bo to potrzebne do przyobleczenia sosu w ciało). Reszta giry będzie na stju do odgrzania w robocie. No i wróciłam się na Ballymun, po drodze jeszcze zahaczając o kumpla, ale że ten do nieprzytomności zmacerowany po piątkowym łojeniu był, to długo nie trwały odwiedziny.
Co miałam w domu i wykorzystałam do tadżina to:
- 3 łyżki oliwy z oliwek,
- patyk cynamonu,
- łyżeczkę sproszkowanego korzenia kolendry,
- pół łyżeczki sproszkowanego imbiru,
- 3 łupiny zielonego kardamonu,
- 2 łyżeczki sproszkowanej papryki,
- 5 goździków,
- pół łyżeczki sproszkowanych tajskich chili,
- troszku podprażonych migdałowych płatków,
- garsteczka rodzynków,
- 2 łyżeczki mniodu,
- 4 pomidorki jak przepiócze jajeczka tylko, że pomidorki
- no i sól z pieprzem.
No i tak było dalej, jak napiszę: cebulki obrałam i pokroiłam w piórka. Czosnek posiekałam drobno, korzenie utłukłam na proszek i wymieszałam. Mięso natłuściłam oliwą i natarłam czosnkiem oraz mieszanką przypraw (no i solą z pieprzem). Orzechy posiekałam drobno, a daktyle pocięłam wzdłuż na paski. Naczynie przygotowałam do duszenia namaczając w ciepłej wodzie. Na spód nalałam odrobinęoliwy i zesmażyłam w niej cebulę, tak tylko, żeby zmiękła. Zbrązowiłam także mięso, choć to nie jest kanoniczny sposób używania tadżina - w naturalnych warunkach pustynnego niedostatku opału mało kogo stać było na tracenie ognia na zesmażanie mięsa przed duszeniem właściwym. Mięso z cebulką podlałam 1/3 szklanki wody (no, może nieco więcej), wmieszałąm pastę pomidorową, sypnęłam rodzynków, przykryłam kapelusikiem i dusiłam, po 40 minutach dodając pomidorków z daktylami, potem orzeszków, a na końcu miodu, doprawionego jeszcze odrobinką chili. Dusiłam aż mięso się rozpadało, na płycie (gazie), a nie w piekarniku, jak niektórzy to czynią. A dlaczego? No cóż, nie wiem. W sumie rowerem jeździć po pociągu też się da.
W smaku było... no takie, że nic nie zostało, nawet przypieczone do dna resztki. Jeszcze palce mi pachną cynamonem, hmm...