Dodaj do ulubionych

macie kogoś do pomocy?

25.06.07, 20:38
ktoś wam pomaga przy dzieciakach?
ja do 3 roku zycia Mai byłam samotną mamą więc siłą rzeczy wszystko
spoczywało na moich barkach. potem poznałam obecnego M i już łatwiej trochę
było. aczkolwiek np. odmówił cewnikowania (była cewnikowana przez ok 3 mce)-
bo stwierdził że nie da rady. Z rodziny to raczej nikt nie pomagał w sensie
wkładu w codzienną rebilitację czy pielęgnację ale np. jeden kuzyn zrobił
małej z normalnego roweru rower stacjonarny, drugi woził mnie do szpitala
(inne miasto), kuzynka załatwiła cewniki na pierwsze dni nim ja zakupiłam
Obserwuj wątek
    • pestka_wp Re: macie kogoś do pomocy? 29.06.07, 18:50
      No nie jest najgorzej, jest teściowa niedaleko, moja mama i tata, no i mąż w
      domu smile. A ostanio byłam zmuszona zaangarzować do wyjazdów na rehabilitację
      nawet brata od męża a co trzeba sobie radzić kiedy sie chce przy dziecku
      jeszcze pracować zawodowo.

      pzdr
      Dorota M z Danielkiem ( 4l MPD)
      • igge Re:1975mada 01.07.07, 00:43
        jak to ciężko z pomocą i każdy żyje swoim życiem. Mnie się zawsze wydawało, że
        jak rodzi się takie wyjątkowe dziecko to cała rodzina, nawet dalsza jakoś się
        konsoliduje i prześciga w chęci pomocy...tym bardziej jak dziecko jest duże i
        ta pomoc jest wręcz niezbędna! Mada jak Ty sobie dajesz radę dziewczyno?
        • fajka7 Re:1975mada 01.07.07, 18:55
          Mnie się zawsze wydawało, że
          > jak rodzi się takie wyjątkowe dziecko to cała rodzina, nawet dalsza jakoś się
          > konsoliduje i prześciga w chęci pomocy...tym bardziej jak dziecko jest duże i
          > ta pomoc jest wręcz niezbędna!

          Oj Igge, marzycielka z Ciebie crying
          Niektorzy nie maja nikogo, slownie NIKOGO, tylko siebie. Czasami powod jest
          banalny: nie ma rodziny na miejscu, a czasami tak jak Magda pisze- otoczenie
          wybiera zycie swoim i tylko swoim zyciem. Dlatego ja pomoc kupuje na wolnym
          rynku, bo innej opcji nie ma.
          • igge Re:1975mada 01.07.07, 22:29
            no widzisz fajka, może głupoty piszę, bo to co dla mnie oczywistością się
            wydaje, mówisz, że oczywistością nie jest sad
            ja niby dużo robię sama ale to mój wybór i w sytuacji niektórych dziewczyn
            tutaj, uważałabym, że pomoc rodziny mi się należy jak psu miska, od czego ma
            się rodzinę
            podobno niektórzy mężowie nie wytrzymują sytuacji, odchodzą (kiedyś dyrektorka
            przychodni mnie tym straszyła bo rozpłakałam się z bezsilności), mój jest
            silniejszy psychicznie ode mnie, nie ma rzeczy, której nie robił przy dziecku.
            Teściowie, moja mama z przerwami, pomagają nam, działają mi na nerwy ale
            zawsze mogę na nich liczyć. Nawet jak nie korzystam z pomocy to wiem, że gdyby
            co, to teściowa rzuci pracę i przyleci odkopać mnie ze śniegu na parkingu lub
            zawieźć dziecko do ortopedy. Nie proszona przywozi też zupkę w słoiku, żebym
            miała czas na co innego i żeby dzieci "miały co jeść" (czasem to wkurza ale ma
            dobre intencje)
            Wiem, że kochają małą nad życie (to jest duże wsparcie psychiczne) i nigdy
            przenigdy nie litowali się tylko okazywali bardzo zdrowy stosunek do
            niepełnosprawności małej. Gdy czułam się załamana moja matka przyjeżdżała zająć
            się domem bo był okres kiedy wszystko mnie przerosło.
            Nie wiem czy stała, codzienna opieka wchodziłaby w grę, raczej nie, ale gdybym
            zarabiała na dom i siedziała 10 godzin w pracy, myślę, że dziadkowie zrobili by
            wszystko, żeby pomóc
            Gdybym miała dziecko leżące, nawet gdybym siedziała nonstop przy nim w domu też
            oczywiste jest, że mąż i dziadkowie oferowaliby pomoc
            Zamożniejszy wujek, chociaż nie utrzymujemy bliskich kontaktów, od urodzenia
            małej zapowiedział, że mogę na niego liczyć i korzystaliśmy już z jego wsparcia
            finansowego na leczenie małej.
            Jedna z dziewczyn napisała, że nie lubi podziwu i mówienia jaka jest wspaniała
            ale w przypadku kiedy nie można liczyć na pomoc nawet ze strony rodziny to ja
            po prostu nie widzę możliwości dania sobie rady, a jednak Wam się udaje...,
            pozostaje schylić czoło z szacunku.
            • fajka7 Re:1975mada 01.07.07, 23:19
              No widzisz, rozne sa rodziny i okazuje sie, ze haslo "chore dziecko" na jednych
              dziala mobilizujaco, na innych odstraszajaco. Najgorzej jest w tych okresach,
              gdy, jak to ujelas, wszystko przerasta- roznie sie to znosi i z roznym
              skutkiem. Ja z tych, co to wlasnie NIKOGO, ale zupelnie nikogusienko i zeby
              jakos to zaczac znosic zaczelam pracowac- doszlam do wniosku, ze majac chore
              dziecko, pieniadze, najlepiej duze, staja sie jednym z priorytetow, bo bez nich
              godnie i sprawnie pociagnac sie tego nie da. I z perspektywy kilku lat
              stwierdzam, ze oczywiscie kasa wsparcia i milosci nie zastepuje, ale pozwala
              jednak w znacznym stopniu zblizyc sie do normalnosci. Co tu duzo gadac- jest
              znacznie latwiej i tyle. Tylko ze ja tak sie ustawilam, ze moge pracowac tylko
              kilka godzin dziennie, pol etatu w sumie, wiec da sie wszystko pogodzic.
              • igge Re:fajka 02.07.07, 02:11
                zgadzam się, pamiętam, na innym forum powiedziałaś coś w rodzaju " lecę
                zarabiać kasę bo mój książę lubi żyć w luksusie" smile)))) bardzo mi się to
                spodobało i może kiedyś dojrzeję do takiego przeorientowania mojego życia,
                kiedyś naprawdę bardzo dobrze zarabiałam, teraz moje dochody zaspokajają drobną
                część naszych wydatków, funkcje opiekuńcze plus żałoba po babci wyssały ze mnie
                energię ale kto wie, mała się usamodzielnia, wolniutko ale jednak, a małż
                kokosów nie zarabia, z perspektywy czasu widać, że trzeba było zarabianie
                uczynić jednym z priorytetów ale było w pewnym momencie tak, że niewiele było
                ze mnie pożytku i małż musiał pomagać mi tyle, że jego i moje zarobki spadły na
                dalszy plan, zdrowie było ważniejsze. Zdecydowanie praca daje oparcie nie tylko
                finansowe, tyle, że ja nie potrafiłam powierzyć opieki nad dzieckiem opiekunce
                a przecież, tak jak Ty mogłam tak ustawić sobie pracę, żeby nie zostawiać jej z
                nią na pół doby tylko krócej ale nie potrafiłam i już. Błąd ale nie do końca da
                się go naprawić, pewnych rzeczy dzisiaj już mi się zwyczajnie nie chce robić,
                jeśli chodzi o inne, brakuje mi wiary w siebie, jak Twojej byłej opiekunce.
                Spotkałam na turnusie pielęgniarkę, której córeczka, w wieku naszych dzieci,
                wymaga tyle samo opieki co Twój synek, jej facet zostawił ją w ciąży i nawet
                nie dowiedział się co z dzieckiem. Podziwiałam ją bardzo bo zorganizowanie
                opieki nad małą wymagało niezłej logistyki, ona korzystała z wielu fundacji,
                ośrodków, przedszkola, na wakacje zabierała dziecko opiekunka - wolontariuszka
                a ona miała 2 tygodnie oddechu. I fajeczko, udawało jej się to bez kasy
                załatwić bo zawód jej jak wiadomo średnio opłacany...ale nie piszę tego, żeby z
                Tobą polemizować, Broń Boże smile
                • fajka7 Re:fajka 02.07.07, 10:22
                  Igge oczywiscie, ze da sie i bez kasy w niektorych przypadkach. Ja w ogole nie
                  twierdze, ze jest inaczej. Ale mnie i mezowi zarabianie wychodzi, wiec polegamy
                  na tym co umiemy. A np. nie za bardzo umiemy prosic. Ja sie domyslam, ze wokol
                  nas, wsrod naszych przyjaciol, jest sporo osob, ktore by nam pomogly, ale my
                  nigdy o to nie prosilismy smile Analogicznie- raz w zyciu napisalam list do
                  fundacji i czulam sie beznadziejnie, ze musze obcych prosic o pomoc.
                  Chodze do psychologa, to sie moze z tego wylecze, bo to nie jest dobre. Nie ma
                  co rznac bohatera, ktory przeciez zawsze sobie poradzi. Takie bez sensu
                  udowadnianie sobie i swiatu nie wiadomo czego. No ale to obciazenia z
                  dziedzinstwa wylaza, ale ponoc da sie tego pozbyc smile
                  Niemniej jednak jak ktos prosic nie potrafi, to faktycznie musi sam zarobic na
                  pomoc smile Ja tam nikogo do niczego nie namawiam na sile i nie oceniam, i zycze
                  sobie nie byc oceniana (co w praktyce nie wychodzi niestety) smile))
                  • guderka Re:fajka 02.07.07, 10:49
                    jak jest kasa jest łatwiej-więcej drzwi się otwiera i nawet uśmiech można kupić
                    zamiast gburowatej miny.jak się nie ma kasy to się robi to co sie musi a jak
                    sie ma kase-to sie robi to co się musi i może i chce wink
                    fajka-dawaj patent jak tak zarabiać smile
                    • fajka7 Re:fajka 02.07.07, 10:54
                      przepis jest taki: maksymalna determinacja, zdrowy rozsadek, do tego szczypta
                      odwagi, łut szczescia i miec skad pozyczyc troszke kasiorki na poczatek smile
                      dosc istotne tez jest miec jakis pomysl, ale pomysl od biedy mozna zerznac od
                      konkurencji big_grin
        • gorgona_1 Re:1975mada 02.07.07, 10:35
          Tylko, że ludzie rzeczywiście żyją swoim życiem, pracują, mają obowiązki,
          dzieci, problemy, trudno oczekiwać, żeby ktoś z dalszej rodziny zaangażował się
          w pomoc pełnoetatowo. Rodzice robią się coraz starsi i to oni mogą potrzebować
          pomocy...
          Najlepiej na codzień radzić sobie samodzielnie i mieć kogoś, na kogo zawsze
          można liczyć, do kogo w razie potrzeby zawsze można zadzwonićsmile
      • gorgona_1 Re: macie kogoś do pomocy? 02.07.07, 10:30
        Nie mogę przestać o Was myśleć.... Jak sobie dajecie radę?
        Czy mieszkasz w dużym mieście? Może mogłabyś spróbować poszukać wolontariuszy?
        Może jakaś siostra PCK? Jako opiekunki doraźne u nas bardzo sprawdziły się
        studentki pedagogiki specjalnej.
    • 76anka Re: macie kogoś do pomocy? 03.07.07, 21:54
      jestem samotną mamą, ale nie czuję się samotna
      mieszkamy z Kacperkiem z moimi rodzicami, którzy wspierają nas na każdym kroku i
      pomagają w miarę możliwości, mimo że obydwoje pracują za marne grosze
      • igge Re: macie kogoś do pomocy? 04.07.07, 01:02
        Witaj anka, fajnie mieć takich rodziców smile ale ja do fajki bo mnie
        zdyscyplinowała smile wcześniej nie mogłam bo małż przyssał się do kompa zawodowo
        Niektórzy ludzie nawet w sytuacji bez wyjścia, kiedy jedyną opcją jest dać
        sobie radę samemu bo nawet luksus pogrążenia się w rozpaczy jest niedostępny -
        ktoś musi nakarmić dziecko, NIE ZMOBILIZUJĄ SIĘ. I co z nimi? Survival of the
        fittest? Jeśli nawet najbliższa rodzina się odsuwa zamiast zakasać rękawy,
        przyjaciele znikają, aktywnych znajomych brak, to jakiś system solidarności
        społecznej powinien automatycznie zadziałać i siłą rozpiąć parasol ochronny nad
        taką rodziną. Rozumiem dobrze, że o każdą pomoc trudno prosić. Owszem, można
        kupić pomoc na wolnym rynku ale w takim razie zasiłek pielęgnacyjny musiałby
        być przynajmniej 10 razy wyższy. Lekarz pierwszego kontaktu, szpital, w którym
        dziecko się urodziło, nie wiem, pracownik socjalny powinien być odpowiedzialny
        za takie natychmiastowe umieszczenie niepełn. dzieci lub dzieci z grup ryzyka w
        systemie pomocy. Są przecież różne organizacje, instytucje, fundacje etc. Nie
        każdy jest w stanie wykazać inicjatywę, żeby samemu zgłosić się do odpowiednich
        instancji, które są (taką mam nadzieję bo nie korzystałam specjalnie) w stanie
        pomóc. A już taka jazda bez trzymanki jak konieczność sukcesu finansowego
        pozwalającego na samodzielne, godne i na odpowiednim poziomie funkcjonowanie
        rodziny z dzieckiem specjalnej troski to dla mnie właśnie survival of the
        fittest, prawo dżungli a nie normalna sytuacja w europejskim cywilizowanym
        kraju. Nie każdy, z różnych względów, jest w stanie wyciągnąć rękę po pomoc
        (chociaż w przypadku rodziny, znajomych to rodzina, znajomi powinni natarczywie
        wręcz tę pomoc ofiarowywać) Takie osoby też jakoś powinny być "wyłapywane" i
        niejako "zmuszane" do przyjęcia odpowiadającej im formy pomocy. I naprawdę nie
        mówię tego z pozycji często krytykowanej postawy "roszczeniowej" osób
        niepełnosprawnych. Roszczeniowe osoby myślę (i chwała im za to), że właśnie
        świetnie sobie poradzą. Ja oczywiście mam nadzieję ale nie pewność, że nie
        mając nikogo do pomocy potrafiłabym w końcu wziąć się do kupy i zacząć mnóstwo
        zarabiać na mojego maluchasmile)) Ale gorąco się nie zgadzam z wymuszaniem przez
        rodzinę, państwo, społeczeństwo takiego "rynkowego" podejścia do szczególnej
        sytuacji rodziny z niepełn. dzieckiem.
        • fajka7 Re: macie kogoś do pomocy? 04.07.07, 21:55
          Racja!
          Osobiscie tez sie nie zgadzam, ale poki co usiluje funkcjonowac w tym co jest.
          I obawiam sie, ze wiekszosc tez musi.
          Co roku moje dziecko jest przeciez starsze i co roku odkrywam nowe poklady
          tragizmu tego, co nas otacza. Im bardziej poznaje ten system, a raczej jego
          marna imitacje, tym bardziej obrastam w pancerz, ktorym odgradzam sie od tego
          co wokol nas, a pod nim ogranizuje wlasny swiat.
          A jesli chodzi o survival to ironia losu, szczegolnie losow tych najslabszych,
          jest fakt, ze istota ludzka jest w stanie niezmiernie duzo wytrzymac. Naprawde
          ciezko zniszczyc czlowieka. W znacznie gorszych okolicznosciach ludzie
          udowadniali, ze nadal sa ludzmi, wiec margines jakiegos takiego maksymalnego
          upodlenia prowadzacego do szalenstwa wciaz jest bardzo daleko. I ci, ktorzy o
          tym decyduja, doskonale to wiedza.
          Przypomina mi sie teraz jak na turnusie pewna pani znacznie od nas starsza
          opowiadala historie swojego syna, ktory ma obecnie 25 lat. To co robiono z tym
          dzieckiem, noworodkiem skazanym na smierc zaocznie, jest nie do pomyslenia,
          nikt by nie uwierzyl, ze dzialo w naszym kraju, a ci lekarze jeszcze zyja i
          ciesza sie dobra opinia.
          Ta pani nie popelnila samobojstwa razem z dzieckiem, chociaz chciala. Czlowiek
          wiele zniesie i tyle.
          • guderka Re: macie kogoś do pomocy? 04.07.07, 23:02
            do igge- nie rozumiem i nie popieram osób które "z różnych względów nie
            wyciągną ręki po pomoc". jak to?!

            fajka- mojego M kuzynka urodziła sie w 6mcu ciązy i ważyła 600g. gdy wyjęli ją
            z brzucha to rzucili ją do nerki wydając zaocznie wyrok "przeciez i tak to juz
            trup" dopiero jak ten mały kawałek mięska za długo im kwilił- wyciągneli z
            blaszanej zimnej nerki i się zajęli..

            prawda..człowiek nie wie ile zniesie..
            • igge Re: macie kogoś do pomocy? 05.07.07, 16:13
              guderka prędzej umrę niż wyciągnę rękę po pomoc a przecież są ludzie w dużo
              trudniejszej od mojej sytuacji

              guderka to jakiś nieludzki koszmar o czym piszesz
              a fajki post czytam i znowu czytam i jeszcze wiele razy będę do niego wracać
                • igge Re: macie kogoś do pomocy? 05.07.07, 17:26
                  to jest niewytłumaczalne, tak mam i już
                  może dlatego, że wyprowadziłam się z domu bardzo wcześnie razem z moim wtedy
                  niemężem i długo umieliśmy być całkowicie niezależni więc teraz tym bardziej
                  tak powinno być a małej sprawy i inne rzeczy skomplikowały to trochę no i
                  zmobilizowały rodzinę do zaglądania mi w garnek
                  • gorgona_1 Re: macie kogoś do pomocy? 05.07.07, 18:21
                    Tak sobie czytam, co piszecie i myślę....
                    Każdy chce być niezależny, radzić sobie w dżungli, być samodzielnym, skoro jest
                    dorosły...
                    Ale czasem są sytuacje, które to uniemożliwiają.
                    Człowiek zniesie bardzo wiele, "człowieka można zniszczyć, ale nie pokonać".
                    Ale czy człowiek musi radzić sobie sam w takiej granicznej sytuacji tylko
                    dlatego, że urodził niepełnosprawne dziecko? Albo dlatego, ze opiekuje się
                    innym chorym członkiem rodziny, albo sam jest chory? Ma być samowystarczalny,
                    bo musi, niezależnie od tego, ile nieszczęść go dotknęło?
                    Starajmy się sobie radzić, ale miejmy też prawo domagać się sensownego systemu
                    pomocy społecznej, która nie tylko będzie wydzielać groszowe zasiłki, ale
                    pomoże stanąć na własnych nogach, pozbierać się w kryzysie, skieruje gdzie
                    trzeba. Polityki prorodzinnej a nie tylko pronatalnej. W przypadku naszych
                    dzieci - diagnostyki, placówek rehabilitacyjnych, oświatowych i opiekuńczych.
                    To da nam szersze pole manewru w szukaniu dróg wyjscia z zależności od pomocy
                    innych.
                    • igge Re: macie kogoś do pomocy? 06.07.07, 01:29
                      wiesz Gorgona, chyba ten mit SILNEJ DZIELNEJ mamy niesprawnego dziecka sprawia,
                      że zawsze czuję się tak nieadekwatnie
                      mi na początek by wystarczyła automatyczna obecność np psychologa tuż po
                      narodzinach małej, żeby nie pogrążać się w depresji ale nawet dla dziecka nie
                      dla mnie ten psycholog pojawił sie dopiero u progu nauki szkolnej w poradni
                      psych pedag i to w dodatku bodźcem była opinia pani wychowawczyni, że mała nie
                      pogodzona jest ze swoją niesprawnością
                      • fajka7 Czasami to jest tak: 06.07.07, 16:34
                        Samosiostwo nie jest dobre, bardzo często taka samosia robi krzywde sobie.
                        Samosiostwo nie rodzi się razem z chorym dzieckiem, najwyzej się uwydatnia, ale
                        zazwyczaj tkwi w nas od dawna i jest bardzo gleboko zakorzenione.
                        To jest bardzo często taki schemat: nic od nikogo nie chce, sama sobie poradze,
                        nie będę dla nikogo klopotem i obciazeniem. I teraz tak: dlaczego uwazam, ze
                        jeśli ktos mi pomoze, nawet gdy ten ktos sam pomoc proponuje, ja będę dla niego
                        klopotem? Jeśli ktos proponuje pomoc w granicach rozsadku, a wiec taka, na
                        która widac, ze może sobie pozwolic, a przede wszystkim chce, a ja tej pomocy
                        ewidentnie potrzebuje, to odmawiajac robie wielki blad. Po 1. sobie utrudniam
                        zycie, które mogloby być latwiejsze, ale ja to odrzucam, chce mieć trudno i
                        chce mieć zle. Po 2. osoba, która szczerze pomoc oferuje i stale spotyka się z
                        odmowa, zaczyna czuc się odrzucona i niepotrzebna. A ludzie chca być potrzebni,
                        wcale nie jest tak, ze wszyscy chca zyc wylacznie swoim zyciem, bo bardzo
                        często niesienie pomocy nadaje wartosc ich zyciu. Gdy to się nie udaje, relacje
                        się psuja i jest lipa.
                        Dlaczego chcemy mieć trudno i zle i radzic sobie wylacznie sami? Bo chcemy
                        udowodnic, ze damy sobie rade. Komu udowodnic? Sobie i innym. Po co? Po to,
                        żeby wzbudzic podziw, który może być substytutem akceptacji. Bo jak będę ciagle
                        czegos od niej/niego chciala, to przestanie mnie lubic. Boimy się, ze ludzie
                        nie będą nas lubic, szanowac i akceptowac, jeśli wyda się, ze sobie nie
                        radzimy, bywamy slabi, mamy potrzeby. Wydaje nam się, ze lubiani sa tylko ci,
                        którzy na kazdym polu osiagaja sukcesy.
                        Nic bardziej mylnego.
                        Oczywiście w takiej sytuacji poproszenie samemu o pomoc, a wiec otwarte
                        przyznanie, ze się samemu nie daje rady kompletnie nas przerasta. Takie
                        obnazenie się jest niedopuszczalne, bo generuje ryzyko, ze odkrywajac nasze
                        slabosci wystawiamy się na ciosy. Możemy zostac zranieni.
                        Skad to wiemy? Bo już zostalismy zranieni wtedy, gdy wlasnie potrzebowalismy
                        pomocy i wsparcia. Kiedy to było? Zazwyczaj w dziecinstwie i prawdopodobnie
                        nasi rodzice nie staneli, bądź nie stawali po naszej stronie, gdy było to dla
                        nas wazne. W tym miejscu moglabym dluga opowiesc rozpoczac, ale szczegoly sobie
                        daruje smile Faktem jest, ze takie postawy nie biora się znikad.
                        A najwiekszym paradoksem jest to, ze ludzie odmawiajacy przyjecia pomocy,
                        zazwyczaj sami chetnie tej pomocy innym udzielaja, nie widza nic zdroznego w
                        tym, ze inni te pomoc przyjmuja, wrecz się z tego ciesza i osiagaja z tego
                        powodu jakis poziom satysfakcji. Dlaczego? Bo… ludzie chca być potrzebni smile
                        Tylko, ze w takich wypadkach ta pomoc jest akurat bardzo często wcale nie
                        zdrowa checia jej niesienia, ale kieruja nia nadal potrzeba zyskania
                        akceptacji, ktorej z jakichs powodow nam brakuje.
                        Warto wiec znac mechanizmy, które nami rzadza i które w nas tkwia, bo im wiecej
                        o sobie wiemy i im bardziej swiadomi jestesmy siebie, tym prawdziwsze i
                        szczersze zycie wiedziemy, i tym blizej nam do szczescia smile
                        I tym optymistycznym akcentem pozwole sobie zakonczyc niniejszy wyklad wink
                        • gorgona_1 Re: Czasami to jest tak: 06.07.07, 17:10
                          Masz racjęsmile
                          Samosiostwo nie jest dobresmile
                          Tkwi w nas od dawna, nie zależy od tego, co nas w życiu spotykawink
                          Żle robię (może robiłam?) utrudniając życzliwym mi ludziom pomaganie mi.
                          Sama lubię pomagać i nie powinnam innym odbierać tej przyjemności.
                          Nie muszę (już) niczego sobie ani innym udowadniać.
                          Nie boję się braku powszechnej akceptacji. Jestem dość odporna na ciosy (i
                          rzadko je otrzymuję), nie sądzę, żeby ktoś chciał mnie ranić.
                          Może chciałam innych osłonić, może wydawało mi się, że ja sobie poradzę, ale
                          np. dla mojej mamy pewne rzeczy byłyby za trudne?
                          Może w chwilach kryzysu myślałam, że nie ma sensu wyżalać się ludziom, których
                          to nie obchodzi ani martwić ludzi, dla których jestem ważna?
                          Może do wysłuchiwania moich marudzeń idealnie nadawał się mąż?
                          Może wiedziałam, że są granice samosiowania, że w razie potrzeby mam do kogo
                          zadzwonić?
                          Może moi bliscy znali mnie wystarczająco dobrze, żeby pomóc nie przekraczając
                          wyznaczonych przeze mnie granic?
                          Może zwykle po prostu mogliśmy sobie sami dać radę?
                          Rodziców uniewinniam.
                          Mam jeszcze dużo wad. I tym pesymistycznym akcentem kończę smile)))
                        • guderka Re: Czasami to jest tak: 06.07.07, 19:52
                          fajka-pozwolę sobie znowu twój słowotok twórczy skwitować dość krótko

                          nie do końca się zgadzam z tym co piszesz. nie do końca-ponieważ piszesz
                          ogólnie-zbyt ogólnie o pomocy . o pomocy jako takiej a nie o pomocy w
                          konkretnej sytuacji czyli w sytuacji narodzin/posiadania dziecka
                          niepełnosprawnego.

                          przede wszystkim wydaje mi się , iż postawa nie negująca przyjmowania pomocy
                          bezpośrednio związana jest z usposobieniem. Z tego co ja obserwuje osoby już w
                          dziecinstwie będące przodownikami w grupie, liderami i własnie "samosiami"
                          chętniej potrafią wołać o pomoc. zosiesamosie w innych dziedzinach biorą sprawy
                          w swoje ręce i szukają wszędzie pomocy dla swego niepełnosprawnego dziecka. są
                          obrotne, żywiołowe, przebojowe-i przebojem zdobywają to czego potrzebują. Nie
                          boją się powiedzieć " mamo(bracie, siostro) -chcę dziś wyjśc do kina, zostań z
                          dzieckiem". Wiedzą bowiem że dziecko to nie jest tylko część ich świata ale
                          element życia całego otoczenia-bez względu na to czy otoczenie chce tego czy
                          też nie.
                          z moich obserwacji wynika zatem że istnieje coś takiego jako samosiostwo
                          pozorne i samosiostwo prawdziwe. Gdzie w samosiostwie pozornym samosia
                          przebojowa wymaga i wyciąga łapkępo pomoc i samosiostwo prawdziwe gdy samosia
                          mówi "nie" i sama sobie radzi nie oglądając się na resztę. Z osób które ja znam
                          samosiostwo prawdziwe występuje u osób z kompeksami, na słabej pozycji
                          zawodowej i finansowej

                          i jeszcze tak mi się nasuwa- że samosiostwo może wynikać z poczucia winy. mama
                          myśli "skoro ja wydałam na świat TAKIE dziecko, to ja sama je wychowam. nie
                          będę obarczać innych swoim błędem".

                          pees. nie wyszło krótko .sorry
                          • fajka7 Re: Czasami to jest tak: 06.07.07, 21:40
                            Temat rzeka, czyli o postawach ludzkich smile
                            Podoba mi sie pomysl z poczuciem winy. Na pewno tak tez czesto bywa.

                            Ja napisalam ogolnie - moze; chodzilo mi przedstawienie jednego z mechanizmów,
                            ktore w niektorych ludziach tkwia. I ten mechanizm opisalam juz "szczegolnie" smile
                            To nie jest kwestia zgadzania sie ze mna lub nie. Zwroc uwage na tytul mojego
                            postu. Mozesz najwyzej stwierdzic, ze akurat Ciebie ten przypadek nie dotyczy,
                            natomiast schematy istnieja obiektywnie. I zawsze, w ktorys z nich sie
                            wpasowujemy, chocbysmy mysleli, ze nie wiem jak oryginalni jestesmy smile Roznia
                            sie tylko pewne kombinacje, ale tez nie jakos powalajaco smile

                            Natomiast dla mnie stwierdzenie, ze samosiostwo lub jego brak wiaze sie z
                            usposobieniem jest z kolei wielkim uogolnieniem. Bo coz sie nie wiaze i skad
                            sie bierze usposobienie? Tak ogromny wplyw na to jak wyglada nasze dorosle
                            zycie maja konkretne warunki w jakich sie wychowalismy, ze nie sposob
                            rozpatrywac ludzkich postaw w oderwaniu od nich, bo byloby to zafalszowanie.

                            W kazdym razie mysle, ze mozemy sie zgodzic, ze w prawdziwej potrzebie warto
                            jednak zauwazac ludzi wokol siebie, ktorzy chca sie przydac i nie ma w tym nic
                            zlego, jesli pozwoli im sie dzialac smile
                            • guderka Re: Czasami to jest tak: 06.07.07, 21:43
                              no tak
                              wszystko ma związek z usposobieniemtongue_out
                              nie popisałam sie hehe smile

                              aczkolwiek
                              mimo że to uogólnienie to jednak sprawdzalne empirycznie, wystarczy wyjść od
                              teorii osobowości i jej kształtowania się i już można doszukiwac sie w jaki
                              sposób usposobienie ma wpływ

                              ten temat dobrze by podzielic na jakieś sekwencje-żeby nie mieszac pewnych
                              pojęc na raz (jak to uczyniłam na załączonym wyżej obrazku)
                            • gorgona_1 Re: jeszcze o poczucia winy 06.07.07, 22:22
                              Mój ulubiony typ samosi kształtuje jeszcze poczucie winy u innych:
                              nigdy o nic nie poproszę,
                              jak zaproponują, to odmówię,
                              zrobię sama,
                              postaram się, żeby widzieli, jaka jestem wykończona,
                              dla pewności wszystkim powiem, że muszę wszystko robić sama.
                              Biedne są takie samosie...
                              • fajka7 Re: jeszcze o poczucia winy 06.07.07, 22:31
                                To jest faktycznie juz mocno zaawansowane stadium smile
                                Mozna tez isc w kierunku - mecze sie, ale nikomu nigdy nie powiem, a potem sru
                                gleboka depresja i sie czlowiek rozlatuje na milion okruchow nie do pozbierania.
                                Same klopoty z tymi samosiami smile
                                • gorgona_1 Re: jeszcze o samosiach 06.07.07, 23:02
                                  I są jeszcze antysamosie, które zawsze umieją sobie tak zorganizować świat,
                                  żeby zawsze wszyscy koło nich skakali, albowiem one są najbiedniejsze...
                                  Z nimi też jest kłopot....
                                  Ze wszystkimi jest kłopot? smile
                                  • fajka7 Re: jeszcze o samosiach 06.07.07, 23:10
                                    Mam nadzieje, ze oprocz samosi i antysamosi istnieje na swiecie choc kilku
                                    normalniaków smile Planuje do nich dolaczyc wkrotce i gdy ten moment nadejdzie
                                    wolalabym nie odkryc, ze jestem jedynym czlonkiem tej grupy smile))
                                    • guderka Re: jeszcze o samosiach 07.07.07, 09:19
                                      fajka-podaj cechy charakteryzujące normalniaka wink

                                      (patrząc OBIEKTYWNIE na siebie mogę raczej twierdzić że bliżej mi do
                                      antynormalniaka)

                                      because

                                      co jest wyznaczniekiem bycia normaniakiem? czy stereotyp i opinia społeczna czy
                                      też własne widzenie świata..

                                      jeśli ja jestem normalniak-to wszyscy wokół są wariatami. jeśli ja jestem
                                      wariatem to czy wszyscy są normalni. wariat zazwyczaj nie ma świadomości że
                                      jest wariatem-wierzy że jest normalny. więc skoro ja uważam się za
                                      antynormalniaka(wariata)więc jestem normalniakiem(normalna)-a cały świat wokół
                                      mnie wariuje.
                                      hm
                                      • fajka7 Re: jeszcze o samosiach 07.07.07, 11:41
                                        Normalniak ma 1 zasadnicza ceche podstawowa- nie kieruje sie w zyciu lękami.
                                        Jesli jakies lęki w nim tkwia, potrafi sie ich pozbyc lub chociaz kontrolowac i
                                        racjonalizowac. Mowie tu o lękach w rozumieniu psychologicznym.
                                        A reszta, to juz tylko konsekwencje:
                                        normalniak wie jaki jest i dlaczego taki jest- ma pelny kontakt z
                                        rzeczywistoscia, co nie oznacza wcale, ze jest idealem, bo w ogole nie o to
                                        chodzi, tylko ze ma duza swiadomosc siebie i otaczajacego go swiata, potrafi
                                        rzeczywistosc realnie ocenic. I do tego wlasnie zmierzam, musze przyznac, ze
                                        podroz fantastyczna, poniewaz prowadzi mnie do szczescia smile)
    • dorka1971 Re: macie kogoś do pomocy? 04.08.07, 18:22
      Gdy rodzi się niepełnosprawne dziecko , rodzina ofiaruje swoją pomoc.Gdy wracasz
      z noworodkiem do domu,drzwi się nie zamykają bo co trochę ktoś przychodzi i
      współczuje,a może też z ciekawości,a potem...Zostajesz sama...tak było w moim
      przypadku i to od najbliższej rodziny słyszę ,że "ja bym nie mogła",albo "jak ty
      to wytrzymujesz"A prawda jest taka,że czasem nie wytrzymuję,że często nie
      mogę!Ale dlaczego ma z tego powodu cierpieć moje dziecko.Wystarczy,że jest
      chore na całe życie.Zamknęłam się w sobie i odsunęłam od świata.Kosztowało mnie
      to silną depresję,o mało mój organizm sam siebie nie zniszczył.Otrząsnęłam się i
      postanowiłam ,że dam radę.Sama zajmuję się domem,dziećmi i sama odwalam
      wszystkie wizyty u specjalistów bo mąż "nie lubi szpitali"Tak twierdzi,ale
      zarabia na nasze utrzymanie.Może źle postępuję?Jednak czasem muszę poprosić o
      pomoc,ale ciężko mi to idzie.Babcie...To już osobny temat.Jedna uważa,że takie
      dzieci nie powinny się rodzić ,bo co to za życie,a druga owszem pogłaszcze
      ,pocałuje i tyle.Niektóre z was na tym forum macie dużo szczęścia.
      • guderianka dorka1971 04.08.07, 21:16
        twoja mama lub tesciowa tak mówią?? crying
        a jak traktuje wnuczkę -odwiedza ją, daje prezenty, wspiera was finansowo??!

        p.s. skoro "mąż nie lubi szpitali" domyślam sie ze to tesciowa ..
      • gorgona_1 Re: macie kogoś do pomocy? 06.08.07, 08:44
        Strasznie trudno mi to pwiedzieć, ale wydaje mi się, że źle robisz...
        W ten sposób bardzo oddalacie się od siebie.
        W takich rodzinach jak nasze często jest taki właśnie podział obowiązków. A
        potem mąż coraz wiecej pracuje, żeby utrzymać rodzinę, coraz dłużej jest poza
        domem, fizycznie i mentalnie. A żona coraz bardziej angażuje się w opiekę nad
        dzieckiem i w prace domowe. Wieczorem może okazać się, że nie macie o czym
        rozmawiać, że żyjecie w równoleglych światach. DlA Ciebie może być bardzo
        bolesne, że mąż nie interesuję się dziećmi, dla męża - że Ciebie nie obchodzi
        jego praca. Mąż może uznać, że Ty możesz poradzić sobie sama, że go nie
        potrzebujesz, a potem, że powinnaś radzić sobie sama. Ty możesz kiedyś mieć
        straszne poczucie klęski, że jednak sobie nie poradziłaś (mimo ze to było
        niemożliwe). Mogą zacząć się wzajemne pretensje i żale.
        Może powinnaś trochę spróbować wrócić do świata, choćby ze względu na zdrową
        córkę. Może bardziej zaangażowac męża w życie rodzinne. Poszukać pomocy.
      • gorgona_1 I jeszcze 06.08.07, 09:00
        Nie cierpiałam fazy "niezamykających się drzwi", a zwłaszcza opowieści o
        wszystkich chorych dzieciach, które urodziły się na świecie w ostatnim
        dziesięcioleciu. Wydawało mi się, że mogłabym zrobić pełna ewidencję wszystkich
        takich przypadkówsmile Znane z prasy opowiedziano mi po kilkakroćsmile

        Do dziś nie toleruję powiedzenia "ja bym tak nie mogła"... Ja tak mam, bo mogę.
        • dorka1971 Re: I jeszcze 06.08.07, 12:05
          Masz rację!Wiele zrobiłam w tym kierunku,aby wrócić do świata.Musiałam też
          skorzystać z pomocy by leczyć depresję,ale udało się.Zawsze już muszę uważać,ale
          przynajmniej jestem w stanie funkcjonować.Strach o życie dziecka też
          spowodował,że odsunęłam innych.O teściowej to nawet szkoda pisać.Nad mężem
          pracuje i są już efekty.Osobiście staram się uczestniczyć w życiu mojej
          rodziny,ale są tematy ,których nie potrafię podjąć bo to zbyt bolesne.Zamykanie
          się w swoim bólu to też nie wyjście.Potrzebowałam lat ,aby to zrozumieć.Zaczęłam
          się uśmiechać ,czasem przez łzy,ale to działa i ludzie też traktują mnie
          inaczej.Chociaż są i tacy ,że dziwią się ,że mam tak chore dziecko i jeszcze
          śmiać mi się chce.Pisząc,że radzę sobie sama to nie jest tak ,że mąż odsunął się
          całkiem od wszystkiego.Na pewno przeżywa w jakiś sposób zaistniała sytuację i
          przeraża go niepełnosprawność i się odsunął.Małymi kroczkami ,ale się
          przybliża.Dobre i to.Pewnie,że chciałabym by reagował inaczej,ale taki już ma
          charakter.A ja jestem cholernie zorganizowana i radzę sobie nieźle.
          • gorgona_1 Re: I jeszcze 07.08.07, 07:56
            Ja też o niektórych sprawach nie umiem i nie chcę rozmawiać.


            >>>Chociaż są i tacy ,że dziwią się ,że mam tak chore dziecko i
            jeszcze
            > śmiać mi się chce

            Ludzi jest jednak niesłychanie łatwo zadziwićsmile

            Może naszym problemem jest to, że jesteśmy skazani w pewnym sensie
            na ludzi z naszego otoczenia, rodzinę, sąsiadów. Mamy mniejsze
            możliwości wyboru ludzi, z którymi się spotykamy.
            Nie udałoby Ci się chociaż na krótko zostawiać dziecka z opiekunką,
            żeby móc wyjść z drugą córką albo z mężem?
            • dorka1971 Re: I jeszcze 07.08.07, 09:16
              Czasem nam się udaje wyjść,ale na krótko.Dobre i to ,ale chyba już nie potrafię
              się wyluzować.Cały czas myślę co w domu ,czy nie będzie drgawek,czy się nie
              zakrztusi ,czy nie będzie bezdechów.Często po takim wypadzie jestem bardziej
              sprana psychicznie niż w domu.Ale mam swój ogród koło domu i ryję w ziemi jak
              wariatka.I kurde to pomaga.I wciąga.Znalazłam w sobie nową pasję i mam jakąś
              odskocznie.Polecam wszystkim mamom.A tak na marginesie to całkiem fajny ogród
              można wyczarować dla rodzinki.Tylko moja Monia nie może go zobaczyć i to jest
              ten minus.Nie wiem nawet czy czuje różnicę ,że jest w ogrodzie czy w
              domu.Pewnych rzeczy nie można zmienić i trzeba jakoś żyć.A co do ludzi to tyle
              przykrości już usłyszałam ,że sama wybieram sobie osoby z którymi warto
              przebywać.Pozdrawiam
              • guderianka dorka1971 07.08.07, 10:55
                a masz fotki ogrodu?
                ja myslę że twoja monia czuje emocje i wibracje związane z
                przebywaniem w ogrodzie a w domu. przyroda wytwarza własną energię,
                własne wibracje a w dodatku-ty sama pewnie wysyłasz inne fluidy niż
                będąc "uwięziona w domu"-skoro ogród, obcowanie z ziemią wyzwala
                cię, uskrzydla nie ma możliwości by nie było to odczuwalne dla
                corkiwink
                zazdroszczę chyba ci tej pasjiwink
                • dorka1971 Re: dorka1971 07.08.07, 14:25
                  Oczywiście,że mam zdjęcia!Ogród jest stosunkowo młody,bo mieszkamy dopiero 2
                  lata,a przed czterema było zaorane pole ,więc sama rozumiesz.Szkoda ,że nie
                  wszyscy mają taką możliwość.Widzę jak psy reagują na chore dziecko i to
                  niesamowite.Nikt im nie mówi,a one wiedzą,że dziecko jest inne i trzeba
                  postępować inaczej.Kładą łebki na kolanach córki i delikatnie liżą rączki i
                  czekają na jakiś gest.Patrzę i sama nie wierzę.Jest to rodzaj terapii dla całej
                  rodziny.Polecam .
                    • dorka1971 Re: dorka1971 09.08.07, 17:08
                      Moje psy to suczka Husky Tajga i mały pińczer Miniaturowy Rocky,który jest z
                      nami od 7 lat.Nie wiem czy można tu wstawić jakieś zdjęcia ,bo jeszcze kuleję w
                      internecie(za stara jestem).Ale spróbuję.Coś chyba poknociłam.Zobaczymy.
                      Pytasz o więzi.Przez prawie 6 lat Monia leżała po szpitalach,gdzie nie ma
                      odwiedzin dla dzieci do 14 roku.Czasem udało mi się przemycić córkę ,bo życie
                      młodszej wciąż było zagrożone.Chciałam by mogła ją zobaczyć może ten ostatni
                      raz.Jednak to nie to samo,a i chciałam jej oszczędzić cierpień bo była zbyt
                      mała.I chyba wtedy ta więź trochę się poluźniła.Pamiętam taki moment,gdy Monia
                      zachorowała i szykowałam ją do lekarza,a starsza z panicznym strachem w oczach
                      wykrzyczała bym nigdzie nie szła bo znowu zabiorą ją do szpitala i coś się jej
                      stanie.Tym jednym stwierdzeniem zrozumiałam co musiała przeżywać,a nie wiedziała
                      co się dzieje.Dziś byłabym mądrzejsza i starałabym się jej tłumaczyć co jest nie
                      tak.Teraz zna sytuację i zagrożenia,ale miała pretensję ,że nie mówiłam jej
                      wszystkiego.Sama nie wiem co lepsze.
                  • iwona.fa Re: dorka1971 09.08.07, 14:19
                    ja planuje właśnie budowę domu na jak to nazwałaś "zaoranym polu",
                    mam małe mieszkanie i nie mieścimy się. Boje się ,że nie dam rady z
                    budową , ojciec mojego dziecka , wybrał mniej skąplikowane życie bez
                    nas, mielismy razem budować , teraz zostalam sama , niby chce nam
                    pomagac ale jak to z tymi EX bywa......Jeszcze nawet nie zaczęłam ,
                    bo za bardzo się boję.
                    Mamy też psa ( Golden Rertiver) podzielam twoją opinię o psach , na
                    początku żałowałam ,że się zdecydowałam na psa , ale teraz to nasz
                    członek rodziny , jest bardzo mądra (Lena) uwielbia dzieci , łasi
                    się do każdego , zeby chciaż jakaś mała rączka ja dotknęła jest
                    przeszczęśliwa i pilnuje mojej corki , oblizuje ją jak swojego
                    szczeniaka , (oczywiście pilnujemy ,żeby nie przesadzała)
                    • dorka1971 Re: dorka1971 09.08.07, 17:15
                      Jak masz fundusze na budowę to daruj sobie strach.Fakt ,że rozpoczęłam budowę
                      domu razem z mężem i to trochę nas zbliżyło .Każda cegła przeszła przez nasze
                      ręce,każdą roślinkę sama posadziłam,ale patrzę z dumą na nasze dzieło i mam
                      satysfakcję ,że jednak można.Mimo wszystko .Było bardzo ciężko czasami i wciąż
                      jest w środku nie wykończone,ale jest nasze i nie muszę gnieść się w małym
                      mieszkaniu na 3 piętrze...Uf...Powodzenia i mam nadzieję ,że nie stchórzysz.
                      • iwona.fa Re: dorka1971 12.08.07, 21:40
                        mam swoje mieszkanie , jak sprzedam to pokryje część kredytu , ale
                        boje się czy dam radę spłacac ten kredyt , sama nie wiem , jeszcze
                        się zastanawiam
    • maka2003 Re: macie kogoś do pomocy? 14.08.07, 07:19
      Ja od pierwszych dni życia Hanki nigdy nie byłam zdana tylko na
      siebie. Przeorganizowaliśmy nasze życie, sprzedalismy mieszkanie,
      kupiliśmy dwurodzinny dom do którego razem z nami przeprowadzili sie
      moi rodzice. Mieszkamy razem a jednak osobno, wspólna klatka, dwa
      odrębne mieszkanka na każdym pietrze. Dzięki temu mogłam wrócić do
      pracy od razu po macierzyńskim i zacząć zarabiać na spłate kredytu
      na dom, na rehabilitację i sprzęt dla Hanki.
      Moi rodzice - cudowna babcia i dziadek dla moich dzieci odprowadzają
      Zosię do przedszkola (od wrzesnia do szkoły), zajmują się Hanią,
      wożą je na wszystkie załatwiona przeze mnie zajęcia, od zeszłego
      roku wożą Hanie do i z przedszkola. Późnym popołudniem w życie
      rodzinne włącza się także mój mąż. Mamy stały wieczorny podział
      obowiązków, w jeden dzień ja karmię Hanię, czuwam nad jej wieczornym
      snem a potem w nocy wstaje do niej i pomagam jej zmieniać pozycje w
      czasie snu a mąż dopilnowuje mycie naszej starszej pociechy i czyta
      jej na dobranoc, na drugi dzień zamieniamy sie rolami.
      Staram się nie prosić o pomoc w sobotę i niedzielę rodziców, chcę,
      żeby oni tez chociaż troszke wypoczęli.
      Wielkim wsparciem w najcięższych pierwszych chwilach życia Hanusi
      była moja siostra, codziennie przychodziła do szpitala, wspierała.

      Właściwie tylko z jednym jestem sama, to ja decyduje kiedy i do
      jakiego lekarza Hanka musi iść, wyszukuję specjalistów, walczę o
      terminy, leki. Wyszukuję nowości, szperam w necie.

      Dwa lata temu wywiesiłam ogłoszenie na AP o poszukiwania
      wolonariuszki. Zgłosiły się dwie super dziewczyny, po roku została
      tylko jedna, ale pomoc Justyny jest nieoceniona.

      pozdrawiam, marta
Inne wątki na temat:

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka