Dodaj do ulubionych

Władysław Zagożdziński, 1902-1974, warszawski cuk

16.03.16, 10:53
WŁADYSŁAW ZAGODZIŃSKI (1902-1974) – WARSZAWSKI CUKIERNIK
Cukiernia Władysława Zagodzińskiego nie była mała i zajmowała narożnik kamienicy. Przykuwała uwagę dużymi witrynami i szyldami. Młody Zagożdziński, przybysz z okolic Równego, praktykował w Warszawie u Rydzewskiego przy Krakowskim Przedmieściu 12, potem pracował u Moczulskiego przy Chłodnej 40, wreszcie w 1926 r. otworzył własną cukiernię przy Wolskiej 53, u zbiegu ze Skierniewicką. Cztery lata później przeniósł się do kamienicy pod numerem 66, u zbiegu z ulicą Syreny. Ten lokal był duży. Mieścił sklep, pomieszczenie ze stolikami dla gości, salę ze stołami bilardowymi i duże zaplecze z pracownią cukierniczą. Cukiernia była na tyle duża, że można było w niej ustawić stoły do bilarda. Zadbano również o telefon. Sam właściciel był wielkim miłośnikiem szachów, przy których spędzał mnóstwo czasu. Pracownia słynęła z najróżniejszych smakołyków, od lodów po ciasta... Do cukierni Zagoździńskiego przyjeżdżali ludzie z najdalszych zakątków Warszawy. Krążyła pogłoska (a może prawda), wedle której po pączki z tej cukierni miał wysyłać swojego adiutanta Marszałek Józef Piłsudski! "A że Zagodziński był fachowcem dobrym, zyskał rzesze kupujących i sympatię mieszkańców. W sklepie przy bufetach był tłok, a przy stolikach też gości nie brakowało" – odnotował Herbaczyński. Nad utrzymaniem ciepłej atmosfery czuwała żona cukiernika Natalia (z domu Danielak). "W lecie firma słynęła z lodów, w okresie świąt Bożego Narodzenia - ze strucli makowych, orzechowych, migdałowych. Na Wielkanoc - z mazurków, babek i marcepanowych święconek. Te święconki stały się sławne. Według opinii cechu Zagoździński był artystą w ich wyrobie. Nikt mu nie dorównywał. Przed Wielkanocą zamawiał u stolarza kilkaset drewnianych stoliczków. Pokrywał ładnymi serwetkami z napisem: »Alleluja" i układał na nich swoje święconki. Czego tam nie było! Indyk pieczony i łeb świński, bochenek chleba i bryłka masła, i mazurki, i jajeczka, i placek, i babki z naturalnego ciasta, i karafka z kolorowym winem - syropem. Pośrodku stał baranek z białego cukru z czerwoną chorągiewką, a obok kropidełko. Z podobnym rozmachem i troską o klimat świąt przygotowywano ciasta na Boże Narodzenie, nie stroniąc też od przyjmowania zamówień i dostawy do domu.
Pan Władysław zrobił w Warszawie błyskawiczną karierę. Prawdopodobnie przyjechał tu w wieku 20-21 lat. W pracowniach Rydzewskiego i Moczulskiego spędzał chyba po dwa lata. Wybór tych firm skłania do refleksji; były to zakłady znane z rzetelności ale unikające pogoni za modą i blichtrem. Doskonalił tam nie tylko swoje umiejętności fachowe, ale też podglądał jak się prowadzi firmę, jak się zdobywa klientów i markę. I potem z wielkim sukcesem i znawstwem otworzył własną cukiernię, która już po kilku latach zyskała markę - była w Warszawie znana i ceniona...
Cukiernik wieczorem lubił grać w szachy w cukierni. Zasiadał przy stoliku ze swoim przyjacielem, też cukiernikiem, Franciszkiem Pasoniem i tak, zastanawiając się nad ruchami, siedzieli często do nocy. Innym znanym mieszkańcem tej kamienicy był dr Adam Ettinger, profesor kryminologii na uczelniach Warszawy i Łodzi. W mieszkaniu zebrał on ogromną bibliotekę z zakresu socjologii, historii filozofii i kryminologii. Edward Chwalewik wymienił ją w swoim „Spisie zbiorów polskich”, opublikowanym w 1926 r. Ettinger sam był autorem książek, z których najgłośniejsza to wydany w 1924 r. "Zbrodniarz w świetle antropologii i psychologii". Ettinger często przychodził do pachnącej cukierni Zagoździńskiego… A według opinii cechu rzemiosł Zagodziński był artystą wyrobów cukierniczych. Nikt mu nie dorównywał. To w tym okresie koledzy i znajomi zaczęli do niego mówić „Panie nad-Blikle”.
W czasie wojny cukiernia funkcjonowała nadal, choć skromnie, stosownie do reglamentowanego i kartkowego zaopatrzenia. Tragiczne dni nadeszły w pierwszych dniach sierpnia 1944 r. po wybuchu Powstania Warszawskiego. Niemcy, posuwając się Wolską, od 5 sierpnia, zawsze o świcie wyganiali z kamienic mieszkańców i rozstrzeliwali ich tysiącami. A domy palili. Oszczędzonym ludziom kazali kopać przydrożne doły i grzebać tam zabitych.
I tu koniecznych jest kilka słów dotyczący tych wydarzeń. Po wybuchu Powstania do Warszawy, z wypoczynku w Grandzie w Sopocie, ściągnięto generała SS Ericha von dem Bach Zelewskiego. On to, w ramach akcji „oczyszczania przedpola” do walki z powstańcami, osobiście komenderował wymordowaniem na Woli ponad 60 tysięcy osób spośród ludności cywilnej, w tym kobiet i dzieci. Rozkazał też spalić szpitale z chorymi w środku, po rozstrzelaniu lekarzy i pielęgniarek. Tak postępowała w czasie wojny arystokracja niemiecka.
Tak więc wtedy spłonęła kamienica przy Wolskiej 66. Jej mieszkańcom cudem udało się uniknąć pogromu; ostrzeżeni na czas uciekli. Osmalone mury domu oglądamy na wstrząsających fotografiach ze źródeł niemieckich ukazujących kolumny cywili pędzonych przez Niemców ulicą Wolską, najpierw do pobliskiego kościoła parafialnego św. Wojciecha (punkt zborny, wokół którego zrobiono latryny), gdzie wygnańcy spędzili noc, a potem do obozu przejściowego w Pruszkowie. Zagoździński, którego Niemcy - podobnie jak innych mężczyzn – wzięli do rozbierania barykad, zdołał uciec. Przedostał się do Pruszkowa, gdzie miał kuzynów, którzy wyrobili mu kenkartę, ausweis i pracował w piekarni, która piekła chleb dla ludności i wojska – pisał Herbaczyński. Przeżyli też inni członkowie jego rodziny. Starszą córkę Niemcy wywieźli pod Wrocław, gdzie pracowała w fabryce przy krojeniu i suszeniu jarzyn. Młodsza najpierw ukrywała się na Ukrainie, a po Powstaniu została wyniesiona z obozu w Pruszkowie jako (rzekomo) chora na tyfus. Przez Pruszków przeszła też Natalia żona Władysława. Po wojnie wszyscy spotkali się w maju 1945 r. w ruinach spalonej kamienicy przy Wolskiej 66. Jej mury okazały się na tyle mocne, że mieszkańcy sami ją odbudowali. Na parter wróciła też cukiernia Zagoździńskiego, choć skromniejsza niż przed wojną - bez stolików kawiarnianych i bilardów. Ciężkie czasy dla cukierni zaczęły się dopiero wraz z powojenną „bitwą o handel”. Jak pisze Herbaczyński, władze państwowe wprowadzały urzędowe receptury, naturalne surowce zastępowano zamiennikami, za „nadmierne” dochody wlepiano podatkowe domiary. Celem było niszczenie prywatnej inicjatywy. Skończyło się to dopiero po Październiku '56, kiedy cukiernia na kilkanaście lat wróciła do normalnej pracy. Jednak w 1973 r. władze miasta, powiększając sąsiednie sklepy, wyrzuciły cukiernię Zagożdzińskiego z domu przy Wolskiej 66, dając mu lokal zastępczy w bloku kolonii Wawelberga przy Górczewskiej 15. Trzeba było się przenieść i podjąć pracę w skromniejszych warunkach. Utrwaliło to ograniczenie produkcji do jednego asortymentów – pączków, ale według starej receptury. Firma rodzinna istnieje tam do dziś, a prowadzi ją już czwarte pokolenie cukierników (obecnie Sylwia, córka Zeni Adamuszewskiej).
Na przełomie XIX i XX w. przy Górczewskiej 15, za darowiznę 300 tysięcy rubli powstała kolonia domów robotniczych Instytucji Tanich Mieszkań Hipolita i Ludwiki Wawelbergów, warszawskich bankierów, działaczy społecznych i mecenasów kultury. Obecnie budynki te wyglądają smutno i ponuro, nie odnawiane, ze śladami wojny na swoich murach. Z zewnątrz nie prezentuje się specjalnie zachęcająco.
Powyższe refleksje warto uzupełnić o życie prywatne Władysława Zagodzińskiego. Ożenił się chyba w 1926 roku, z warszawianką, młodszą o dwa lata Natalią (zwana przez bliskich Talką) z Danielaków. Wtedy nabyli duże mieszkanie na II piętrze w tymże domu co cukiernia. Wkrótce zamieszkała z nimi też matka Natalii - Ludwika. Ludwika, zwana Lucią, miała pięć córek, a kiedy dzieci wyfrunęły z domu a mąż zmarł, wstąpiła do III zakonu, przez co w rodzinie była jeszcze bardziej szanowana. Tuż obok Wolskiej 66, w domu na Syreny, mieszkał z kolei brat Władysława – Stefan Zagodziński
Obserwuj wątek

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka