Dodaj do ulubionych

Władysław Zagoździński (1901-74) wspomnienie dziad

11.12.16, 09:19
WŁADYSŁAW ZAGODZIŃSKI (1901-1974)
– MÓJ DZIADEK Z WOŁYNIA, WARSZAWSKI CUKIERNIK

Trzeba było wielu lat by odnaleźć małą ojczyznę dziadka Władka. Wiedzieliśmy, że pochodził z Wołynia, z okolić Równego, ale miejsca urodzenia – Młynów nigdy nie wymieniano i nic nam ono nie mówiło. A okazało się, że było to urokliwe miasteczko, z projektowanymi przez królewskiego architekta Efraima Schrögera: pałacem (część jego kolekcji sztuki dziś jest w MN w Krakowie) Chodkiewiczów oraz przepięknym parkiem romantycznym (powilony i rotundy oraz kilkadziesiąt rzeźb G. Czaykowskiego). Przy głównej ulicy była szkoła, kawiarnia, sklep i kościół, także projektowany przez Schrögera.
Dziadek tuż po I wojnie, mając 20 lat, wyposażony przez ojca w sporą sumę pieniędzy, przyjechał do Warszawy, planując zdobycie zawodu cukiernika i założenie własnej firmy. Rodzi się pytanie, jak doszło do wyprawy z odległego, żyznego Wołynia do dalekiej stolicy, w czasach kiedy nie było radia i telewizji, a telefony (te antyczne, na korbkę) stanowiły wielką rzadkość. Z pewnością nie był to wyjazd w ciemno. Dziadek pochodził z rodziny ziemiańskiej (chyba szlacheckiej, ale o herbie nigdy nie wspominał), która miała krewnych w Warszawie oraz w jej okolicy, a więc i rozeznanie stołecznego rynku „interesów”. Przygotowano więc i wyjazd i plan kariery w Warszawie. Kariery udanej, bo po czterech latach praktyki w pracowniach Rydzewskiego i Moczulskiego, dziadek otworzył własny lokal, który stał się z czasem częścią historii Woli. I wtedy ożenił się z Natalią z Danielaków (moją babcią Talką), tworząc – z jej krewnymi – dużą i wielopokoleniową rodzinę. Przed wojną cukiernia Władysława Zagodzińskiego była okazała - zajmowała narożnik kamienicy na ulicy Wolskiej 66. Przykuwała uwagę dużymi witrynami i szyldami, miała salę kawiarnianą, telefon i bilard. Po wojnie okrojoną ją a potem przekwaterowano z Wolskiej 66 na Górczewską 15 (gdzie funkcjonuje do dziś) oraz ograniczono do pączków.
Dziadek przeżył okropieństwa wojny. Wysłał córkę Danutę (później moją mamę) do rodziny na Wołyń, gdzie zaprzyjaźniła się z Ukraińcami, nauczyła ich piosenek (m.in. Tyś mene pidmanuła...) i cudem uciekła przed rzezią. W tym czasie druga córka Hanna była na robotach przymusowych w Gross-Rosen. Po wybuchu Powstania czasie musiał chować się przed masowymi mordami cywilów, organizowanymi przez gen. von dem Bacha. A potem uciekać przed deportacją mieszkańców i wyciągać córkę z obozu w Pruszkowie.
Całe życie dziadek Władek był człowiekiem pogodnym, wesołym i życzliwym dla ludzi. Wszystkich darzył szacunkiem i sympatią, czym sobie ich zjednywał. Wysoki i przystojny, miał w sobie naturalna elegancję, wspomaganą troską o ubiór. Na spacerze nosił zawsze trzyczęściowy garnitur z wełny, elegancką białą koszulę i ładne, błyszczące buty, ale krawaty i swoje ulubione kapelusze zakładał tylko od święta. Potrafił ładnie mówić, a szyku dopełniało jego palatylizowane „ł”, które nasuwało wówczas arystokratyczne skojarzenia i nawiązywało do przedwojennego standardu ogłady. Godzi się wspomnieć, że tak mówiła przedwojenna elita, a także nasi starsi aktorzy aż do lat 1960. Władysław zrósł się z klimatem Woli, stanowiąc przez pół wieku część jej krajobrazu. Wszyscy go tu znali, lubili i z radością pozdrawiali: „Szanowanie Panie Władysławie”, „Szaconek Panie nad-Blikle”.
Za jego życia na Woli minęła całą epoka; przestały jeździć wozy konne, a dzielnica z przedmieścia stolicy została jej częścią. O on stał się częścią historii Woli. Zaś jego rodowy Wołyń przeszedł w 1953 r. na własność ZSRR, a Młynów został zrujnowany. Pałac rozebrano w czasie II wojny, a park - mocno zdewastowany (z kilkunastu budynków zachowały się dwa, mocno ogołocone). Rokokowy Kościół NMP z kryptami rodu Chodkiewiczów, na początku lat sześćdziesiątych roze¬brano, budując obok kino, przed którym, pod trawnikiem, znajdują się zamurowane krypty, a klomb swymi rozmiarami i kształtem odpowiada fundamentom dawnego kościoła… Na grobie dziadka na Woli zawsze są świeże kwiaty i znicze, a z nim nasze wspomnienia. Szkoda, że jego brat Stefan nie ma tyle szczęścia do pamięci swych potomnych. Ula Sozańska z mężem
Obserwuj wątek

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka