masaztajski
30.03.10, 11:01
Szkolenie masażu tajskiego dla głuchoniewidomych
Bezpłatne szkolenie dla osób głuchoniewidomych z podstaw masażu
tajskiego? Dzięki projektowi, który realizujemy pod hasłem „Weź
sprawy w swoje ręce…” stało się to możliwe! Wzięło w nim udział
dziesięciu beneficjentów tego projektu, którzy będąc już masażystami,
chcieli zdobyć dodatkowe umiejętności i tym samym zwiększyć swoją
atrakcyjność na rynku pracy.
Szkolenie odbyło się w miejscu bliskim sercom wielu osób związanych z
TPG, czyli w Ośrodku Szkoleniowym Stowarzyszenia „Akademia Łucznica”.
Poprowadziła je natomiast Kanya Krongboon.
Kanya sama się na niej przedstawia jako „jedyna nauczycielka masażu
tajskiego, indonezyjskiego i tajskiego masażu stóp i tajskiego masażu
ziołowego w Polsce”. Oprócz tego chwali się też, że: Jestem
terapeutką i nauczycielką jogicznego masażu tajskiego,
indonezyjskiego, tajskiego masażu stóp i tajskiego masażu ziołowego
z kilkunastoletnim doświadczeniem. Wykonałam grubo ponad dziesięć
tysięcy zabiegów, każdy trwający co najmniej godzinę i wyszkoliłam w
trybie indywidualnym w Tajlandii i Wielkiej Brytanii ponad 500
masażystów, jak również prawie 600 na 80 kursach publicznych i
prywatnych w Polsce (wielu wracało na moje kolejne kursy).
Katarzyna Ptasznik, koordynator makroregionu południowo-wschodniego,
która była odpowiedzialna za przygotowanie szkolenia dla masażystów,
informacje te uzupełnia jeszcze o to, że jak wiedziała z
wcześniejszych rozmów z Kanyą, ma ona bogate doświadczenie w pracy z
osobami niewidomymi i słabowidzącymi. Było to ważne kryterium przy
wyborze instruktora i jak się okazało przyniosło pozytywne efekty.
A dlaczego w ogóle masaż tajski?
Katarzyna Ptasznik wyjaśnia, że inspiracja wypłynęła z kilku źródeł:
„Ludzie są coraz bardziej spięci, coraz bardziej potrzebują więc
masażu relaksującego. A tajski jest bardziej masażem relaksacyjnym
niż leczniczym. Jest doskonały dla osób, które po trudach codziennej
pracy chcą sobie zrobić chwilę relaksu. Ponadto: masaż tajski
wychodzi poza utarte schematy, więc w naszym społeczeństwie odbierany
jest po prostu jako atrakcyjny.
Dla naszych masażystów dodatkowym atutem jest też to, że do
wykonywania masażu tajskiego nie potrzebują żadnego specjalistycznego
wyposażenia – wystarczy kocyk, który rozłożą na dywanie w domu
klienta. Przyznać się jednak muszę, że nie ja wpadłam na ten pomysł –
podsunęli mi go sami masażyści, biorący udział w projekcie –
sygnalizowali, że to jest ta technika, którą chcieliby poznać.”
Szkolenie – okiem uczestnika, Krzysztofa Gaja
(fragmenty – więcej w 4. numerze kwartalnika „Dłonie i Słowo”)
„Dowiedziałem się, że ma być 10 masażystów z całej Polski z
przewodnikami, więc zacząłem intensywnie myśleć, jak tylu
głuchoniewidomych nauczyć w trzy dni masażu tajskiego i z lekka
obawiałem się „wolnej polki", a nawet „partyzantki", jak to się
żartobliwie czasem mówi na kurs, który ma być, żeby był. Ciągnęło
mnie jednak coś i już, może to prowadząca Kanya Krongboon - prawdziwa
Tajka, a może Anioł Stróż?
Już wkrótce miało się okazać, że ja to i owszem, mam wyobraźni
całkiem sporo, ale organizator i prowadzący, mieli więcej, bo nie
spotkałem kogoś jadącego do Warszawy po szkoleniu, który by był
niezadowolony.
Po naszemu, po europejsku, jak masować, to gdzieś na leżance, kozetka
jakaś, żeby tapczan chociaż. A tu na podłodze zasłane materacami, na
materacach kocyczki i oto całe wyposażenie na początek do masażu
tajskiego. Każdy głuchoniewidomy zajął pozycję siedzącą po turecku,
albo jakąś parterową, bo i taki materac zachęca od razu do
polegiwania nawet. Zrobiło sie gwarno, każdy gada do swojego
przewodnika i odwrotnie, więc 20 głosów co najmniej coś tam sobie
jeszcze uzupełnia na jakiejś „mózgowej półce".
Nie mogę się doczekać na rozpoczęcie. Obok mnie Tomek mój przewodnik,
Kasia, przewodnik Zuzanny i tak dalej: Iza, Mariusz, Warszawa,
Wrocław, Kraków, Szczecin. Sala dość duża, więc się stresuje, że do
mnie nie dotrze coś. W pewnym momencie rozległo sie tradycyjne cii
cii cii bo oto z cicha zaczyna do nas przemawiać pani Kanya. Sporo
osób zna angielski, ale Małgorzata tłumaczy ofiarnie głośno
wszystkim, którzy mają problemy.
Szybka decyzja, kto będzie masowany i oto już Zuzanna leży na
materacu i zaczynamy masaż stopy. Nasi przewodnicy dysponują już
rysunkami, gdzieś ktoś rozdał, biorę do ręki, kilkanaście, może
lepiej stron. Pani Kanya pokazuje pierwszą linię, przewodnicy
powtarzają nam, raz i jeszcze raz, do skutku. Wreszcie próbujemy.
Uciskam kciukami na stopę Zuzanny od podeszwy i klęczę bogobojnie na
kolanach, i pochylony do przodu.
Doczekałem się na panią Kanyę, podchodzi. Od razu poprawia. Ja tu
gniotę rękami, jak te kopytka przysłowiowe i szybko, a ja mam
naciskać, wolniutko i coraz głębiej przez całe three seconds i jak by
tego było mało, to pani Kanya mówi do mnie: come back - wróć. W
masażu klasycznym zawsze masuje się dosercowo i nie wraca, a w
tajskim jest to come back. Nie dość tego.
Coś tu na początku mi nie idzie, pani Kanya widzi, że nie rozumiem,
bierze mi rękę na swoje plecy i sama naciska stopę Zuzanny. Nagle
zrozumiałem! Ona nie naciska rękoma, ona buja się do przodu i tyłu i
naciska jakby całym ciałem, a siła idzie na kciuk. Wchodzi w stopę
jak w masło i na dokładkę Zuzanny pytają, czy boli, a ona mówi, że
nic, a nic.
Jest gwarno jak w ulu, jedna wielka gadanina, ten zapyta, ten
odpowie, ten powtórzy, tamten poda, każdy ma roboty pełne ręce.
Spokojna pani Kanya, cicho mówi, jest nieco tajemnicza, bardzo
łagodna w ruchach, nie złości sie jak my z gatunku: cholera, już ci
trzy razy mówiłem, ile będę powtarzał. Cierpliwie, spokojnie, raz,
drugi, trzeci, aż pojął kursant.
W tym momencie już wiedziałem, że warto było tu być. Byłem pewien, że
mnie tu nie ominie wiedza.
Tak wygniatając sobie wzajemnie obydwoma kciukami nogi, co raz
pokazując nowe punkty i linie, wybiła 21:00, koniec na dzisiaj.
Ludzie mówią, że fajnie jest, ciężki program nabity na full - jak
mawia młodzież, ale owocny. Męczyć, to się Polak lubi, byle wiedział
po co. Coś tak czuję, że ludzie mają zapał, wszędzie słychać
ożywienie. Koniec dnia. Jutrzejszy, będzie według planu taki sam,
tyle, że więcej pracy, bo od samego rana.
Gdybym ten dzień chciał porządnie opisać, tak z detalami, to by
trzeba było kilku rozdziałów, więc proponuję streszczenie: jedzenie,
masowanie, masowanie jedzenie, masowanie, masowanie i spanie.
Ostatniego dnia, w niedzielę, trenujemy ofiarnie, przypominamy,
sprawdzamy, powtarzamy jeszcze, a pani Kanya Krongboon dokładnie
sprawdza każdego cichaczem. Chwali i słusznie, bo zawsze lepiej raz
pochwalić, niż dwa razy zganić. I oto wypełniamy ankiety po szkoleniu
na krótko przed obiadem, brawa, podziękowania i rozchodzimy się na
obiad. Pani Kasia - bo na tym kursie tak mówiło się na kierowniczkę,
zdecydowała o organizacji po obiedzie.
Po obiedzie już spakowani, czekamy na najważniejszą chwilę szkolenia,
czyli wręczenie dyplomów i zaświadczeń, a sam jeszcze nie wiem, co
to, to też ciekawość, która jest pierwszym stopniem do wiedzy, a ta
zła do piekła, wzrasta.
Pani Kanya mówi ostatnie słowa, że dobrze nam szło, że możemy się
posługiwać masażem tajskim w swoich gabinetach, aż wreszcie ruszyła
kolejka do wręczenia świadectw. Każdy ściskał w garści swoje, pod
kurtkę chowa, bo pada. Wielkie podziękowania dla pani Kanyi, brawa i
brawa, wszyscy się uśmiechają. W końcu zabieramy się do autokaru i do
stolicy, skąd wkrótce rozjedziemy się na cały kraj.
Gratuluję pomysłu organizatorom kursu, kogo nie było niech zazdrości
i mam nadzieję, że może jeszcze