zanezja
19.05.10, 18:25
Sytuacja przedstawia się następująco: 15-letni Jurek, od siedmiu lat uczeń
szkoły specjalnej (wg orzeczenia u.u. w stopniu znacznym), od września jest
moim podopiecznym. Wszystkie objawy wskazują na schizofrenię dziecięcą- taka
też jest opinia psychiatry (ponadto rodzina obciążona genetycznie- dziadek
Jurka miał zdiagnozowaną schizofrenię). Stan chłopca konsekwentnie ulega
pogorszeniu; w chwili obecnej praca z nim polega na ,,zabezpieczaniu'' chłopca
przed nim samym. Jurek wykorzystuje każdą chwilę nieuwagi aby rzucić się na
podłogę lub beton i uderzać z całej siły głową o twarde podłoże; jeśli na
podłodze są rozłożone materace wali głową o ściany, drzwi albo bije się
pięściami. Ostatnio zaczął rzucać czym popadnie. Z opowiadań mamy wynika, że
są dni, kiedy rzuca wszystkim co mu wpadnie w ręce (ostatnio obudził się w
nocy i rzucał kwiatami w doniczkach oraz obrazami); wyrywanie innym domownikom
jedzenia, sztućców, talerzy itp z rąk jest na porządku dziennym. Bracia Jurka
,,wypracowali'' sobie taki sposób, że zamykają go na klucz w pokoju... Mama
mówi, że ona jest z Jurkiem na co dzień i już się przyzwyczaiła do takich
zachowań... Nie ma takiego miejsca na ciele Jurka, które by nie było
,,uszkodzone'' na skutek napadów autoagresji. Zarówno wcześniejszy wychowawca
Jurka jak i psycholog szkolny przez wszystkie lata pobytu Jurka w szkole,
mówili o konieczności leczenia farmakologicznego dziecka. Rozmowy skutkowały
tym, że po każdym takim spotkaniu Jurek nie był przywożony przez parę dni na
zajęcia. Rodzice nie zgadzali się z naszymi sugestiami. Ale na skutek
interwencji dyrekcji szkoły, w wakacje udali się do psychiatry i od tamtej
pory Jurek jest pod opieką specjalisty, a wygląda to tak, że mama stawia się z
Jurkiem na umówione wizyty... No i na tym ,,leczenie'' Jurka się kończy gdyż
,,nie będziemy dawali Jurkowi psychotropów, bo szkoda dziecka; po
psychotropach Jurek dostanie padaczki i przytyje''(słowa mamy). Po dalszym
drążeniu tematu przez szkołę okazało się iż pan doktor powiedział iż Jurek
jest w takim stanie, że konieczne jest leczenie farmakologiczne w szpitalu. W
chwili obecnej zachowanie Jurka bezpośrednio zagraża jego zdrowiu a nawet
życiu... Miesiąc temu, po raz pierwszy od chwili gdy Jurek został uczniem
naszej szkoły, udało się ściągnąć (dosłownie) oboje rodziców na spotkanie w
sprawie dziecka. Twierdzą, że zgodzą się na leczenia farmakologiczne,
natomiast nie ma mowy o szpitalu. Do dnia dzisiejszego czekamy na jakiekolwiek
efekty rozmowy z rodzicami. I nic...Jako minimalny i doraźny środek zaradczy
zaproponowałam zakupienie i zakładanie kasku chroniącego głowę... Padło słowo
akceptacji ze strony mamy; w chwili obecnej tato stwierdził, że jak Jurek
dostanie tabletki to kast nie będzie potrzebny i tyle....
W związku z tym moje pytanie. Jak rozwiązać ten problem? Jurek jest
niesamowitym chłopcem; w wielu sferach przewyższa swoich rówieśników z klasy,
natomiast w jego głowie dzieje się coś z czym sobie zupełnie nie daje rady. I
tak jak już napisałam stanowi zagrożenie sam dla siebie. Zdarza się, że w
trakcie takiego napadu furii miewa momenty opamiętania i wręcz podaje ręce
żeby mu je przytrzymać, żeby nie mógł się bić...
Rodzice ewidentnie grają na zwłokę i zapewne chcą dociągnąć do następnych
wakacji, potem do przerwy świątecznej, następnie do ferii itd, zbywając nas i
nasze sugestie.
Czy ktoś wie, jakie mam możliwości z litery prawa? Co mogę zrobić, żeby ci
ludzie zaczęli leczyć swoje dziecko?
A może macie jakieś inne pomysły?