archiwalda
09.02.11, 01:44
Witam,
ostatnio byłam świadkiem sytuacji, która wzbudziła we mnie pytanie czy nie zaszliśmy za daleko w sprawie poprawności względem niepełnosprawnych.
Otóż spotkałam się z tym, że osoba niepełnosprawna postanowiła się kształcić w zawodzie, którego nigdy nie będzie w stanie wykonywać właśnie z racji swojej niepełnosprawności. Jest to dysfunkcja , której absolutnie nie da się przy pomocy środków medycznych czy technicznych udogodnień znieść czy zniwelować tak, żeby jednak można było ten zawód wykonywać, powiedzmy, że osoba niema chce być spikerem radiowym albo niewidoma kierowcą, to jest tej rangi kwestia.
I właśnie w imię równouprawnienia i niwelowania utrudnień uczelnia taka osobę na studia przyjęła, pozwoliła jej uczestniczyć w zajęciach teoretycznych, zaliczać egzaminy z teorii co zresztą robi świetnie. Ale w końcu przyszedł czas na zajęcia praktyczne i okazuje się co było wiadome od początku, że ta osoba nie jest w stanie ich realnie odbyć. Opiekun praktyk, który zapytał jak ta osoba ma odbyć praktykę w studio skoro nie jest w stanie mówić został posądzony o stwarzanie osobie niepełnosprawnej problemów, o jakieś uprzedzenia itd. stwierdzono, że praktyka ma polegać na tym, że ta osoba będzie towarzyszyć swoim kolegom z roku i patrzeć jak sie to robi.
I teraz ta osoba dostanie zaświadczenie, że praktyke odbyła co jest fikcją, na tej podstawie dostanie dyplom wyższej uczelni , który świadczy, że ma wszelkie umiejetności i pełne prawo do wykonywania zawodu spikera, co przeciez nie jest prawdą.
Stąd moje pytanie: czy tak rozumiana poprawność to nie przesada?? Czy nie powinniśmy jednak wyrażnie widziec i nie bać sie postawić granic czyjemuś "chceniu"?? Czy to takie złe powiedziec komuś, że pewnych rzeczy nie możesz jednak robić? przeciez w wielu dziedzinach prowadzi sie selekcje kandydatów i np bez słuchu nie przyjmuja do konserwatorium a tutaj nie znalazł sie nikt, kto by nie dopuścił do opisywanej sytuacji.
A moze ja nie rozumiem sytuacji niepełnosprawnych?? Ciekawa jestem opinii.