Dodaj do ulubionych

Dzieci w miejscu nie dla dzieci...?

05.04.11, 17:22
Być może nie to forum, ale sytuacja ta nie daje mi spokoju... Od razu zaznaczam, że jeszcze potomstwa nie posiadam, ale do rzeczy - w niedzielę dosłownie przejazdem byli u nas dawno nie widziani znajomi, postanowilismy zabrac ich do dobrej restauracji, była godz. ok 19. Wchodzimy: zajęte 2 stoliki- przy jednym - jakieś spotkanie biznesowe, przy drugim 5 osób i dziecko w wieku ok 3 lat. Po jakiś 30 min od momentu zamówienia przez nas kolacji, chłopiec z sąsiedniego stolika zaczął się niecierpliwić i dość głośno zaczął wyrażać swoje zdanie. Kelner podszedł do ich stolika i chyba zapytał czy coś jeszcze podać, dorośli chyba odmówili ale siedzieli dalej - chłopiec zaczął biegać od stolika do stolika, w tym do naszego i zwyczajnie nam przeszkadzał - rodzice zero reakcji; w końcu rezolutny malec przewrócił krzesło i wtedy do akcji wkroczył kierownik resteuracji, który w sposób bardzo delikatny poprosił mamę chłopca na bok i zwrocił jej uwagę, na co kobieta wybuchnęła krzykiem i górą wyzwisk czym wzbudziła powszechne zainteresowanie. W końcu obrażeni wyszli rzucając kasą na stolik. Zachowanie dziecka nie było dziwne z uwagi na porę, wina lezy wyłącznie po stronie rodziców. Nie wiem dlaczego ale ta sytuacja nie daje mi spokoju. Jako potencjalna matka (starjaąca się obecnie o potomka) zaczęłam się zastanwiać, czy rzeczywiście w każde miejsce i o każdej porze nalezy dziecko zabierać ze sobą? Jak pogodzić obowiązki zawodowe a pozostawienie dziecka w domu, gdy nie ma się pod ręką instytucji babci i nie za dużo kasy na opiekunkę? Jakie zdanie mają na ten temat WDPD i jak sobie z tym radzicie?
Obserwuj wątek
    • mkaroli Re: Dzieci w miejscu nie dla dzieci...? 05.04.11, 18:25
      Jeśli na drzwiach restauracji nie było informacji, że wstęp od lat 18 to mieli pełne prawo tam przebywać. Niedziela godzina 19 to jeszcze nie tak późno. Co innego zachowanie tych ludzi i kwestia dopilnowania dziecka. Od tego są rodzice i to oni powinni zadbać o to by ich dziecko nie przeszkadzało innym. Krótko mówiąc "buraki" i tyle.
      • gazeta_mi_placi Re: Dzieci w miejscu nie dla dzieci...? 05.04.11, 20:52
        Przydałyby się restauracje z zakazem dla małych dzieci, ale niestety od razu by restaurację zmieszano z błotem na cały świat jak w przypadku pewnego Pana z Niemiec który chciał MNIEJSZĄ CZĘŚĆ kawiarni wydzielić tylko dla osób dorosłych.
        Niestety bachorstwo rządzi wszędzie, a mamusie za to mają pełne prawo narzekać na nastolatków czy nawet starsze dzieci przebywające na placach zabaw.
    • budzik11 Re: Dzieci w miejscu nie dla dzieci...? 05.04.11, 19:54
      Po pierwsze - restauracja nie jest jakoś specjalnie wyjątkowym, nienadającym się dla dzieci miejscem. My z dziećmi chodzimy dość często, w miarę możliwości finansowych. Po drugie, dzieci trzeba pilnować, nie pozwalać im na wszystko a juz na pewno nie na przeszkadzanie postronnym. Nie mam nic przeciwko chodzeniu dziecka po lokalu, o ile jest w miarę pusto, nikomu nie przeszkadza - ale nie pozwalam przesuwać krzeseł, stać czy gapić się na ludzi. Pilnuję, żeby dzieci nic nie niszczyły (np. nie bawiły się serwetkami papierowymi), nie gadały głośno itd. Czyli mają prawo być wszędzie w miarę rozsądku a na pewno nie być uciążliwymi dla otoczenia.
      • gazeta_mi_placi Re: Dzieci w miejscu nie dla dzieci...? 05.04.11, 21:01
        Myślę, że jednak Pani założycielka wątku wybrała przeciętną (nieco lepszą od knajpy chińskiej powiedzmy) restaurację być może z dobrym jedzeniem, ale przeciętnymi cenami lub nie wiele wyższymi niż przeciętne, bywam w naprawdę eleganckich restauracjach i tam rodziców z dziećmi nie ma bo z reguły tych co jednak stać na dania z tej restauracji stać i na prywatną nianię do dziecka.
        A osoby o przeciętnych dochodach (czyli ci których nie stać na nianię) nie stać by było nawet na jedno pełne danie dla 1 osoby z menu, nie mówiąc już o większej liczbie.
        Restauracje te nastawione są na Elite Customers i nawet w kartach nie mają menu dziecięcego, przewijaków w toalecie też nie przyuważyłam, na szczęście nikt nie ma pretensji bo matki z małymi dziećmi których nie stać na nianię ze względu na słone ceny omijają te miejsca szerokim łukiem.
        I bardzo dobrze, na mieście wszak dużo restauracji (cena za danie średnio 12-25 zł maks) reklamujących się jako "rodzinne".
        • laminja Re: Dzieci w miejscu nie dla dzieci...? 05.04.11, 22:15
          bywamy z dziećmi w różnych restauracjach również tych lepszych. Niezależnie od rodzaju lokalu wymagamy od nich stosownego zachowania. W restauracji w krakowskim Hotelu Starym (której nie można raczej nazwać przeciętną) nasze dzieci umiały się zachować jak należy, zarówno podczas kolacji jak i śniadania, a najwięcej hałasu robił człowiek, który wciąż gadał przez komórkę. Oczywiście w restauracji, która ma kącik z zabawkami dajemy im możliwość korzystania z niego, w takich które go nie mają oczekujemy spokojnego siedzenia przy stole zapewniając młodszemu (3 lata) jakieś zajęcie. Gdyby nie umieli się zachować nie chodziliby z nami. I kwestia posiadania niani nie ma tu większego znaczenia, bo na kolację do restauracji zabieramy dzieci kiedy musimy więc np podczas wyjazdów. Zatem wszystko zależy od sytuacji i tego jakie mamy dziecko/dzieci.
        • budzik11 Re: Dzieci w miejscu nie dla dzieci...? 05.04.11, 23:22
          gazeta_mi_placi napisała:

          > bywam w naprawdę eleganckich
          > restauracjach i tam rodziców z dziećmi nie ma bo z reguły tych co jednak stać
          > na dania z tej restauracji stać i na prywatną nianię do dziecka.
          > A osoby o przeciętnych dochodach (czyli ci których nie stać na nianię) nie stać
          > by było nawet na jedno pełne danie dla 1 osoby z menu, nie mówiąc już o większ
          > ej liczbie.
          > Restauracje te nastawione są na Elite Customers ...

          bla bla bla. A poza zaznaczeniem, jaką jesteś snobką... ups. sorry: "Elite Customer", masz do powiedzenia coś wnoszącego cokolwiek do tematu?
    • jarka63 Re: Dzieci w miejscu nie dla dzieci...? 05.04.11, 20:40
      Restauracje, supermarkety, centra handlowe nie są odpowiednim placem zabaw dla dzieci, niestety rodzice często zabierają je tam, żeby się wybiegały. Kilka razy zdarzyło się, że o mało co nie wjechałam wózkiem z zakupami na dziecko, które znienacka wyrosło na mojej drodze (reakcja jednej z matek: "Biegaj sobie, Marysiu, nic się nie bój"), raz w kawiarni dostałam w oko tekturową podkładką pod szklankę (reakcja ojca na moje "nie wolno tak się zachowywać" ? Oczywiście :"wolno, Jasiu, wszystko wolno").
    • allija Re: Dzieci w miejscu nie dla dzieci...? 05.04.11, 21:33
      Można iść z dzieckiem wszędzie ale pod warunkiem, że nie bedzie ono przeszkadzało innym użytkownikom tego miejsca. Niestety, rodzice najczęściej zapominają o tym, że ich skarb jest skarbem tylko dla nich, na każdego innego moze działac drażniąco zachowanie tegoż skarba.
      Kiedy jeszcze nie miałam własnych dzieci to małe dzieci, ze swoim na ogół niesfornym zachowaniem, drażniły mnie zwyczajnie. Potem, majac własne, wiele z tych zachowań stało się dla mnie zrozumiałe. Ale także z takiego powodu moje małe dzieci nigdy nie uczestniczyły w marketowych zakupach, nie bywały z nami w restauracjach czy na spotkaniach ze znajomymi. No trudno, takie są uroki rodzicielstwa, jeśli ktoś nie chce zrezygnować ze swoich przyzwyczjeń to nie musi mieć dzieci, jeszcze takiego obowiązku nie ma.
      Ostatnio ze zdumieniem obserwowałam w markecie maleństwo, noworodka własciwie, w ramionach tatusia, który w rozmowie ze spotkaną tam znajomą powiedział, że maleństwo ma 6 tygodni. No, ja przepraszam, to taki maluszek nie mógł zostać z matką w domu, koniecznie musieli z nim iść na wielogodzinne zakupy? dla mnie to duza nieodpowiedzialność, bałabym się o zdrrowie maluszka.
      Mając małe dzieci dzieliłam obowiązki z mężem tzn jedno opiekowało się dziećmi a drugie robiło zakupy czy załatwiało sprawy.
      Życie towarzyskie zostało na ten czas mocno ograniczone, raczej do do bywania u dzieciatych znajomych. Awaryjnie byli chętni dziadkowie.
      • mama.rozy Re: Dzieci w miejscu nie dla dzieci...? 05.04.11, 21:43
        my chodziliśmy do restauracji rodzinnie przy pierwszym,drugim dziecku.dopóki wyrabialiśmy(finansowo,oczywiście też) w opiece nad nimi.kiedys wybraliśmy się z już trójką najmłodsza na etapie biegania właśnie i dośc szybko stamtąd wyszliśmy.nawet nie dlatego,że dzieciarnia szalała,ale jak zaczęli mówic jednocześnie,a my ich uciszac(w końcu nie wszyscy muszą o wszystkim wiedziec),to sami stwierdziliśmy,ze robimy za dużo hałasu.
        i nie miałabym nic przeciwko knajpom tylko dla dorosłych,chociaż bardziej stawiałabym na wychowanie tych dorosłych.
      • jul-kaa Re: Dzieci w miejscu nie dla dzieci...? 05.04.11, 23:02
        allija napisała:
        > Ostatnio ze zdumieniem obserwowałam w markecie maleństwo, noworodka własciwie,
        > w ramionach tatusia, który w rozmowie ze spotkaną tam znajomą powiedział, że ma
        > leństwo ma 6 tygodni.

        E, kiepski tatuś, ja na pewnym forum czytałam licytację, która mamusia wcześniej zabrała dziecię do supermarketu. Wygrała taka, której dziecko nie miało nawet 4 (czterech) tygodni. A pewnie są i lepsze aparatki.
          • jul-kaa Re: Dzieci w miejscu nie dla dzieci...? 05.04.11, 23:54
            Mogą iść do sklepu osiedlowego lub zrobić zakupy przez internet. 2-3 miesiące bez supermarketów nikogo nie zabiły. A ja miałam na myśli całe rodziny (mama, tata, ew. starsze rodzeństwo, noworodek), w których mama MUSI być na zakupach, bo tata sam "nie da sobie rady" i w których tata nie może zostać sam z dzieckiem, bo... "nie da sobie rady".
            • madzioreck Re: Dzieci w miejscu nie dla dzieci...? 06.04.11, 00:03
              jul-kaa napisała:

              > Mogą iść do sklepu osiedlowego lub zrobić zakupy przez internet. 2-3 miesiące b
              > ez supermarketów nikogo nie zabiły.

              Julka, jeśli mówimy o takich osobach, jakie miała na myśli Kotwtrampkach, to zabić może nie zabiły, ale "osiedlowe sklepy" i "zakupy przez net" to chyba nie jest tania impreza...
              • jul-kaa Re: Dzieci w miejscu nie dla dzieci...? 06.04.11, 00:19
                madzioreck napisała:
                > Julka, jeśli mówimy o takich osobach, jakie miała na myśli Kotwtrampkach, to za
                > bić może nie zabiły, ale "osiedlowe sklepy" i "zakupy przez net" to chyba nie j
                > est tania impreza...

                Nie wiemy, jakie osoby miala na myśli Kotwtrampkach wink
                Dziecko samo w sobie nie jest tanią imprezą. Ja się tu nie chcę licytować, ale naprawdę nie wierzę, że nie można ominąć supermarketów przez czas jakiś.
                • madzioreck Re: Dzieci w miejscu nie dla dzieci...? 06.04.11, 18:55
                  Pewnie miała na myśli takie osoby, które naprawdę nie mają z kim zostawić dziecka, a coś jeść muszą. I da się, oczywiście, ominąć hipermarkety, ale nie każdy moze sobie pozwolić na to, żeby płacić 1,5 razy tyle za wszystkie zakupy przez kilka miesięcy.
            • budzik11 Re: Dzieci w miejscu nie dla dzieci...? 06.04.11, 10:27
              jul-kaa napisała:

              > Mogą iść do sklepu osiedlowego lub zrobić zakupy przez internet. 2-3 miesiące b
              > ez supermarketów nikogo nie zabiły.

              Zakupy też jeszcze nikogo nie zabiły. Ja jestem taką "aparatką", która zabierała miesięcznego niemowlaka na zakupy. To jakiś problem? Dziecko wkłądałam do chusty, przytulone do mnie spało sobie błogo nawet nie wiedząc, gdzie jest i co się z nim dzieje. Na zdrowiu też to się nie dobiło, dzieci nie chorowały. Wolę aktywne życie z dzieckiem niż kiszenie go w domu w imię nie_wiadomo_czego. Może i mogłabym wysłac męża po zakupy, ale 1. połowy rzeczy by nie znalazł, 2. a co ja jestem, pies łańcuchowy, żeby warować w domu z racji posiadania dziecka? Areszt domowy 2-3 miesięczny?
              • dzidek33 Re: Dzieci w miejscu nie dla dzieci...? 06.04.11, 10:58
                Areszt domowy to na pewno nie, ale uważam, że głośne, oświetlone centrum handlowe z mnóstwem obcych bakterii, zakatarzonych klientów to niezbyt dobre miejsce dla dziecka 4-ro dniowego. Żeby nie było, ja z moimi dziećmi jeździłam dokładnie wszędzie, a byłam wtedy szczęśliwą użytkowniczką komunikacji miejskiej. Moje dzieci chodzą ze mną do kina, banku, restauracji i na zakupy i nie widzę w tym nic zdrożnego, aczkolwiek nie zabiorę syna w okresie infekcji grypowych do sali zabaw czy centrum handlowego, bo ryzyko spotkania z wirusami jest zbyt duże. Myślę bardziej o ekstremalnych sytuacjach kiedy dwoje rodziców radośnie spaceruje po centrum handlowym, chociaż na pewno jedno z nich mogłoby zostać z dzieckiem w domu lub pospacerować po świeżym powietrzu. A szybkie zakupy z noworodkiem ( kiedy nie ma go z kim zostawić) można zrobić w małym sklepiku.
                A co do restauracji to uważam, ze dla lepszego komfortu własnego dobrze jest wybierać miejsca przyjazne rodzinom z dziećmi bo stres mniejszy ( a to dobremu trawieniu służy) i dziecko ma frajdę, gdy jest dla niego kącik do zabawy. Nie jest wtedy uciążliwe dla rodziców i otoczenia. A na wystawną kolację do wypasionej restauracji ze sztywnymi obrusami i kelnerami po prostu bym dzieci nie zabierała.
                • joanna_poz Re: Dzieci w miejscu nie dla dzieci...? 06.04.11, 11:05
                  > Myślę bardziej o ekstremalnych sytuacjach kiedy dwoje rodziców radośnie spaceru
                  > je po centrum handlowym, chociaż na pewno jedno z nich mogłoby zostać z dziecki
                  > em w domu lub pospacerować po świeżym powietrzu.

                  a co jak tylko jedno jest zmotoryzowane?
                  chcą coś razem uzgodnić i dopiero potem kupić?
                  czy okazji zakupów coś innego razem załatwić?
                  pojść po zakupach razem na spacer?

                  A szybkie zakupy z noworodkiem
                  > ( kiedy nie ma go z kim zostawić) można zrobić w małym sklepiku.

                  w małym sklepiku pod domem, to ja moge kupić pieczywo i to nie zawsze takie jakie bym sobie zyczyła... całe zakupy? dobry żart
                • budzik11 Re: Dzieci w miejscu nie dla dzieci...? 06.04.11, 11:10
                  dzidek33 napisała:

                  to niezbyt dobre miejsce
                  > dla dziecka 4-ro dniowego.

                  No bez przesady z tym 4-dniowym, takich chyba jednak nikt po sklepach nie ciąga. Zresztą i dla kobiety to średnia przyjemnośc, jak 4 dni po porodzie ledwo łaziłam po domu (po drugim porodzie byłam jeszce w szpitalu) więc o czym tu mowa.

                  > Myślę bardziej o ekstremalnych sytuacjach kiedy dwoje rodziców radośnie spaceru
                  > je po centrum handlowym, chociaż na pewno jedno z nich mogłoby zostać z dziecki
                  > em w domu lub pospacerować po świeżym powietrzu.

                  Radośnie spacerować to można z noworodkiem po parku, ja do sklepu jeździłam na zakupy, nie na spacer. Godzina z supermarkecie i wio do domu.

                  A szybkie zakupy z noworodkiem
                  > ( kiedy nie ma go z kim zostawić) można zrobić w małym sklepiku.

                  W małym sklepiku ze 150% marżą? Nie, dziękuję, w ogóle nie kupuję w małych sklepikach.
                  • budzik11 Re: Dzieci w miejscu nie dla dzieci...? 06.04.11, 13:07
                    However (MSPANC) - jestem absolutnie przeciwna maluchom w kombinezonach, polarach, czapach, okutanych w kocyki, upchniętym w foteliki samochodowe/wózki, nawet nie odkrytym, nie rozpiętym, wrzeszczącym do utraty przytomności ze stresu, zmęczenia i przegrzania, którym świetlówki, muzyka, gwar i smrody walą po oczach.
                  • jul-kaa Re: Dzieci w miejscu nie dla dzieci...? 06.04.11, 14:56
                    budzik11 napisała:
                    > Radośnie spacerować to można z noworodkiem po parku, ja do sklepu jeździłam na
                    > zakupy, nie na spacer. Godzina z supermarkecie i wio do domu.

                    A widzisz, ja mówię o radosnych spacerach, przechadzkach między półkami z miesięcznymi dziećmi (jak sama piszesz!) "w kombinezonach, polarach, czapach, okutanych w kocyki, upchniętym w foteliki samochodowe/wózki, nawet nie odkrytym, nie rozpiętym, wrzeszczącym do utraty przytomności ze stresu, zmęczenia i przegrzania, którym świetlówki, muzyka, gwar i smrody walą po oczach."
                    Właśnie taką sytuację miałam na myśli.
                    A jeśli chodzi o męża, który nie umie zrobić zakupów... No błagam, zakupów z listy nie umie zrobić? A gdybyś przez miesiąc (dwa, trzy) po porodzie nie mogła wstawać, to kto by zakupy robił...?
                    • budzik11 Re: Dzieci w miejscu nie dla dzieci...? 06.04.11, 15:08
                      jul-kaa napisała:

                      > A jeśli chodzi o męża, który nie umie zrobić zakupów... No błagam, zakupów z l
                      > isty nie umie zrobić? A gdybyś przez miesiąc (dwa, trzy) po porodzie nie mogła
                      > wstawać, to kto by zakupy robił...?

                      No nie umie. Nie umie szukać, nawet jakbym zrobiła mu listę ze zdjęciami produktów, których potrzebuję - to i tak połowy nie znajdzie, nie wie gdzie szukać, nie widzi itp. Wraca i mówi "Nie było". Sprawdzone, uwierz mi.
                      • jul-kaa Re: Dzieci w miejscu nie dla dzieci...? 06.04.11, 15:20
                        budzik11 napisała:
                        > No nie umie.

                        No nie wierzę, że się nauczyć nie da. Dziecko też "nie umie", a potem się uczy. Mój mąż tez pewnych rzeczy "nie umiał", więcej - ja "nie umiałam". Jak była konieczność, to się po prostu nauczyliśmy.
                        A jeśli bym się zagapiła i męża nie nauczyła przed porodem, to - jak już wspomniałam - internet, sklepy osiedlowe itd. Kilkukrotne małe zakupy człowieka nie zrujnują.
                        Poza tym - jeśli mąż nie umie zrobić zakupów, to dlaczego nie może zostać z malutkim dzieckiem w domu? Tego też nie umie? Matka nie ma prawa jazdy, tak? To niech ojciec ją do tego supermarketu zawiezie, a sam się przejdzie z dzieckiem na spacer. Albo chociaż usiądzie w jakimś kącie, a nie między półkami noworodka prowadzają...
                          • budzik11 Re: Dzieci w miejscu nie dla dzieci...? 06.04.11, 15:26
                            jul-kaa napisała:

                            > I ponawiam pytanie - skoro mąż "nie umie" zrobić podstawowych zakupów, to co by
                            > ście zrobili, gdybyś po porodzie (czy innej chorobie) zaległa na 2-3 miesiące?

                            No bylibyśmy zkazani na to, co on znajdzie w sklepie a nie to, czego ja potrzebuję.
                        • budzik11 Re: Dzieci w miejscu nie dla dzieci...? 06.04.11, 15:25
                          Wszystko, co wymieniłaś, jest możliwe, wykonalne. Tylko pytanie PO CO takie kombinacje? Biorę dzieciaka na zakupy i nie widze w tym problemu. Ja nie widzę żadnego zagrożenia dla niemowlaka w sklepie (sprawdzone na dwójce niemowlaków - przeżyły, cieszą się dobrym zdrowiem). Nie rozumiem, po co próbujesz mnie przekonać, że mogłam sobie to wszystko inaczej zorganizować. Mnie to pasowało i tyle smile
                          • jul-kaa Re: Dzieci w miejscu nie dla dzieci...? 06.04.11, 15:34
                            budzik11 napisała:
                            > Wszystko, co wymieniłaś, jest możliwe, wykonalne. Tylko pytanie PO CO ta
                            > kie kombinacje?

                            Ja w tym nie widzę żadnych kombinacji, dla mnie to są tak oczywiste zachowania, że tłumaczenie ich wydaje mi się idiotyczne...

                            > Biorę dzieciaka na zakupy i nie widze w tym problemu. Ja nie wi
                            > dzę żadnego zagrożenia dla niemowlaka w sklepie.

                            Ależ tu nie chodzi o jakieś gigantyczne zagrożenia, o ciężką krzywdę... Chodzi jedynie o to, by unikać łażenia bez celu z noworodkiem (z dzieckiem kilkutygodniowym a nie kilkumiesięcznym!) po supermarkecie. To nie jest odpowiednie środowisko dla takiego malucha. Teraz dzieci są w ogóle strasznie przebodźcowane i to przebodźcowywanie zaczyna się właśnie od pierwszych tygodni życia. Noworodek to bardzo wrażliwe stworzenie i warto zapewnić mu w miarę komfortowe warunki.

                            > Nie rozumiem, po co próbujesz mnie
                            > przekonać, że mogłam sobie to wszystko inaczej zorganizować. Mnie to pasowało i
                            > tyle smile

                            Tylko po to, żeby pokazać, że się da, tylko Tobie się nie chciało ;P
                            • budzik11 Re: Dzieci w miejscu nie dla dzieci...? 07.04.11, 11:45
                              jul-kaa napisała:

                              > Tylko po to, żeby pokazać, że się da, tylko Tobie się nie chciało ;P

                              No nie chciało mi się, bo nie widzę najmniejszego sensu w uniakaniu zakupów z dzieckiem. Ja nie jestem mauśką chuchająca i dmuchająca na dzieci, nie trzymam ich pod kloszem, uważam, że duża ilośc bodźców jest dla dziecka lepsza, bardziej stymulująca niż trzymanie go w wyciszonym, pastelowym pokoiku pod pastelową karuzelką grająca delikatną muzyczką. Nie boję się "obcych bakterii", przebodźcowania itp. głupot.
                              Ale już mi się nie chce ciągnąć tej dyskusji, każdy robi ze swoim dzieckiem co chce i nie ma sensu naprowadzać innych na jedynie słuszną (swoją) drogę.
                              • jul-kaa Re: Dzieci w miejscu nie dla dzieci...? 08.04.11, 00:08
                                budzik11 napisała:
                                > uważam, że duża ilośc bodźców jest dla dziecka lepsza, bardziej
                                > stymulująca

                                Ale tu nie ma co "uważać"... Zbyt duża ilość bodźców jest dla malutkiego dziecka po prostu szkodliwa, powie Ci to każdy psycholog, pedagog, pediatra itd.
                                • kotwtrampkach Re: Dzieci w miejscu nie dla dzieci...? 09.04.11, 17:25
                                  jul-kaa napisała:

                                  > Ale tu nie ma co "uważać"... Zbyt duża ilość bodźców jest dla malutkiego
                                  > dziecka po prostu szkodliwa, powie Ci to każdy psycholog, pedagog, pediatra it

                                  PO mojej niedawnej wizycie w mieszkaniu szczęśliwych rodziców trzymiesięcznego dziecka, śmiem podejrzewać, ze ilość bodźców w przeciętnym supermarkecie w okresie przedświątecznym będzie dla tego malucha wyciszająca smile

                                  Rozpętała się dyskusja, ale ja pisząc, że zakupy są dla ludzi "kilkudniowe" dziecko potraktowałam jako pojedynczy ekstremalny przypadek. A z drugiej strony wchodzenie z dzieckiem do marketu nie jest równoznaczne z przegrzewaniem malucha, ustawianiem wózka na pół godziny przy półce z proszkiem do prania, ustawianiem nosidełka na ziemi przy ruchliwym przejściu czy brakiem reakcji, kiedy dziecko płacze i jest zmęczone..
                                  Jestem za tym, zeby uczulać młodych rodziców, że świat nie jest super przyjazny a dziecko jest delikatniejsze od dorosłego, ale bez posądzania wszystkich o głupotę wink
                        • joanna_poz Re: Dzieci w miejscu nie dla dzieci...? 06.04.11, 15:25
                          ale jul-kaa, sa naprawde rozne sytuacje zyciowe.

                          my po urodzeniu syna konczylismy budować dom.
                          i co te kafelki, armatury na długie lata mielismy wybierac w pojedynkę?
                          czy liste miałam zrobić? "kup zielone".

                          w tygodniu ojciec w pracy, matka z dzieckiem w domu.
                          przychodzi sobota i znowu: niech on sam jedzie na zakupy a ona dalej sama w domu. kiedy czas na zrobienie czegokolwiek RAZEM? zwykle pogadanie przy okazji tychże banalnych zakupów (podkreślam zakupów - spacery po galeriach nie były naszą domeną nigdy)
                          • jul-kaa Re: Dzieci w miejscu nie dla dzieci...? 06.04.11, 15:37
                            joanna_poz napisała:
                            > i co te kafelki, armatury na długie lata mielismy wybierac w pojedynkę?
                            > czy liste miałam zrobić? "kup zielone".

                            Rozmawiamy o spacerach po supermarketach.
                            Niemniej jednak ja bym kafle wybrała przed porodem lub poczekała ten miesiąc. Świat by się nie skończył.

                            > niech on sam jedzie na zakupy a ona dalej sama w domu.

                            Jejku, ileż te zakupy mogą trwać? Niech jadą razem, jedno robi zakupy (pół godziny? 40 minut?), drugie siedzi lub spaceruje z dzieckiem.
                            Przecież tu chodzi o 1-2 (max. 3) miesiące!

                            > (podkreślam zakupów - spacery po galeriach nie były naszą
                            > domeną nigdy)

                            A ja cały czas mówię o spacerowiczach własnie, więc nie wiem, o czym ze mną dyskutujesz ;P
                              • jul-kaa Re: Dzieci w miejscu nie dla dzieci...? 06.04.11, 15:49
                                Na zakupy do supermarketu uwzględniające łażenie z dzieckiem między półkami - tak widzę, dla mnie to spacer, bo jeśli jedzie dwoje rodziców, to jedno mogłoby między tymi półkami nie łazić.

                                Poza tym róznie też można to zorganizować. Gdybym była zmuszona zabrać dziecko do miejsca "nieprzyjaznego" (tak, zdarzyło mi się), to zabrałabym je albo - jak budzik - w chuście, albo ew. w gondoli z dużą budą. Przerażają mnie rodzice z dzieckiem w foteliku, niczym nie osłonietym, światła w twarz, kichający ludzie, głośna muzyka. Brr.
                                Mnie po półgodzinie w supermarkecie boli głowa, nie chce sobie wyobrażać, co czuje kilkutygodniowe dziecko sad
                                • budzik11 Re: Dzieci w miejscu nie dla dzieci...? 07.04.11, 11:51
                                  jul-kaa napisała:

                                  > Na zakupy do supermarketu uwzględniające łażenie z dzieckiem między półkami - t ak widzę, dla mnie to spacer, bo jeśli jedzie dwoje rodziców, to jedno mogłoby
                                  > między tymi półkami nie łazić.

                                  Nie no błagam cię, to już się śmieszne robi. To co to drugie z rodziców ma robić (to nie łażące)? Zajmowac miejsce przy kasie, stać przy wejściu czy co? I co to za różnica, czy stoi czy łazi między półkami? Czy to "łażenie" jest jakoś szczególnie groźne dla dziecka?
              • joanna_poz Re: Dzieci w miejscu nie dla dzieci...? 06.04.11, 11:06
                Zakupy też jeszcze nikogo nie zabiły. Ja jestem taką "aparatką", która zabierał
                > a miesięcznego niemowlaka na zakupy. To jakiś problem? Dziecko wkłądałam do chu
                > sty, przytulone do mnie spało sobie błogo nawet nie wiedząc, gdzie jest i co si
                > ę z nim dzieje. Na zdrowiu też to się nie dobiło, dzieci nie chorowały. Wolę ak
                > tywne życie z dzieckiem niż kiszenie go w domu w imię nie_wiadomo_czego. Może i
                > mogłabym wysłac męża po zakupy, ale 1. połowy rzeczy by nie znalazł, 2. a co j
                > a jestem, pies łańcuchowy, żeby warować w domu z racji posiadania dziecka? Ares
                > zt domowy 2-3 miesięczny?


                to ja (o zgrozo dla niektórych) tak samo.
              • jul-kaa Re: Dzieci w miejscu nie dla dzieci...? 06.04.11, 14:57
                budzik11 napisała:
                > 2. a co j
                > a jestem, pies łańcuchowy, żeby warować w domu z racji posiadania dziecka? Ares
                > zt domowy 2-3 miesięczny?

                Jaki areszt domowy? Rozmawiamy o wychodzeniu z domu z dzieckiem, czy o ciąganiu go na spacery po supermarketach...?
        • autumna Re: Dzieci w miejscu nie dla dzieci...? 06.04.11, 07:42
          > j zabrała dziecię do supermarketu. Wygrała taka, której dziecko nie miało nawet
          > 4 (czterech) tygodni. A pewnie są i lepsze aparatki.

          Wygrywa pani bodajże ze Stanów, która 7-dniowego noworodka zabrała zgiętego wpół w jakimś dziwnym nosidle do centrum handlowego. Jak pewnie pamiętacie - słynna to była sprawa - dziecko się udusiło.
        • abc143 Re: Dzieci w miejscu nie dla dzieci...? 07.04.11, 20:14
          Oj są są aparatki.U nas w czasie Sylwestra organizowanym na rynku , kilka młodych głupiutkich mam było ze swoimi pociechami w wózkach i to nie takie dzieci kilkuletnie tylko maluszki kilku miesięczne,/ że babcie pozwoliły na ta eskapadę to się dziwie/.No ale jak tu Sylwestra spędzać w domu.Całkowity brak odpowiedzialności gwar muzyka i petardy zgroza
          • jul-kaa Re: Dzieci w miejscu nie dla dzieci...? 08.04.11, 00:11
            abc143 napisała:
            > Oj są są aparatki.U nas w czasie Sylwestra organizowanym na rynku , kilka mło
            > dych głupiutkich mam było ze swoimi pociechami w wózkach i to nie takie dzieci
            > kilkuletnie tylko maluszki kilku miesięczne,

            Oj tam, oj tam, co się mają bać kilku bodźców, nie można przecież trzymać dziecka w wyciszonym, pastelowym pokoiku pod pastelową karuzelką grająca delikatną muzyczką. Co się mają bać petard i innych głupot. Nie wiesz, że każdy robi ze swoim dzieckiem co chce i nie ma sensu naprowadzać innych na jedynie słuszną (swoją) drogę?
            • joanna_poz Re: Dzieci w miejscu nie dla dzieci...? 08.04.11, 11:26
              Co się mają bać petard i innych głupot. Nie wiesz, że każdy robi ze sw
              > oim dzieckiem co chce i nie ma sensu naprowadzać innych na jedynie słuszną (swo
              > ją) drogę?

              bo nie ma jedynej słusznej drogi.
              tak jak nie ma dwóch takich samych dzieci.
              jedno w danej sytacji będzie przerazone, inne będzie sie czuć dobrze.
              jedno obudzi byle szmerek, inne będzie spało przy petardach.

              po co takie generalizowanie?

              ja na sylwestra na ulicę, gdzie puszczamy petardy wychodzę z psem.
              tak, wiem, oczywiście karygodne, nie powinnam, bo przecież WSZYSTKIE psy sa przerazone, boją się burzy, petard itp itd.
              tyle, że moj się nie boi, jest ciekawy, merda ogonem jak idziemy i byłby nieszczęsliwy, gdybyśmy go zostawili w domu.
          • budzik11 Re: Dzieci w miejscu nie dla dzieci...? 08.04.11, 12:47
            abc143 napisała:

            > że babcie pozwoliły na ta eskapad
            > ę to się dziwie/.

            A co mają do tego babcie??? Twoje dziecko tez babcia wychowuje/z babcią konsultujesz wyjścia z dzieckiem?
            Ja kiedyś szłam w chuście z dzieckiem, obok mnie szła moja babcia. Sąsiadka zbulwersowała się widząc moje dziecko tak "zwiazane" i zszokowana pyta "A babcia na to pozwala?" na co odpowiedziałam pani grzecznie "Babcia nie ma tu nic do gadania, to moje dziecko, nie babci".
    • mikams75 Re: Dzieci w miejscu nie dla dzieci...? 05.04.11, 21:45
      sa restauracje, gdzie jest grobowa cisza, krzesla stoja w rzadku i nawet smiech dziecka oburza innych a sa tez restauracje, gdzie jest bardziej na luzie, dziecko ma wiecej swobody i nie ma awantur o jakies przewrocone krzeslo. Z reguly przy stolikach obok sa tez rodziny z dziecmi i tez maja wieksza tolerancje.

      Godzina 19 to wcale nie tak pozno, bez przesady. Przesada na pewno jest rzucanie wyzwiskami, jak ktos zwrocil uwage. Pytanie czy dzieciak szalal i cos zbroil czy sobie po prostu spacerowal.

      Wiesz, ja zanim mialam dziecko to tez mialam inne zdanie i mnie wkurzaly lazace czyjes dzieci, ale to sie zmienia. Mowie jednak o normalnym zachowaniu dziecka, bez wrzaskow, niszczenia, psucia, przeszkadzania innym.

      Pytania koncowe z innej paczki - bo co ma restauracja do tego jak sobie opiekunke do dziecka zalatwisz?
      Poza tym sa zlobki - tansze niz opiekunka. Albo mozesz zostac z dzieckiem w domu jak ci sie nie oplaca oddawac calej pensji na opiekunke. Tak, wiem, pewnie teraz myslisz, ze chcesz wracac do pracy, rozwijac sie zawodowo a nie w pieluchach siedziec big_grin
    • madzioreck Re: Dzieci w miejscu nie dla dzieci...? 05.04.11, 21:45
      Nie wiem, czy są, i jakie to są, miejsca "nie dla dzieci". Czyjeś pociechy mi nie przeszkadzają, dopóki... nie przeszkadzają.
      Są natomiast miejsca nie dla ludzi, którzy nie umieją się zachować wśród innych ludzi i upilnować własnych dzieci, a to mnie wkurza.
      • gwiazdeczka-z-nieba Re: Dzieci w miejscu nie dla dzieci...? 05.04.11, 22:57
        uważam, że w każdym miejscu dziecko powinno umieć się właściwie zachować, a rodzice powinni tego pilnować, nie ważne czy to jest budka z kebabem czy elegancka restauracja. a jak ma się tego nauczyć inaczej niż przebywając w takim lokalu? Czym dziecko jest mniejsze tym krócej może "usiedzieć spokojnie", więc długość pobytu w danym miejscu należy dostosować do tego czasu.
        Co innego jest iść do nawet eleganckiej restauracji z dzieckiem, jeśli jest ono "pełnoprawnym" uczestnikiem wyjścia (godzina wyjścia jest dostosowana do dziecka, dziecko śpiące marudne jest) i podczas oczekiwania na jedzenie zabawiamy dziecko stosownie do wieku i do miejsca, w którym jesteśmy. Po prostu idziemy z dzieckiem coś zjeść, raz do mcdonalda, czy czegoś w tym stylu, a raz do restauracji. I tu nie ma znaczenia czy mnie stać na opiekunkę. może być mnie stać i na 10 opiekunek, ale po prostu idę z dzieckiem do restauracji.
        A co innego jeśli to jest spotaknie rodziców ze znajomymi a dziecko jest tylko "kulą u nogi", dorośli zajęci sobą a dziecko się nudzi. to jest złe, ale to wina rodziców.
        Jeśli chciałabym się spotkać ze znajomymi, a nie miałabym z kim zostawić dziecka, to albo zaprosiłabym ich do domu, albo wybrała miejsce, gdzie dziecko mogłoby się czuć swobodniej.
        zabieram dziecko do znajomych mających dzieci, zabieram do znajomych, którzy lubią dzieci, (którzy nie mają swoich dzieci, i dla których wizyta mojego dziecka to, że tak powiem atrakcja, którzy chętnie pobawią się też z dzieckiem, nie przedłużam wizyty, gdy widzę, że dziecko ma marudny dzień, jest zmęczone. nie zabieram na spotkania takie typowo towarzyskie, wtedy gdy chcę spędzić nieco czasu ze znajomymi.
        jeśli muszę coś załatwić z dzieckiem, staram się to zrobić szybko, ale nieraz specjalnie je biorę ze sobą, aby nauczyło się jak się zachować w sklepie, czy na poczcie, ale generalnie staram się załatwiać wszystko gdy dziecko jest w przedszkolu, albo pod czyjąś opieką, w awaryjnych sytuacjach, wspieramy się w tej kwestii z sąsiadami.
        zdarzyło mi się kilka razy zabrać dziecko do biura firmy, z którą współpracuję, gdy moja szefowa prosiła mnie o naglą i niespodziewaną pomoc (bo to były nawet rzeczy nienależące do moich obowiązków) i sama powiedziała, żebym przyszła z dzieckiem, żeby nie robić mi kłopotu w organizacji niespodziewanej opieki. cóż dziecko dostało do zabawy kredki, mazaki itp rzeczy od szefowej, "dorosłe biurko" i rysowało sobie. Gdybym szła na spotkanie biznesowe lub wykonywać inne obowiązki zawodowe, z góry zaplanowane nie przyszłoby mi do głowy zabierać ze sobą dziecka.

        Miejsca nieodpowiednie dla dziecka to kluby nocne, dyskoteki, rozmaite speluny, lokale ze striptizem itp, oraz normalne miejsca, ale w późnych godzinach.
        • madzioreck Re: Dzieci w miejscu nie dla dzieci...? 05.04.11, 23:55
          No więc właśnie - jak już pisałam, dziecko dla mnie może być wszędzie, tylko życzyłabym sobie, żeby rodzice/opiekunowie go pilnowali. A nie na zasadzie "nie kop pani, bo się spocisz".
          Ba - do mnie też znajomi przychodzą z dziećmi, malutkimi i większymi, i jestem w stanie zrozumieć, że takiego roczniaka ciężko zmusić do siedzenia na pupie. Ale to nie ja, tylko rodzice są od biegania za dzieckiem i pilnowania, żeby sobie nie zrobiło krzywdy czy nie zdemolowało mi chałupy wink Podobnie w restauracji i każdym innym miejscu. Nie maiłam nic przeciwko obecności dzieci w banku, w którym pracowałam - dawałam flamastry, kolorowe długopisy, kartki i jazda załatwiać sprawy. Szlag mnie trafiał, kiedy mamunia stojąca przy kasie słabo reagowała na dziecko skaczące mi po biurku i krzesłach, i to ja łapałam dziecko, żeby nie spadło i nie rozbiło głowy... o zwyczajnym przeszkadzaniu w pracy z innym klientem nie wspomnę.
          • gwiazdeczka-z-nieba Re: Dzieci w miejscu nie dla dzieci...? 06.04.11, 00:32
            ja tak ogólnie do tematu, a nie konkretnie do Ciebie smile

            Co więcej sama nieraz zagadam do dziecka (grzecznie nudzącego się w kolejce (nieraz matka naprawdę nie ma co zrobić i musi wziąć dziecko ze sobą)), ale jeśli bachor jest rozpuszczony i nie wychowany odpowiednio do wieku to inna sprawa.

            nie powiem złego słowa jeśli czyjeś dziecko niechcący coś nakruszy, rozleje, ubrudzi itp. normalna rzecz, sama wyciągnę szufladę kuchenną żeby dziecko się pobawiło (tą z drewnianymi przyborami, a nie z nożami rzecz jasna, czy dam gazetę do podarcia (pamiętam, jak moje dziecko lubiło tak się bawić).
            i jeszcze uspokoję mamę dziecka, spokojnie to się odkurzy, zresztą wiem jak jest z dziećmi, nawet nie odkurzałam przed waszym przyjściem.
            ale jeśli dziecko rozgniecie mi na ścianie tort czekoladowy, wytrze ręce w zasłony, po czym wywali mi całą półkę książek z biblioteczki, a matka nie zareaguje, to inna sprawa i tego tolerować nie będę.

            I jeszcze jedno: dziecko musi stopniowo bywać wszędzie, aby nauczyć się jak się trzeba zachować, chwila w kolejce też czegoś uczy (w przeciwieństwie do dłuuuuuuuuugiej kolejki).

            • autumna Re: Dzieci w miejscu nie dla dzieci...? 06.04.11, 11:23
              > I jeszcze jedno: dziecko musi stopniowo bywać wszędzie, aby nauczyć się jak się
              > trzeba zachować,

              Właśnie. Bo przecież nawet zabranie dziecka do kafejki przeznaczonej specjalnie dla matek z dziećmi nie oznacza, że dziecku tam należy pozwolić przewracać krzesła, ściągać obrusy czy rozmazywać jedzenie po całym stole.
              • gazeta_mi_placi Re: Dzieci w miejscu nie dla dzieci...? 06.04.11, 20:14
                Jak wszędzie to i w lokalach ze striptizem też wink
                Dziwię się sobie bo mnie rodzice jako małe dziecko nigdy nie zabierali do restauracji i jakoś mimo tego gdy byłam pierwszy raz jako starsze dziecko potrafiłam się zachować, wiele osób również umie odpowiednio się zachować i w restauracjach i w operze itp. mimo że jako dzieci nigdy nie byli w takich miejscach. Geniusze, co?
                A może współczesne dzieci są lekko niedorozwinięte w stosunku do poprzedniego pokolenia i jeśli nie zabierzesz 1-5 latka do restauracji idąc tam pierwszy raz jako 12-latek bądź osoba dorosła narobi bydła?
    • danuu Re: Dzieci w miejscu nie dla dzieci...? 05.04.11, 22:50
      frezyjko, doskonale Cie rozumiem. Ja ostatnio mialam dwie takie sytuacje, obie w kawiarniach.
      W jednej omawialam akurat pewne wazne kwestie,a przy stoliku obok siedzialy dwie pary, w tym jedna z dosc niesfornym (na moje oko) czterolatkiem. Dzieciak biegal, krzyczal "mamusiu, mamusiu, zobacz" i rozrzucal serwetki na sasiednich stolikach, matka 0 REAKCJI! Kelnerka - zlota dziewczyna - zabawiala go jak mogla, zeby nie niszczyl lokalu, byla bardzo cierpliwa. Dzieciak sie tak zachowywal, bo co to za atrakcja dla malucha siedziec w knajpie ze starymi, zero zabawek, zero czegokolwiek oprocz kawy wink a w TV tylko wyciszony TVN 24 uncertain

      Druga sytuacja sprzed kilku dni - siedze z kumplem w kawiarni, obok siada para z dzieckiem. Nie wiem ile mial, ledwo mowil, jeszcze duzo takich pojekiwan bobaska, chwial sie tez z lekka stojac. Maly lazil sobie po kawiarni i podszedl do lodowki z kanapkami, w ktorej jest duzo fajnych rzeczy do ogladania -kanapki, ciasta, napoje. Matka od razu go zgarnela z haslem: "nie wolno" i usadzila przy stoliku, zeby siedzial jak dorosly i pograzyla sie w rozmowie z partnerem. Po 2 minutach dziecko zaczelo sie drzec w nieboglosy (w sumie sie nie dziwie), wylalo kawe i wpadlo w taka histerie, ze nie moglam zebrac mysli w rozmowie.

      Trzecia sytuacja miala miejsce juz jakis czas temu, ale nie zapomne jej nigdy!! Kobieta przyszla do kawiarni z NOWORODKIEM. Usadowila sie na kanapie, na przeciwko kolezanka, nieopodal ja. W pewnym momencie, na tej kanapie, kobieta rozebrala dziecko i... zaczela je przewijac! Wokol rozniosl sie zapach.... same wiecie czego - numeru 2, jakby co. Ja pilam akurat swoja pyszna kawke i zagryzalam ciastem i normalnie myslalam ze padne! Tez sie nic nie odezwalam, bo wiadomo, w dobie ujemnego przyrostu naturalnego nie wolno zwracac uwagi kobietom, ktore dbaja o nasze spoleczenstwo, ale uwazam to za ostre przegiecie!

      Przeciez sa lokale przyjazne rodzicom z dziecmi, gdzie sa kaciki dla maluchow, specjalne menu itp.
        • catalina81 Re: Dzieci w miejscu nie dla dzieci...? 06.04.11, 07:32
          są sytuacje kiedy z dzieckiem nie ma co zrobić i trzeba je zabrać ze sobą. co nie zwalnia rodziców z obowiązku pilnowania dziecka. mi się zdarza zabrać 2,5-latkę do supermarketu, ale pilnuję, żeby nie biegała i była blisko. irytują mnie sytuacje, kiedy biegające dziecko - zupełnie bez kontroli rodziców - wpada prosto pod czyjś wózek z zakupami.

          wszystko jest dla ludzi, tylko trzeba rozsądnie podejść do tematu. rodzice są odpowiedzialni za dziecko.
    • hela6 Re: Dzieci w miejscu nie dla dzieci...? 06.04.11, 08:16
      Na wrednego bachora i matkę wychowująca "bezstresowo" można trafić wszędzie. W autobusie w ogonku na poczcie, w poczekalni u dentysty. To nie powód by eliminować dzieci ze społeczeństwa.
      Co ciekawe ojcowie częściej trzymają dzieciaki w ryzach.
      Mam do tego nawet swoją teorię. Przedłużeniem faceta jest jego auto a "przedłużeniem" kobiety - dziecko.
      Faceci potrafią być prostakami za kierownicą a matki za rodzicielskim sterem.
    • joanna_poz Re: Dzieci w miejscu nie dla dzieci...? 06.04.11, 09:58
      > czy rzeczywiście w k
      > ażde miejsce i o każdej porze nalezy dziecko zabierać ze sobą?

      o każdej porze to może niekoniecznie.
      zabieraliśmy i zabieramy nasze dziecko w wiele miejsc.
      nie mamy na podorędziu rodziny, której mozna by go podrzucić.

      bywał więc z nami w knajpach, był jako niemowlak w banku przy podpisaniu umowy kredytowej i u notariusza, jak sprzedawaliśmy mieszkanie, w sklepach przeróznych itp.

      ale on od urodzenia wiedział, jak się ma zachowaćsmile
    • otterly Re: Dzieci w miejscu nie dla dzieci...? 06.04.11, 11:34
      A ja z innej beczkiwink Są miejsca ABSOLUTNIE nie dla dzieci: drogi rowerowe! Dziecko na czterokołowym rowerku, które dopiero uczy się jeździć, nie powinno przebywać na drodze rowerowej. Tak samo, jak dziecko w plastikowym samochodziku, w którym odpycha się nogami, nie powinno jeździć po ulicy między samochodami. Wiem, że to off topic, ale wczoraj mało nie rozjechałam takiego malucha, którego mamusia sobie beztrosko gadał przez telefon, a on zygzakiem posuwał na plastikowym rowerku po ddr.

      A tak w ogóle, to świętym obowiązkiem rodziców jest pilnowanie dzieci. Czy to w supermarkecie, czy w restauracji, czy w parku. Naprawdę nie mam nic do bawiących się dzieci, ale te które biegają bez kontroli, hałasują i przeszkadzają mnie wkurzają. Prawdą jest, że panuje swoista tyrania rodzicielska i ktoś, komu święte dziecko przeszkadza, jest uznawany za egoistę bez serca. Nie należę do ludzi, którzy zwracają uwagę dzieciom grającym w piłkę pod blokiem, ba! nawet otwieram okna, bo lubię słyszeć głosy dzieci z pobliskiego przedszkola, kiedy bawią się na dworze, ale są pewne granice dobrego wychowania i przeszkadzanie innym, naruszanie ich przestrzeni osobistej lub niszczeni ich mienia mieści się właśnie w tych granicach. Powinno się mieścić. A jeśli dziecko te granice naruszy, rodzić powinien taką sprawę załatwić grzeczni i kulturalnie, a nie robić awanturę.
    • wega1975 Re: Dzieci w miejscu nie dla dzieci...? 06.04.11, 11:35
      Jestem matką 3 dzieci /3,6,9 lat/. Są to chłopcy. Zabieramy ich prawie zawsze i wszędzie ze sobą. Nie wyobrażamy sobie np. wczasów bez nich. Staram się wybierać miejsca przystosowane dla rodzin z dziećmi np: restauracje z kącikami zabaw dla dzieci, pokojami dla matki i dziecka itp. Niestety w Polsce nie zawsze jest taki wybór i nie ma wielu miejsc przystosowanych dla rodzin. Na pewno należy dzieci w miejscach publicznych pilnować i nie pozwalać na ekscesy opisywane wcześniej ale też nie można oczekiwać do 2,3 latka że będzie spokojnie pół godziny siedział przy stole w oczekiwaniu na podanie posiłku. Dlatego należy z wyrozumiałością spojrzeć na dzieci /co nie znaczy tolerować ich przesadne wybryki/ bo trudno zamknąć w domach wszystkie rodziny z dziećmi bo maluchy nie potrafią się zawsze i wszędzie odpowiednio zachować. Dzieci są różne, mogą być zmęczone lub poprostu wstać lewą nogą. My dorośli lepiej panujemy nad sobą małe dziecko nie zawsze opanowało jeszcze tą umiejętność. Trochę więcej tolerancji i proszę nie mówcie o dzieciach, których tak naprawdę nie znacie "bachor" bo to nie ładnie. Za zachowanie takiego dziecka odpowiada rodzic a nie ono samo. Pozdrawiam.
      • otterly Re: Dzieci w miejscu nie dla dzieci...? 06.04.11, 12:28
        wega1975 napisała:

        Trochę więcej tolerancji i proszę ni
        > e mówcie o dzieciach, których tak naprawdę nie znacie "bachor" bo to nie ładnie
        > . Za zachowanie takiego dziecka odpowiada rodzic a nie ono samo. Pozdrawiam.

        Bez przesady. Na babę, która się wciska do kolejki, albo rozpycha z zakupami na siedzeniu w autobusie mówię "baba", a nie "pani". Na dziecko, które które mnie złośliwie kopie siedząc na przeciwko mnie, mówię "bachor", bo się zachowuje jak bachor. I nie ważne, czy ich znam, czy nie.
      • gwiazdeczka-z-nieba Re: Dzieci w miejscu nie dla dzieci...? 06.04.11, 12:31
        użyłam słowa bachor. wink

        może to jeszcze nieco rozwinę. mam dziecko 4,5 latek. potrafię po moim dziecku poznać, kiedy marudzi, lub źle się zachowuje, bo jest śpiące, głodne, zmęczone, albo zaczyna być chore, a kiedy jest nieznośne tak na przekór (bunt czterolatka czy próbowanie na ile może sobie pozwolić). Podobnie potrafię poznać to samo po dziecku sąsiadki, czy dzieciach mojej przyjaciółki, czyli dzieciach które znam, z którymi zostaję czasami. I z dużym prawdopodobieństwem potrafię rozpoznać u obcego dziecka, czy jest tak zwyczajnie zmęczone, znudzone (nie oczekujmy, tak jak ktoś powiedział, że dziecko będzie spokojnie stało w długiej kolejce czy czekało w restauracji (przecież my sami się niecierpliwimy i klniemy w myślach), a kiedy brak mu wychowania odpowiedniego do wieku (co jest winą rodziców), kiedy rodzice na za dużo pozwalają, albo dziecko pokazuje swój bunt iluś tam latka.

        jeśli mam np kupić nowe buty dla dziecka, wybieram dzień, gdy nie będzie zmęczone, rozdrażnione, nie będzie miało złego dnia. tłumaczę po co idziemy, dlaczego trzeba przymierzyć kilka par. "przepytuję" go z zasad zachowania. co powiemy jak wchodzimy, co powiemy jak będziemy wychodzić, czego nie wolno robić w sklepie itp.
        • bestraga Re: Dzieci w miejscu nie dla dzieci...? 06.04.11, 14:16
          a ja ostatnio zobaczyłam gdzieś na zdjęciach dwa żartobliwe napisy w restauracjach amerykańskich ,dotyczące dzieci. tak mniej więcej " Rodzice proszeni są o opiekę nad swoimi dziećmi , dzieci nie zaopiekowane będą sprzedane do cyrku" !!! smile i drugie . "Dzieci biegające luzem będą poczęstowane kawą expresso i obdarowane szczeniakiem" smile Baaaardzo odstraszajace !
          • gwiazdeczka-z-nieba Re: Dzieci w miejscu nie dla dzieci...? 07.04.11, 00:45
            Super.
            O ile sprzedanie dziecka do cyrku by mnie nie przeraziło (sama nieraz bym je oddała nawet za darmo) *
            to szczeniak jest przerażający. Opieka nad nim, spacery, i ciekawe co na to nasz kot?

            *to oczywiście żart, proszę mnie nie posądzać o handel dziećmi ani o to, że jestem wyrodną matką.
    • frezyjka81 Re: Dzieci w miejscu nie dla dzieci...? 06.04.11, 14:20
      Widzę, ze każda z Was ma inny pogląd smile Mnie sytuacja ta sprowokowała - jako mam nadzieje przyszłoą matkę - do przemyśleń... Czy dam radę wychować dziecko na porządnego i kulturalnego człowieka. Po prostu dopadła mnie jakaś mania. Ogólnie takie zachowanie - rodziców, którzy nie zwracją uwagi na swoje dzieci. Ja niestety zostałam wychowana w sposób bardzo dziwny - na zasadzie "dzieci i ryby głosu nie mają", wiecznie siedziała ze mna niania, a rodzice zajmowali się karierą - dzieci miały być grzeczne i tyle. Stąd mam ogromnie emocjonalny stosunek do tych spraw i drażnią mnie opinie moich koleżanek, "że jakoś to będzie". Widzę z waszych wypowiedzi, że nie jest tak źle... wink
      • budzik11 Re: Dzieci w miejscu nie dla dzieci...? 06.04.11, 15:16
        Ale to nie jest tak, że albo dzieci wychowane w totalnym rygorze i wg zasady "dzieci i ryby głosu nie mają" ew. "morda w kubeł" albo totalna samowolka i anarchia. Dziecko można wychowywać w zdrowej, serdecznej atmosferze a jednak tak, żeby umiało się zachować. Jechałam wczoraj pociągiem z sąsiadką i jej dzieckiem. W pociągu siedzenia tapicerowane jakąś pluszową tkaniną. Dziecior siedział na siedzieniu z butami, stawał na nim, pluł i parskał (a to nie był niemowlak, tylko prawie 5-latek) a matka nic, rozmawiała sobie ze mną spokojnie, nie zwróciła mu uwagi. Obok dzieciaka siedziała moja córka, spokojnie, grzecznie, słuchała sobie bajek na mp3. Wie, że nie wolno stawiać nóg/butów tam, gdzie ktoś za chwilę może usiąść. A moja córka jest wychowywana "liberalnie", w przeciwieństwie do tego chłopca, który wiem, że jest dyscyplinowany min. klapsami. Dzieci więc mogą być grzeczne i kulturalne mimo braku rygoru w domu.
        • sajolina Re: Dzieci w miejscu nie dla dzieci...? 06.04.11, 16:48
          Frezyjko ja też rozumiem Twój bólsmile ja za to z "rozrzewnieniem" wspominam sytuację jak jechałam w pociągu z matką z ok. 1,5 rocznym dzieckiem, która go przewijała w przedziale (trudno, rozumiem, ze toalety pkp nie są najlepszym miejscem dla małych dzieci), ale szczyt nastąpił, gdy dzieciaczek zaczął chodzić po siedzeniach, przyszedł do mnie, najpierw zaczął deptać po krawędzi mojego siedzenia, potem po moim udzie, w końcu chwycił mnie za włosy dla utrzymania równowagi jak pociąg szarpał, jak go odkleiłam od moich włosów, to próbował się wspiąć po moim ramieniu i plecach na górę, do lustra. Przez ten cały czas matka siedząca na przeciwko mnie, nie wykonała ANI JEDNEGO RUCHU, tylko spokojnie patrzyła na ewolucje malucha. Zareagowała dopiero jak głośno kazałam dziecku się puścić i podałam je matce, to łaskawie go ode mnie wzięła. (dodam, ze nie należę do osób, które pieją na widok małych dzieci i nie zachęcałam chłopca, żeby do mnie przyszedł, usiadł na kolanach czy coś w tym stylu.)

          Na wrednego bachora i matkę wychowująca "bezstresowo" można trafić wszędzie. W autobusie w ogonku na poczcie, w poczekalni u dentysty. To nie powód by eliminować dzieci ze społeczeństwa.

          Na pocztę trzeba chodzić, do lekarza trzeba chodzić, do restauracji nie trzeba chodzić.............. i z marketu czy z poczty wychodzi się załatwiwszy swoje, to jednak jak się idzie do knajpy, to po to, żeby posiedzieć, pogadać, a nie żeby obserwować dziecięcy cyrk. Nie chodzi przecież o to, żeby rodzicom zabraniać wchodzenia z dziećmi do restauracji, ale o to, żeby im uświadomić, że inni ludzie mają też prawo tam przebywać i dostać to po, co przyszli i za co płacą - pobyt w fajnym miejscu, niezakłócany wrzaskami, bieganiną, przewracaniem krzeseł itp. itd.

          A często się zdarza, ze rodzice mając pełną świadomość tego, ze dziecko się wydziera, rzuca jedzeniem i wiesza na zasłonach (przypadek z imprezy rodzinnej), świadomie nie reagują, licząc na to, ze nikt nie zauważy albo, że nie będzie miał śmiałości zwrócić im uwagi, bo przecież "to tylko" dziecko.
          • laminja Re: Dzieci w miejscu nie dla dzieci...? 07.04.11, 10:12
            widzę, że nie umiesz sobie wyobrazić tego, że bywają grzeczne siedmiolatki. Ba nawet 3,4,5 i 6 latki też potrafią się zachować, również w restauracji. Wszystko zależy od dziecka i jego rodziców. Widziałam natomiast kiepsko zachowujące się dwunastolatki. Oczywiście do pewnego wieku dzieci, które umieją się dobrze zachować np w restauracji to mniejszość i z czasem proporcje się zmieniają, ale nie można generalizować.
            • gazeta_mi_placi Re: Dzieci w miejscu nie dla dzieci...? 08.04.11, 13:20
              Zgadzam się, że bywają grzeczne 7-latki czy zdarzają się czasem grzeczne i młodsze dzieci.
              Polemizuję tylko w tym miejscu, że nieprawdą jest że jeśli dziecko nie będzie chodziło w wieku 1-10 lat po restauracjach to gdy pójdzie do takiego miejsca w wieku (przykładowo) 12 , 18 czy 20 lat nie będzie umiało sobie poradzić i odpowiednio zachować.
              Większość normalnych osób nie potrzebuje treningu od drugiego roku życia aby umieć się zachować odpowiednio w restauracji.
              Śmieszy mnie tylko przekonanie niektórych, że "dziecko musi się uczyć od małego bywania w restauracjach", musi bo co?
              Jak pójdzie pierwszy raz (przykładowo) do restauracji w wieku 18-lat to nie będzie wiedziało do czego służy nóż i widelec?
              • laminja Re: Dzieci w miejscu nie dla dzieci...? 09.04.11, 13:10
                z tym się zgadzam, nie zabieramy dzieci do restauracji żeby je nauczyć czegokolwiek tylko żeby zjadły z nami posiłek. Równocześnie staramy się ich wychowywać tak żeby umieli się dobrze zachowywać niezależnie od tego do jakiej restauracji trafimy. Zwłaszcza poza Warszawą. Zemną nie musisz polemizować na temat edukacyjnych aspektów zabierania dzieci do lokali gastronomicznych, bo mają dla mnie nikłe znaczenie. Moje dzieci umieją się zachować w restauracji, ponieważ przy stole w domu również wiedzą jak się zachować, a w miejscach publicznych dochodzi do tego jeszcze kilka innych reguł, które poznawały od najmłodszych lat.

                Zastanawiałam bym się (teraz mi się nasunęła taka myśl) jak jest z ogólnym obyciem 18 lata, który w restauracji wcześniej nie był. Restauracja to nie tylko jedzenie nożem i widelcem :p Myślę więc, że takiego obycie dziecko powinno nabyć, bo to mu ułatwi życie, ale o tym kiedy i gdzie powinno zacząć taką edukację powinno decydować jego zachowanie i postawa rodziców. Dla mnie naczelna jest zasada: "nie przeszkadzać innym".
    • krapheika Re: Dzieci w miejscu nie dla dzieci...? 06.04.11, 20:23
      Godzina 19 to nie jest specjalnie pozna pora, i mozna raz na jakis czas zrobic odstepstwo od reguly. Osobiscie biore dziecko ze soba do resteuracji od wielkiego dzwonu, bo zwyczajnie przeszkadza mi samej.Jesli juz biore to zapewniam mu rozrywke, by nie przeszkadzal innym. Dziecko tez powinno sie nauczyc pewnych norm, ktore sa w okreslonych miejscach, wiec zupelnie izolowac sie od tego dzieci nie powinno. Rodzice z watku to typ, ktorego bardzo nie lubie "pozwalajacy dziecku na wszystko"
    • asia_k_19 Re: Dzieci w miejscu nie dla dzieci...? 07.04.11, 17:43
      a mnie wkurza kiedy swoim dzieciom organizujemy opiekę i idziemy gdzieś na późny obiad czy kolację, celowo wybieramy wtedy miejsca "nieprzyjazne" dzieciom coby na dzieci nie trafić skoro od własnych chcemy chwilę odpocząć
      i co się okazuje, mniej więcej w połowie przypadków trafiamy na rodzinkę z głośnymi dzieciakami......
    • marta23t Re: Dzieci w miejscu nie dla dzieci...? 08.04.11, 11:06
      moimi zdanie dziecko zabrać można niemalże wszędzie / pomijam miejsca ze striptizem, popijawy czy miejsca szczególnie niebezpieczne/. wszystko zależy od wychowania dziecka. moi rodzice do dziś opowiadają w jakim szoku byli jak zaprosili znajomych a ich synek w kilka chwil zrobił demolkę kopiąc piłką po ścianachuncertain ja byłam dzieckiem wychowanym; w gościach siedziałam w miejscu jak trusia, nie dopominałam się o nic, jadłam to co mi na talerzyk dali..jak mnie ktoś poczęstował cukierkiem pytałam się rodziców czy mogę i dziękowałam. nigdy nie byłam wychowywana metodą bicia czy krzyków. więc da się? da sięsmile
      zabieranie dzieci w różne miejsca symuluje bodźce i uczy życia w społeczeństwie. zaprosiłam ostatnio koleżankę , która ma 9 mies. córą żeby mnie odwiedziła. powiedziała, że nie może bo mała nie lubi obcych miejsc - dla mnie to chore...
      widząc w kościele maleńkie dzieci kiedyś myślałam co to za pomysł, żeby zabierać--ale widzę, że rodzice sobie radzą--jak płacze wyjdą na zewnątrz, czasem wchodzą w te i we wtesmile dobre to jest bo nikt z powodu dziecka nie powinien się stawać niewolnikiem we własnym domu. prędzej czy później nastanie dzień kiedy będziemy musieli wyjść z dzieckiem / bo niani coś wypadnie, bo babcia nie będzie mogła itp./ i lepiej żeby dziecko było do tego przystosowanesmile
      wspomnę jeszcze ,że jako kilkulatka chodziłam z rodzicami nawet na sylwestra do znajomychsmile trochę potańczyłam a potem kładli mnie na fotelu albo w drugim pokoju na łóżku i spałamsmile)
      co do nieznośnych dzieciaków też ostatnio się natknęłam. chłopiec taki typowy Denis Rozrabiaka w markecie trzaskał o moje produkty przy kasie ta belką co dzieli kasę na 2 części. Podszedł jego ojciec - myślałam, że mu zwróci uwagę a on go pogłaskał po głowie i wrócił do kasy obokuncertain myślałam , że mnie szlag trafiuncertain ale co zrobić; są ludzie i ludziska..na to nie mamy wpływu...
      • gazeta_mi_placi Re: Dzieci w miejscu nie dla dzieci...? 08.04.11, 13:24
        Mój znajomy zabierał swojego synka do lokalu ze striptizem, akurat tam nie wolno było palić bo lokal "bezdymkowy", jakie niebezpieczeństwo dla dziecka?
        Przestał zabierać dopiero w wieku gdy dziecko zaczęło "paplać" a on niekoniecznie chciał aby żona wiedziała.
        Co takiego niebezpiecznego dla dziecka w lokalu ze striptizem? Nawet bardziej bezpieczne miejsce niż restauracja bo nie ma gorących dań/napoi.
        A cycki Pani striptizerki tak samo wyglądają jak cycki mamy dziecka.
      • imasumak Re: Dzieci w miejscu nie dla dzieci...? 09.04.11, 17:58
        marta23t napisała:

        w gościach siedziałam w miejscu jak trusia, nie dopominałam się o nic


        Sorry, ale to nie był objaw dobrego wychowania, a zahukania. Dobrze wychowane dziecko, nie przerywa komuś w rozmowy, ale jak najbardziej ma prawo się odezwać, nawet jak nie zostanie mu zadane pytanie.



        jadłam to co mi na talerzyk dali..


        Nawet jak Ci nie smakowało?


        jak mnie ktoś poczęstował cukierkiem pytałam się rodziców czy mogę i dziękowałam


        A ja dziękowałam, ale rodziców pytać nie musiałam. Czy byłam źle wychowana?

        zaprosiłam ostatnio koleżankę , która ma 9 mies. córą żeby mnie odwiedziła. powiedziała, że nie może bo mała nie lubi obcych miejsc - dla mnie to chore....

        Oznacza to, że brak Ci wyobraźni i wiedzy. Dziecko w wieku 8-9 miesięcy przeżywa okres lęku przed nowymi sytuacjami/ludźmi. Bardzo często, właśnie wtedy, z dotąd otwartego i radosnego malucha staje się nieufny. Jest to naturalne zjawisko, samo ustępuje z czasem ustępuje i skoro nie ma takiej konieczności, należy dziecku oszczędzać stresujących sytuacji.
      • nextkasiulka1980 Re: Dzieci w miejscu nie dla dzieci...? 17.05.11, 20:08
        zabieranie dzieci w różne miejsca symuluje bodźce i uczy życia w społeczeństwie. zaprosiłam ostatnio koleżankę , która ma 9 mies. córą żeby mnie odwiedziła. powiedziała, że nie może bo mała nie lubi obcych miejsc - dla mnie to chore...

        Jak się doczekasz własnego dziecka, to wtedy zobaczysz jak to jest.

        Pozdrowienia od Hani smile

    • ukayalii Re: Dzieci w miejscu nie dla dzieci...? 09.04.11, 15:35
      Zabieranie dzieci do restauracji jest dość proste.
      4-latek może w kawiarnianym ogródku zjeść kanapkę lub niezbyt kremowe ciastko
      6-latek może zjeść obiad w restauracji średniej kategorii (nie mówię o Donaldzie czy KFC), gdzie nie czeka się na kolejne danie pół godziny
      8-latka można zabrać na 3-daniowy obiad do dobrej restauracji (czekając na potrawy można porównywać widelce, lub układać serwetkę jak kelner)
      11 lat – kolacja w restauracji średniej kategorii
      13 lat – kolacja w dobrej restauracji
      15 lat – przyjęcia na stojąco
      Idąc do liceum dziecko powinno znać różne lokale i umieć się tam zachować. Dla jego własnego bezpieczeństwa. Żeby coś go nie ogłupiło, nie zawstydziło, nie przeraziło. Żeby czuło się bezpiecznie, swobodnie i pewnie.
      Warunkiem oczywistym jest przyzwyczajanie dziecka od małego do prawidłowego zachowywania się przy stole, nie przerywania rozmowy, nie odchodzenia kiedy chce itp. Jeśli dziecko zachowuje się poprawnie przy codziennych posiłkach w domu, na domowych przyjęciach i na przyjęciach u naszych znajomych to i w lokalu nie sprawi kłopotu.
      Faktem jest, że sporo rodziców w restauracjach chce odpocząć od swoich latorośli, więc pozwala im na wszystko, byle mieć spokój. Tym bardziej, że obsługa na nich nie nawrzeszczy (najwyżej grzecznie poprosi), a niezadowolonym gościom oni mogą nawrzucać.
      Wg mnie w restauracjach nie powinno być ograniczeń wiekowych dla dzieci (bez niemowlaków oczywiście), ale jeśli dziecko skandalicznie zakłóca spokój sali rodzina powinna zostać natychmiast wyproszona z lokalu.
      Dziecko od małego powinno bywać wszędzie, ale… Stoję na poczcie 30 min. Znudzony 4-latek pyta mamę czy może wziąć tę karteczkę i porysować przy stoliku. Znudzony 7-8 latek jęczy że się nudzi, że go nogi bolą, że chce na rower, że nie będzie stał w głupiej kolejce z głupimi ludźmi, głośno i nieprzyjemnie obgaduje osoby w kolejce. Jakie były rekcje mam chyba łatwo się domyślić. Czyli nie wiek dziecka jest ważny, ale wychowanie.
      Dobrze wychowane dzieci akceptuję absolutnie wszędzie, niewychowanych bachorów i ich rodziców nie toleruję nigdzie.