madohora
07.05.10, 19:59
Nikiszowiec przez kłótnie stracił 100 tysięcy złotych
Anna Malinowska
2010-05-07, ostatnia aktualizacja 2010-05-07 13:19
Aż 100 tys. zł mógł dostać Nikiszowiec na organizację wielkiego święta w
dzielnicy. Miał tu przyjechać teatr Korez ze swoim Cholonkiem, miała być
inscenizacja śląskiego wesela, mnóstwo gier, zabaw i koncertów. Niestety, nic
z tego, bo stowarzyszenie Razem dla Nikiszowca pokłóciło się i nie stanęło do
konkursu o pieniądze
Urząd marszałkowski 12 czerwca postanowił zorganizować Industriadę, czyli
Święto Szlaku Zabytków Techniki. W 20 obiektach odbędą się m.in. koncerty,
przedstawienia, happeningi i projekcje filmów. Wydarzenia zostaną poprzedzone
kampanią reklamową za 2 mln zł. - Imprezy zaplanowano nie tylko w zabytkach,
które już znajdują się na szlaku, lecz także w tych, które do niego aspirują.
Chcemy pokazać, że można je wykorzystać na różne sposoby, że z powodzeniem
mogą też funkcjonować w innej roli - mówi Adam Hajduga, zastępca dyrektora
wydziału promocji urzędu.
Urząd marszałkowski przeznaczył też 180 tys. zł na dofinansowanie Industriady.
Każda organizacja zajmująca się obiektem biorącym udział w święcie mogła
zgłosić się do konkursu. Sześć z nich, m.in. Elektrociepłownia Szombierki i
Stowarzyszenie Kopalni Sztuki w Zabrzu, otrzymało pieniądze na przygotowanie
własnych atrakcji. Niestety, nie ma wśród nich Nikiszowca. Powód? - Nikt nie
złożył wniosku o dofinansowanie! Trudno mi powiedzieć dlaczego, tym bardziej
że członkowie stowarzyszenia Razem dla Nikiszowca bardzo się tym interesowali.
Wiem, że był gotowy scenariusz całego wydarzenia. Niestety, nic z tego nie
wyszło - rozkłada ręce Hajduga.
Wiadomo, że Nikiszowiec mógł dostać aż 50 tys. zł. Drugie tyle obiecał dołożyć
urząd miejski. - Ubolewamy, że ta dotacja przepadła. Pieniądze przekażemy na
wsparcie innej imprezy w dzielnicy - odpustu św. Anny. Wszystko było dopinane
na ostatni guzik, ale ostatecznie wniosek nie został złożony. Podobno w
stowarzyszeniu pojawił się jakiś problem - dodaje Marcin Stańczyk z biura
promocji Katowic.
Industriada w Nikiszowcu miała się zacząć już 11 czerwca, kiedy to teatr Korez
miał wystawić swojego Cholonka. Na drugi dzień planowano gry, zabawy,
warsztaty i koncerty Marcina Wyrostka oraz śląskich bluesmanów. Po ulicach
mieli przechadzać się statyści w śląskich strojach, zaplanowano inscenizację
śląskiego wesela, a gołębiarze zamierzali wypuścić 500 ptaków. Na święto
chcieli przyjechać sprzedawcy wędlin, serów i małych browarów. - Ten termin
zarezerwowaliśmy rok temu, by mogli wystąpić wszyscy aktorzy. Występ w
Nikiszowcu to była dla nas supersprawa. Nagle dostałem telefon, że wszystko
jest nieaktualne - dziwi się Mirosław Neinert, szef teatru.
Nieoficjalnie mówi się o tym, że członkowie stowarzyszenia Razem dla
Nikiszowca po prostu się pokłócili. Kiedy jedni chcieli zrobić imprezę z
rozmachem, inni pytali: "A co będziemy z tego mieli?". Elżbieta Zacher, prezes
stowarzyszenia, uważa, że to nie jest sprzyjający czas na organizację takiej
imprezy. - Rynek jest remontowany, więc gdzie to wszystko zrobić? Uliczki są
ciasne, nie moglibyśmy zapewnić ludziom bezpieczeństwa. Poza tym to bardzo
duży projekt, a jego rozliczenie wiąże się z dużą odpowiedzialnością. Teraz
rozliczamy mniejszą inwestycję, jaką były ścieżki rowerowe, i mamy naprawdę
dużo pracy - mówi Zacher.
Zupełnie innego zdania jest Ewa Gryt, która należy do stowarzyszenia. - Święto
miało się odbyć na skrzyżowaniu ulic św. Anny i Czechowa. Miejsca jest sporo i
pomyśleliśmy, że nie trzeba organizować go na Rynku. Był pomysł, żeby część
imprez zrobić w podwórkach. To miało wyglądać trochę inaczej niż dotychczasowe
jarmarki i odpusty. Święto będzie mocno reklamowane w mediach, więc szkoda, że
nie udało się zdobyć pieniędzy. Następna taka okazja będzie dopiero za rok -
martwi się Gryt.
Waldemar Jan z Centrum Aktywności Lokalnej mówi, że w stowarzyszeniu ścierają
się dwie frakcje. - Jedni nie boją się wyzwań, chcą, by Nikiszowiec był
atrakcyjny dla turystów, a drudzy traktują go głównie jak miejsca swojego
zamieszkania. Bardzo trudno pogodzić oba stanowiska. W ciągu dwóch lat w
dzielnicy udało się dużo zrobić, a zazwyczaj po okresie euforii energia spada.
Udał się jarmark albo odpust, ale to nie znaczy, że organizacja dużej imprezy
nie przerośnie mieszkańców - mówi Jan.