madohora
21.06.11, 18:53
Nikiszowiec powinien pokochać festiwal
Rozmawiała Anna Malinowska 11-06-17, ostatnia aktualizacja 2011-06-17 13:36
- Festiwal w Verneuil Sur-Avre zrobiłem z miłości do żony i do rodzinnego miasteczka. Nikiszowiec też potrzebuje tego gorącego uczucia, chociaż zmiany, jakie już widać, świadczą o dużej sympatii. A od tego miłość się przecież zaczyna - mówi Jacques Dubois, kurator Międzynarodowego Festiwalu Sztuki Naiwnej "Art Naif Festival", który w piątek rozpoczyna się w Katowicach.
Dubois do Nikiszowca przyjechał po raz czwarty. Na co dzień zajmuje się marketingiem we francuskim stowarzyszeniu F.I.V.A.N, które promuje sztukę naiwną. W 2005 roku wraz z żoną Marthą, malarką, zorganizował pierwszy światowy festiwal sztuki naiwnej w Verneuil Sur-Avre, niewielkim miasteczku w Górnej Normandii. Na rozmowę spotykamy się na nikiszowieckim rynku, gdzie wreszcie możemy usiąść przy kawie.
Anna Malinowska: Widzisz, idzie ku lepszemu. Możemy rozmawiać przy kawiarnianym stoliku. To co prawda część sklepu, ale od czegoś trzeba zacząć. W dodatku właściciel dodaje do kawy ciasteczka, dopytuje się, jak nam się dzielnica podoba. Cztery lata temu chyba nie byłeś w Nikiszowcu w podobnej sytuacji?
Jacques Dubois: To, jak zachowuje się właściciel, pokazuje, że mu zależy, że chętnie pogada, podpowie, co w dzielnicy najlepsze. To pokazuje, że ta faktyczna rewitalizacja dzielnicy już się rozpoczęła. Na razie poddają się jej jednostki, tylko niektórzy mieszkańcy. Bo musisz wiedzieć, że nie wszyscy tak reagują. Na jednym z podwórek rozmawiałem z młodą, na oko 20-letnią dziewczyną. Pytam, czy przyjdzie do Szybu Wilson na festiwal. Mówi, że nawet o nim nie słyszała. A tu, kurczę, plakaty wszędzie wiszą, impreza promowana jest w mediach. Podobnie zareagowała grupa kobiet. Zapytały: festiwal, a co to jest? Musiałem im tłumaczyć, że to nie tylko wystawa, że niekoniecznie muszą interesować się sztuką, ale że będą koncerty, pokazy filmów. To jest cykl imprez, którym może żyć cała społeczność. Chociażby z jednego prostego powodu: wszystko mają na miejscu, nie muszą dojeżdżać. Właściciel, który podał nam kawę, już to wie. On już widzi swoją przyszłość związaną z takimi wydarzeniami jak festiwal. Spora część jeszcze nie.
Czy mieszkańcy twojego rodzinnego Verneuil Sur-Avre też na początku reagowali podobnie?
- Do 2005 roku to była senna mieścina. Choć o niewątpliwych walorach historycznych, bo liczy sobie 900 lat. Tylko mieszkańcy się tym w ogóle nie przejmowali. W miasteczku mamy starą gotycką wieżę wysoką na 56 m. Do czasu, aż zacząłem organizować festiwal, turyści nie mieli szans się na nią wspiąć. Ktoś z mieszkańców miał do niej klucze i otwierał może raz na miesiąc. Kiedy zorganizowaliśmy pierwszy międzynarodowy festiwal sztuki naiwnej i do miasteczka przyjechał tłum zainteresowanych, mieszkaniec od kluczy przejrzał na oczy. Zorientował się, że tak wspaniały obiekt musi być otwarty codziennie! Bo jak przyjadą goście, to będą chcieli go zwiedzić. Jak już zwiedzą, to pójdą na obiad do miejscowej knajpy. Jak popróbują dobrego wina, to może zostaną na noc i pójdą do miejscowego hotelu. I tak dalej. Kupią pamiątki, popróbują miejscowych specjałów. Ludzie w Verneuil Sur-Avre dopiero przy okazji festiwalu zrozumieli, że muszą ze sobą współpracować. Festiwal otworzył im oczy na turystykę. Ale ja ich do tego nie przekonywałem, oni sami musieli to zrozumieć. I trzeba przyznać, że zareagowali błyskawicznie. Wszystko ruszyło z kopyta już na następną edycję, rok później.
Jak to się stało?
- Argumentem były pieniądze. W ciągu pięciu tygodni, bo tyle trwała impreza, miejscowy hotel i restauracja zarobiły 150 tys. euro. Po prostu nagle do naszej sennej mieściny zwalił się tłum obcokrajowców żądnych nie tylko sztuki, ale jadła i picia. Ludzie więc pomyśleli: skoro tamci zarobili, to dlaczego nie my? Momentalnie pojawiły się kramy, sklepiki prześcigały się w swoich towarach, a miejscowi wystawiali na sprzedaż, co tylko się dało. I tak jest do tej pory. Miasteczko żyje festiwalem, bo wie, że na tym zarobi. Ludziom zależy, żeby imprezy były na jak najwyższym poziomie, bo tylko takie ściągną turystów.
Czy tak stanie się też kiedyś w Nikiszowcu?
- Kiedy kilka lat temu Johann Bros, właściciel galerii Szyb Wilson, zaproponował, żebym zrobił kopię mojego festiwalu w Polsce, trochę się wahałem. Zadecydował mój sentyment do tego kraju. Moja żona Martha jest z Nowego Sącza. Mieszkaliśmy tam kilka lat, poznałem więc polski rynek sztuki. Ponieważ Martha jest artystką, maluje obrazy w klimacie naiwnym, miałem już niezłe rozeznanie, jeśli chodzi o taką działalność w Polsce. Pomyślałem: czemu nie? Przyjechałem do Nikiszowca i już za pierwszym razem wiedziałem, że to był strzał w dziesiątkę. Musisz jednak wiedzieć, że mojego francuskiego miasteczka do tej dzielnicy nie można porównać tak wprost. Tam już drzemał w ludziach potencjał, trzeba go było po prostu rozbudzić. W Nikiszowcu potencjał trzeba zbudować. Verneuil Sur-Avre to stara miejscowość, która nie umiała wykorzystać swych walorów turystycznych. Nikiszowiec to dzielnica porobotnicza, która dopiero staje się obiektem turystycznym. To jednak dłuższy proces.
Czy uważasz, że Nikiszowiec podąża w odpowiednim kierunku?
- Przyjechałem w tym roku i widzę, że wyremontowano chodniki, z rynku wyrzucono samochody, w dzielnicy działa muzeum, w witrynach sklepów urządzono galerię fotografii. Dobry kierunek widać gołym okiem. Brakuje mi jednak przekonania wszystkich mieszkańców do tego, że mieszkają w wyjątkowej dzielnicy. Brakuje mi ich otwartości na sztukę. Nie wymagam, żeby wszyscy ją rozumieli, ale żeby potrafili się nią bawić, korzystać z niej. Jak co roku w dzielnicy będziemy robić plenery malarskie. Przechodnie specjalnie nie interesują się takim wydarzeniem. A powinni zatrzymywać się, rozmawiać, nawiązywać kontakty. Poznawać artystów, iść z nimi na piwo, pokazać dzielnicę. Do tego nie trzeba być koneserem. Wystarczy pokazać: zobaczcie, tu mieszkają fajni ludzie, warto do nas przyjechać. Na razie ich stosunek do festiwalu nazwałbym sympatycznym. Chciałbym, by go pokochali, bo miłość potrafi zdziałać cuda. Dzięki niej zrobiłem festiwal w moim miasteczku. Dla Marthy, bo chciałem, żeby ludzie podziwiali jej obrazy, i dla mojej małej społeczności, w której się urodziłem i w której wciąż żyję.
Źródło: Gazeta Wyborcza Katowice
Więcej... katowice.gazeta.pl/katowice/1,35019,9803209,Nikiszowiec_powinien_pokochac_festiwal.html#ixzz1PvjyWcDC