madohora Re: Kościółki drewniane ziemii Gliwickiej 04.06.18, 21:09 CMENTARZ W OSTROPIE - www.gliwiczanie.pl Odpowiedz Link
madohora Re: Kościółki drewniane ziemii Gliwickiej 04.06.18, 21:48 Wypadek z 1958 roku Było kilkanaście minut po siedemnastej, pątnicy śpiewali „Święta Anno, żegnam Cię”. W pewnym momencie pani Wanda Jasny spostrzegła, że Walter Magiera dziwnie rozkłada ręce i skacze. Zdążyła tylko pomyśleć „Co on robi”? i... nastąpiło silne uderzenie. W sumie zginęło 17 osób. O godz. 17.21 dwudziestego siódmego lipca 1958 roku, na niestrzeżonym przejeździe kolejowym w Łąkach Kozielskich, na granicy z Raszową, pociąg staranował ciężarówkę. Kabina kierowcy, który nie zatrzymał się przed znakiem stop, nic nie ucierpiała, jednak skrzynię parowóz zmiótł z podwozia, samochód odwrócił się jak piórko w kierunku skąd przybył, pasażerów rozrzuciło na dużej przestrzeni. Tak wspominają wypadek po latach uczestnicy zdarzenia i świadkowie. Nikt nie przeczuwał, co się stanie. Na pielgrzymkę do św. Anny z parafii w Gliwicach Ostropie w tamtym pamiętnym roku zapisało się tylu chętnych, że nie wystarczył jeden autobus, by ich zabrać. Z trudem załatwiono drugi przewóz – ciężarówkę z gliwickiego przedsiębiorstwa warzywno-owocowego. Pani Róża Gilner, która pojechała ze swoim mężem motorem, przypomina sobie osoby, z którymi rozmawiała przed wypadkiem na Górze Świętej Anny. – Pani Glagla chodziła w ostropskim stroju, w torbie miała różne pierniki, mówiła do mnie: „No, ja musiałam coś kupić, bo dzieci będą czekać”, ale dzieci się nie doczekały mamy – wspomina. Potem spotkała koleżankę ze szkoły, Różę Szombieską. Widzę tę Różę uśmiechniętą, z ciupagą dla czteroletniego synka, bo on sobie to życzył – wzruszenie nie pozwala mówić dalej. Ta ciupaga potem znalazła się na zdjęciach prasowych z wypadku, rzucona na tory. Powrót do domu. Po zakończonych uroczystościach w sanktuarium pierwszy w drogę powrotną wyruszył autokar, za nim ciężarówka, którą jechało przeszło 30 osób. W Ostropie już przygotowywano się na powitanie pielgrzymów, formowała się procesja z krzyżem i sztandarami. – Boże, ta dziołcha już by musiała być w domu martwiła się mama 19-letniej Hildegardy Święty, która nie pozwoliła córce na ten wyjazd, ale ona się uparła. Obraz biegnącej dziewczyny, w sukience w biało-czerwone paski i niebieskim sweterku, utrwalił się w pamięci jej siostry – Stefanii Miki. Dla wielu jadących starem rozpoczęła się jednak inna droga, droga do domu Ojca. Wanda Jasny, żyjąca do dziś, siedziała za szoferem, tyłem do kierunku jazdy. Widziała wszystkich przed sobą: kobiety rozmawiające w grupkach, mężczyzn na tylniej klapie – Waltera Magierę dwójkę przypadkowych podróżnych. Kiedy ktoś zauważył, że kierowca jedzie zbyt szybko, młodziutka Hilda zażartowała: Prosto zajadymy do góry, do nieba. Tragiczne wspomnienie do końca życia. Pani Jasny, która była cały czas przytomna, nigdy nie zapomni swojego „fruwania”. Ludzie lecieli jak ziarno, które sieje gospodarz, tak to widziałam – opowiada na ostropskim cmentarzu, obok 15 grobów ofiar katastrofy (do tej pory nie udało się ustalić, gdzie pochowano pozostałe dwie ofiary). W tylnej części pojazdu siedziała Łucja Przybyła, rozmawiała sobie cichutko z dobrymi znajomymi, tak jak ona młodymi mężatkami. – Żonę pana Magiery jeszcze dzisiaj widzę, była młodziutka, fajna i taka rozmowna, taką córeczkę miała jak mój syn – wspomina ostatnie chwile przed wypadkiem. Jej koleżanki zginęły, ona cudem ocalała. Ogromna siła wyrzuciła ją na lokomotywę i wtedy ze strachu kurczowo uczepiła się zderzaka. Tak przejechała jeszcze 300 metrów, sanitariusze nie mogli jej od niego oderwać. Moment tragedii utrwalił się nie tylko w pamięci bezpośrednich uczestników, ale i licznych świadków. W pobliże przejazdu kolejowego, który już wcześniej nie cieszył się dobrą sławą, dochodziły wtedy procesje z Raszowej, Kłodnicy, Koźla. Edeltrauda Bienia z raszowskiej grupy dostrzegła najpierw mijającą ich ciężarówkę, a potem naraz usłyszała trzask. Z przeciwnej strony z półrocznym synkiem na spotkanie żony szedł Alojzy Zagrol: – Stał się jeden kurz, choćby bomba uderzyła, to było coś strasznego. Księża, nie tylko nasz, bo byli jeszcze obcy, wzięli oleje święte z kościoła, w tył zwrot i gotowali na śmierć tych wszystkich poszkodowanych. Piątka ostropian, którym wydawało się, że nie są poszkodowani, zapewne w szoku, ruszyła wraz z pasażerami pociągu na dworzec w Raszowej. Rannych odwożono do okolicznych szpitali. Osłupiałego Waltera Magierę, który zeskoczył w ostatnim momencie, ale nie zdołał uratować żony, przewieziono do Koźla. Gdy po zbadaniu został zwolniony, zaopiekowało się nim pewne małżeństwo, które zawiozło go na dworzec, kupiło bilet do Gliwic i wsadziło do pociągu. Nie zna ich nazwiska, nigdy nie miał sposobności, by im za to podziękować. Żałoba w parafii. Tej nocy Ostropa nie spała, dzieci chodziły po szosie i płakały, każdy jechał szukać swoich bliskich. Ci, którzy przeżyli i rodziny tych, którzy odeszli do Pana, przyjęli w chwili katastrofy krzyże sieroctwa, wdowieństwa kalectwa, długotrwałej choroby, czasami opuszczenia przez bliskich. – Dla całej Ostropy nadeszły czarne dni – głos pani Wandy Jasny drży na wspomnienie widoku trumien w krypcie oraz żałobnych flag na kościelnej wieży. Kiedy rok później, podczas powrotu z sanktuarium, oglądała miejsce wypadku, zrozumiała, że cudem nie uderzyła wtedy w wysokie kamienie graniczne, ale wylądowała w przykopie, w wysokiej trawie. Na św. Annę wkrótce pojechała też pani Łucja Przybyła, chociaż bliscy myśleli, że już nigdy się tam nie wybierze. Później, mimo ogromnych problemów ze zdrowiem, urodziła szczęśliwie córeczkę. Miejsce wspólnego spoczynku na parafialnym cmentarzu rozpoczynają Genowefa i Wilhelm Wieczorkowie, pielgrzymujący z kilkuletnim synkiem. Matka z dzieckiem szczęśliwie wylądowała na ziemniaczanym polu, ale jej serce nie wytrzymało, kiedy zobaczyła nieżyjącego męża – opowiada Róża Gilner. Trochę poturbowanego chłopaka w szpitalu odwiedzała starsza siostra, a on tylko pytał: „Czemu mama nie przyjdzie mnie odwiedzić, przecież mnie tuliła i ze mną rozmawiała?”. Do tragicznych pątników dołączyła też, po pół roku męczarni w gipsowej skorupie, Hildegarda Olbrich. Pozostawiła dwie córeczki. Zobowiązanie: Dla obecnego proboszcza w Ostropie, ks. Józefa Kary, katastrofa ma wymiar białego męczeństwa. Nie dość, że wydarzyła się tragedia, to ówczesna prasa napiętnowała całą parafię. Nie tylko, że nie przejmowano się śmiercią i dramatem ludzi, ale próbowano ideologicznie wykorzystać tę sytuację. Upalne lipcowe popołudnie 2006 roku. Przejazd nieczynnej już linii kolejowej wygląda tak, jak opowiadają świadkowie. Liczne kamienie graniczne, głębokie rowy, obsiane pola, zapierający dech widok na św. Annę... Nic nie przypomina tragedii sprzed prawie 50 lat. Ale tam to wydarzenie zobowiązuje nas, byśmy kultywowali pielgrzymowanie na Górę św. Annny skoro tylu pątników przelało krew na tej drodze - ELŻBIETA BORKOWSKA, ANIELA JONDERKO, URSZULA DYLONG Gość Gliwicki - 13 sierpnia 2006 Odpowiedz Link
madohora Re: Kościółki drewniane ziemii Gliwickiej 04.06.18, 22:08 Tragedia pielgrzymów. W tym roku mija pół wieku od tragicznej pielgrzymki mieszkańców Gliwic - Ostropy na Górę Świętej Anny. W powracających pielgrzymów uderzył pędzący pociąg Jednym z przejawów pobożności Górnoślązaków jest niewątpliwie kult św. Anny i związany z tym ruch pielgrzymkowy. Od samego początku pielgrzymowali do tego miejsca wierni z Ostropy, początkowo razem z gliwicką parafią Wszystkich Świętych (do 1807 roku Ostropa była filią tej parafii), a od 1850 roku udają się tam jako samodzielna grupa. Od tego czasu niemal każdego roku zarówno młodsi, jak i starsi podążają na Górę Świętej Anny, aby zaczerpnąć u świętej Babci Anny duchowych sił. Wprost pod pociąg Jedna z takich pielgrzymek okazała się tragiczna w skutkach. Wczesnym rankiem 27 lipca 1958 roku na uroczystości odpustowe wyjechała z Ostropy spora grupa parafian. Ponieważ autobus okazał się za mały, dodatkowo w trasę wyjechała także ciężarówka. Po Sumie odpustowej i nieszporach rozmodleni ludzie wybrali się w drogę powrotną. Autobus w trasę wyjechał pierwszy. Nie którzy pielgrzymi przeczuwali nadchodzące nieszczęście i chcieli wracać koleją, gdyż samochód był przeładowany (w środku 35 osób). Jednak po namowie innych z niewielkim opóźnieniem, wybrano się w drogę powrotną. Jedna z pań powiedziała nawet:" A co by to było, gdybyśmy tak teraz umarli? Chyba byśmy zaraz poszli do nieba?”. W samochodzie śpiewano: „Św. Anno żegnam Cię”, a samochód raźnie mijał wracające z odpustu inne grupy pielgrzymów. W Raszowej, w wyniku nieuwagi kierowcy, ciężarówka wjechała na tory kolejowe prosto pod pociąg. Pielgrzymi w jednym momencie usłyszeli odgłos syreny i potężny huk parowozu, który uderzył prosto w bagażówkę. Cztery osoby zginęły na miejscu, pozostałe dziesięć tego samego dnia w pobliskich szpitalach. Ból i rozpacz mieszały się z niedowierzaniem i bezsilnością. W tamtym miejscu nasi bracia i siostry utracili swoich bliskich. Niektóre z osób można było poznać tylko po zegarku lub rzemyku od sandałów. Ci, którzy przeżyli tragedię, wspominają dzisiaj, że idący od strony św. Anny pielgrzymi z wielką gorliwością pospieszyli im na ratunek. Szczególnie w pamięci utkwili im kapłani, którzy udzielali poszkodowanym sakramentu namaszczenia chorych i sprawnie bandażowali rany. Wiadomość o tragedii roznosiła się lotem błyskawicy. Komunistyczna prasa, opisując wydarzenia w Raszowej, krytykowała oczywiście proboszcza. Ratując sytuację, całą odpowiedzialność za organizację pielgrzymki wzięła na siebie Madlena Pszczółka (przełożona Kongregacji Mariańskiej). 31 lipca odbyły się w Ostropie uroczystości pogrzebowe, które – oprócz bólu i żałoby – przerodziły się w ogromną manifestację wiary i współczucia. Ojciec franciszkanin głoszący kazanie w czasie pogrzebu z wielkim wzruszeniem, przerwał je w jednym momencie, nie mogąc powstrzymać łez. Powrót do zwykłej codzienności dla wielu rodzin i osieroconych dzieci był bardzo trudny. 10 lutego 1959 roku pogrzebano na wyznaczonym miejscu ostatnią, piętnastą ofiarę wypadku. Sąd skazał kierowcę na 14 lat więzienia, a jego pracodawców na kilkuletnie więzienie. Dzisiaj – po pięćdziesięciu latach od tragedii – można zauważyć na twarzach świadków tego wydarzenia nie tyle smutek, co wdzięczność z podarowanego im przez Boga życia. Bo chociaż było ciężko, to dzięki silnej wierze nie poddali się zwątpieniu. „Trzeba było żyć! Trzeba było żyć dla córki!” – opowiada Walter Magiera, który w wypadku stracił żonę. Kiedy Gertrudę Lemieszek, która straciła w wypadku nogę, ludzie pytali, czy teraz jeszcze kiedyś pojedzie „na Annaberg”, ona odpowiadała ze spokojem, że przecież musi tam pojechać i podziękować za ocalone życie! Mija pół wieku od tragedii, lecz wciąż żywa pozostaje o tych ludziach pamięć. Przed Zesłaniem Ducha Świętego w parafii okolicznościowe nauki rekolekcyjne wygłosił gwardian z Góry św. Anny o. Błażej Kurowski, a staraniem ks. proboszcza Józefa Kary odnowiono mogiły poległych w wypadku i poświęcono im specjalne nabożeństwo. Pamięć wciąż żywa 26 lipca br. pragniemy u stóp św. Anny odnowić nasze przywiązanie do świętej Patronki, które okupione zostało krwią naszych przodków. Z pewnością inaczej zabrzmią wtedy słowa pieśni: „Niech się co chce ze mną dzieje; w Tobie, św. Anno, mam nadzieję”! Pragniemy udać się tam nie tylko jako parafia. Może ktoś z czytających pamięta o tym wydarzeniu, może był naocznym świadkiem tragedii, pomagał poszkodowanym lub też uczestniczył w pogrzebie? Obyśmy nigdy nie zapomnieli o ofierze życia tamtych ludzi oraz o modlitwie za nich. Niedawno słyszałem opowieść, jak pewna pani widziała wieczorem młodą kobietę klęczączą przy jednym z grobów poległych, modlącą się żarliwie. Według relacji, była to jedna z tych poległych osób, która w ten sposób chciała raz jeszcze poprosić o modlitwę tych, którzy, niestety, już o tej powinności zapomnieli. Gość Gliwicki - 2008 Odpowiedz Link
madohora Re: Kościółki drewniane ziemii Gliwickiej 04.06.18, 23:30 WYPADEK W OSTROPIE - Trybuna Robotnicza - 1958 -str. 1 (Śląska Biblioteka Cyfrowa) WYPADEK W OSTROPIE - Trybuna Robotnicza - 1958 -str. 2 (Śląska Biblioteka Cyfrowa) Odpowiedz Link