madohora
15.10.12, 20:56
ZBRODNIA DAMAZEGO MACOCHA
26 lipca 1910 roku w rowie przydrożnym niedaleko wsi Zawady koło Częstochowy znaleziono sofę zawierającą zwłoki nieznanego człowieka. Początkowo zidentyfikowano zmarłego jako niejakiego Wojciechowskiego; ustalenie tożsamości nie było rzeczą łatwą, albowiem denat miał twarz całkowicie zmasakrowaną i pozbawiony był wierzchniej odzieży. Ale rzekomy nieboszczyk wkrótce znalazł się żywy i zdrowy, zatem dochodzenie trwało dalej, choć prowadzone było zrazu niedbale i przewlekle. Można by odnieść wrażenie, że policji nie zależało na wykryciu sprawcy zbrodni i zanosiło się na umorzenie sprawy. Aliści znalazł się pewien dociekliwy policjant, mianowicie komisarz Denisow, który sprawę wziął w swe ręce, i ustalił ponad wszelką wątpliwość, iż zmarłym jest Wacław Macoch z Warszawy, zabójcą zaś jego stryjeczny brat, zakonnik-paulin Damazy Macoch. Morderca nie czekał na aresztowanie i zbiegł w niewiadomym kierunku.
Gorliwość w tropieniu przestępcy nie wyszła na dobre komisarzowi Denisowowi, bowiem nie dano mu doprowadzić sprawy do końca i aresztowano pod zarzutem popełnienia przestępstwa politycznego.
Zbrodnia nabrała wielkiego rozgłosu. Ze zrozumiałych względów - zważywszy status społeczny zabójcy - wieść o niej docierała do społeczeństwa polskiego przez wszystkie granice zaborów. Wśród różnych plotek i pogłosek funkcjonowała i ta, że Macoch był agentem ochrany, związany z Rybakiem, prowokatorem zabitym przez polskich rewolucjonistów w Krakowie na początku 1910 roku. I wersja o agenturalnej pracy Macocha wydaje się bardziej niż prawdopodobna. Zda się za nią przemawiać zarówno wspomniane wyłączenie Denisowa, jak i odebranie sprawy pierwszemu prokuratorowi. Powierzenie prowadzenia śledztwa dwom prokuratorom też wiele mówi: po prostu jeden drugiego pilnował. Znani ze współpracy z ochraną, sformułowali wobec Macocha i współoskarżonych wyłącznie zarzuty natury kryminalnej. I wreszcie ostatnia okoliczność: z zeznań niektórych świadków można wnioskować, że Damazy Macoch zabił brata bynajmniej nie z zazdrości o jego żonę. Gdyby tak było, to Damazy by małżeństwa Heleny ze swym kuzynem nie skojarzył. A uczynił to na dwa czy trzy miesiące przed dniem zbrodni, wyprawiając huczne wesele nie byle gdzie, bo w Hotelu Europejskim w Warszawie za 1400 rubli (suma ta stanowiła równowartość trzech lat pracy średniego urzędnika), potem młode małżeństwo wyposażył w luksusowe mieszkanie oraz finansował wcale nie biedne życie. Skąd więc ta zazdrość?
Dlatego też bardziej prawdopodobna jest inna motywacja, mianowicie ta, że Wacław Macoch wiedział coś o Damazym, co tego ostatniego dyskredytowało i zaczął brata szantażować. Ten uznał sytuację za beznadziejną i sięgnął po ostateczne rozwiązanie. Z pewnością - niektóre szczegóły procesu na to wskazują - zabił z całą premedytacją.
Oczywiście groźbą ujawnienia go jako agenta ochrany, nasłanego na klasztor ojców paulinów w ściśle określonym celu. Teoretycznie dostać się w szeregi zakonne nie było łatwo, jako że reguła wymagała wytrwania czterech lat w nowicjacie. Praktycznie w latach 1905-1910 rzecz przedstawiała się o wiele prościej.
"Przyjęcie kandydata do zakonu uwarunkowano koniecznością spełnienia szeregu warunków. Wymienić trzeba przede wszystkim te, które stawiano celowo, by osłabić wewnętrzną spoistość, poziom umysłowy i morale zakonników.
Kandydat musiał uzyskać aprobatę gubernatora i zezwolenie Ministerstwa Spraw Wewnętrznych po policyjnym sprawdzeniu jego lojalności. Musiał uprzednio odbyć służbę wojskową i ukończyć dwadzieścia cztery lata. Śluby uroczyste mógł złożyć dopiero po ukończeniu trzydziestego roku życia. Nie wymagano natomiast od kandydatów właściwego cenzusu naukowego. Klasztorom zaś zabroniono organizowania studiów, prowadzenia seminariów, a nawet szkół początkowych. Otworzono szeroko furty klasztorne dla ludzi niegodnych noSzenia habitu".
Również Damazy Macoch uzyskał status księdza zakonnego już po czterech miesiącach nowicjatu. Pretekstem, który to umożliwił, był fakt, że Macoch studiował w seminarium duchownym, co mu zaliczono do stażu. Na księdza diecezjalnego nie nadawał się z przyczyny niedostatku zdolności do nauki. Przypadek Macocha, jeśli idzie o skrócony okres nowicjatu, nie stanowił wyjątku do czasu, kiedy władzę przeora dzierżył ojciec Rejman. Ten szanowany skądinąd paulin był człowiekiem miękkim, zabiegał - jego zdaniem w interesie zakonu - o względy władz państwowych, więc protegowanym przez te władze kariera duchowna przychodziła łatwo. W tych warunkach wprowadzenie na teren klasztoru prowokatorów i agentów ochrany nie mogło przedstawiać żadnych trudności. A że ochrana liczyła na dokonanie przez Macocha prowokacji, świadczy nalot żandarmerii na klasztor zaraz po ucieczce zabójcy. W czasie rewizji zaglądano w każdy kąt klasztorny, szukano bomb, broni i ulotek nawet za głównym ołtarzem. Prowokacja nie wypaliła, pozostało prowadzić śledztwo w sprawie kryminalnej. Damazy Macoch został ujęty pod koniec września, może na początku października, w Krakowie, na dworcu, przez komisarza policji Jasieńskiego. Komisarz przesłuchiwał go nieprzerwanie siedem godzin.