madohora Re: KRAKÓW 11.09.18, 12:30 Determinista W poniedziałek na wieczorku Siadł przy pannie Weronice I ciekawy był od wtorku Gdzie mieszkają jej rodzice Szedł we środę rozmarzony Hypoteki badać myto A we czwartek wyfraczony Z półgodzinną był wizytą W piątek z tatą swojej pani Miał sam na sam w pustej sali Szedł w sobotę do plebanii Po metrykę i tam dalej... A w niedzielę ksiądz z ambony Zapowiedział: narzeczony! Odpowiedz Link
madohora Re: KRAKÓW 11.09.18, 12:31 Melancholik W poniedziałek miał zawiłość Z piękną panną A we wtorek uczcił miłość Łez fontanną... W środę jęczał, że aż strach Uh, i oh i ech i ach! A we czwartek padł na łoże Czarną zdradę bredząc sobie W piątek w czarnym był kolorze A w sobotę śnił o grobie Ledwie, ledwie przyjaciele Pocieszyli go w niedzielę Odpowiedz Link
madohora Re: KRAKÓW 11.09.18, 12:31 Flegmatyk W poniedziałek natknął się szczęśliwie Na miss Klarę, tam gdzie lip jest szpaler Cały wtorek myślał uporczywie Ona panna, a jam jest kawaler W środę obrót dał myślom swym nowy Ona żona, jam mąż jest gotowy Zaś w czwartek zrodziły się w głowie - Co to będzie, czy warto i kto wie W piątek jednak odzyskał ochotę Szukał piękna miss całą sobotę Lecz niestety! Spocił się ochwacił I w niedzielę nawet ślad jej stracił. Odpowiedz Link
madohora Re: KRAKÓW 11.09.18, 12:32 Chociaż nie ma nic w worku Durzy się Magda we Florku Wre cała A i Florek niby to Chce się żenić z kobietą Bez mała I kiej Magdzie li znak da Pędzi zara doń Magda Jak fryga Florek ściska wnet ci ją Między gębą a szyją I dryga Lecz chłop huncwot do dziewki Smolił jeno cholewki Przez chwilę Potem całkiem się zmienił Aż się z Kaśką ożenił I tyle.... Magda w wielkim kłopocie Siadła sobie na płocie Nad rzeką Jęła płakać se duchem Łzy ocierać fartuchem Co cieką Płaksa, płaksa i jęczy Aż nie wiele myślący Buch w rzekę Lecz dobyli ją chami I sprawili cepami Japtekę Magda tedy już nie wie Czy się wieszać na drzewie Hań w lesie? Bo ją znowu odkryją I cepami obiją Obwiesie! Więc jej przyszła myśl taka By dać zaraz drapaka Do miasta Nie myśląc więc długo Była w mieście wnet sługą I basta Że nie była leniwa Więc w trajtjerni pomywa Patelnie Gospodyni ją chwali A panienki ze sali Odzielnie Ale Magda nieboże Florka zabyć nie może Ból czuje Aż raz rzekła: Źle w świecie Więc się tedy raz przecie Otruję W traktierni co rano Świeży bigos dawano Wprost z kotła I stąd Magda w potrzebie Raz garnuszek dla siebie Wymiotła Poszła na dwór i żre ci Aż jej z gęby pot leci Drżą usy Aż we wnętrzu ją pali I tam dalej i dalej Na dusy Je ci łyżkę za łyżką I już była dna blisko Gdy zbladła Aż gar z ręki wypuści I już po niej - a juźci Upadła Gdy się Florek dowiedział Trzy dni w karczmie wciąż siedział Z przyczyny Że żal było jakości Tej co zmarła z miłości Dziewczyny Odpowiedz Link
madohora Re: KRAKÓW 11.09.18, 12:38 Czemuż się ty małpeczko tak za ogon trzymasz Boisz się go zrosić chociaż rosy nie masz Rosy nie ma to prawda rzecze małpka młoda Zarosić się to mniejsza - lecz dziś taka moda Na to powie na ucho starsza, zawstydzona Choć to moda, nieładnie podnosić ogona. Odpowiedz Link
madohora Re: KRAKÓW 11.09.18, 12:38 Dama Ma w źrenicy spryt chochlika Uśmiech zdobi ust korale Dzierży berło niepodzielnie Gdzie koncerty, rauty, bale Odpowiedz Link
madohora Re: KRAKÓW 11.09.18, 12:39 Szwaczka Figlarność rozkosznej kotki Wzrok jasny, wesoły, słodki W perkal się stoi od święta Kocha młodego studenta W lat parę z skromnego kwiatka Wyrośnie dama półświatka Mieć będzie jedwab i złoto A później...Ech! Mniejsza o to... Odpowiedz Link
madohora Re: KRAKÓW 11.09.18, 12:40 Pensjonarka Ma szorstkie włosy, krótko strzyżone Z grzywką sakramentalną Zjada masami węgla i kredy Jest bardzo idealną... Błędną źrenicą patrzy na księżyc Łzy może zbierać do szklanki Kocha się naraz w trzech profesorach Do spółki z koleżanką Odpowiedz Link
madohora Re: KRAKÓW 11.09.18, 12:40 Służąca Toczy wciąż walkę "ze swojom paniom" Narzeka smutnie na ciężkie caszy Kocha żołnierzy, uwielbia loczki I u bucików duże "abcaszy" Jest do wszystkiego - zwłaszcza w rodzinie Gdzie pan jest młody a pani stara Gdy się bufiasto ustroi w święta Ma podobieństwo do dromadera Odpowiedz Link
madohora Re: KRAKÓW 11.09.18, 12:41 Wyższa idea Winniśmy wyższe czcić idee Umocnić niemi głębie ducha Nie patrząc czy się kto z nas śmieje Czy świat z nas drwi, czy świat nas słucha Dziś wyższych celów wśród nas mało Apatia mózgiem mas owłada Duch zginął gdzieś zostało ciało Wątlejsze niźli mara blada Ogólnem życiem - nie odrębnym Myśmy raz zacząć żyć powinni Inaczej będziem pustym bębnem Na którym bębnić będą inni Choć nagadałeś mi tak wiele Uważam pogląd twój za blady Ja jeszcze wyższe wiedz mam cele Bo szukam piąty rok...posady D_ś Odpowiedz Link
madohora Re: KRAKÓW 11.09.18, 12:42 Przez miasto jechał z nią na wózku Wiodąc rozmowę po francusku Wtem rzekła ona: mon cher Jean Czy masz przy sobie de l'argent Chciałabym wstążkę kupić tę... On odparł; helas, je n'ai rien! Minęli miasto, lecz na wózku Nie słychać mowy po francusku Tylko o ile słuch mój sięga Doszedł mnie wyraz - niedołęga! Efer Odpowiedz Link
madohora Re: KRAKÓW 11.09.18, 12:42 Drwiła raz dziura z kołka, że niepożyteczny A przynajmniej nie wiele wart w danej potrzebie Na to kołek - Kontentą bądź, że jestem grzeczny Bo gdybym cię chciał zatkać - nie byłoby ciebie D_ś Odpowiedz Link
madohora Re: KRAKÓW 11.09.18, 12:43 Ojczulku - rzekła córeczka bankiera Ja chcę mieć męża pełnej krwi koniecznie Ojczulek na nią z uśmiechem spoziera I mówi duszko to jest niebezpieczne Z mężem krwi pełnej będzie licha sprawa Bo to jest człowiek licho ujeżdżony I gdy twa scheda przypadnie mu z prawa Zapomni prędko o miłości żony Więc gdy krwią pełną chcesz rozerwać nudy W których młodziutkie twe serce tonie Weź sobie męża z pokolenia Judy A ja ci kupię dwa pełnej krwi konie Odpowiedz Link
madohora Re: KRAKÓW 11.09.18, 12:44 Amorku, duszo luba ty Wenery dziecię Cóż to za straszną lufę dźwigasz na swym grzbiecie? Mój ktosiu dzisiaj serca tak toną wśród waty Że nie z łuku trza strzelać do nich lecz z armaty! Odpowiedz Link
madohora Re: KRAKÓW 11.09.18, 12:45 Donna Klara i Don Diego Byli piękni, zdrowi, młodzi I kochali się nawzajem Bo i cóż to szkodzi? On do sal ją chciał wprowadzić Jaśniejących złotem obić Lecz pałacu nie miał jeszcze Więc cóż mieli robić? Rzekł: O bella! chodź na łąkę Będziem w trawkach, ziołach siedzieć Więc pobiegli przeto razem Nic nie można wiedzieć! W lat trzy może, lat piętnaście Donna Klara i Don Diego Gdzieś zniknęli...Niebo łkało No więc i cóż z tego? Los tych dwojga zakochanych Co tak byli piękni, młodzi Czas już zatarł....Bo i wreszcie Co to nas obchodzi?. Odpowiedz Link
madohora Re: KRAKÓW 11.09.18, 12:47 Białecki Był to człowiek niewiadomego pochodzenia, którego imię zostało zapomniane. Pisał o Białeckim Sobiesław Mieroszewski, właściciel Pieskowej Skały, następująco: "Półwariat, nie wiadomo z czego żył, bo nie żebrał i niczym się nie zajmował. Figurował na wszystkich okazalszych eksportacjach* i pogrzebach, na których zagłuszał pienie pobożne swym stenorowym głosem. Biedak ten zresztą, całkiem nieszkodliwy stał się pośmiewiskiem publiczności krakowskiej, a w szczególności młodzieży, która się nad nim znęcała" Nieco uwago poświęcił Białeckiemu także Kazimierz Girtler. Z pewną niechęcią pisał o nim: "Był znowu oryginał Białecki, który chodził po mieście, wabił do kościołów wiedząc gdzie i o której godzinie który ksiądz jakie nabożeństwo mieć będzie, kto kazanie, czyj pogrzeb, za każdym on szedł aż na cmentarz, po każdym zanosił się od płaczu" Dzięki Janowi Kantemu Turskiemu zapomnianemu miłośnikowi Krakowa, pisarzowi i pedagogowi, posiadamy dużo więcej informacji o Białeckim, informacji pochodzących z końca lat czterdziestych XIX wieku. Wiemy też jak się ubierał: "Człowiek ten - pisze Turski - cierpiący na umyśle, ale nieszkodliwy nikomu, o zwichniętej karierze i nieznanej nam przeszłości, był wzrostu małego, nosił wysoki kapelusz biały, na którym zatykał sobie najczęściej pióro gęsie lub pawie. Na szyi chustka biała z olbrzymim fontaziem i kołnierzyki pod same uszy wystrzygane z papieru, kamizelka jego sięgała bardzo nisko, była zawsze koloru jaskrawego, czasem czerwona, czasem żółta. Spodenki nosił białe albo nankinowe, krótkie ale zawsze na strzemiączkach. Na wierzchu frak sięgający aż do strzemiączek z niebieski ze świecącymi guzikami. Białecki - wedle relacji Turskiego - dzięki swym zainteresowaniom pogrzebami, odpustami i wszelkimi uroczystościami kościelnymi, dzięki uczestniczeniu we wszystkim co się w owym czasie w Krakowie działo był "chodzącą gazetą ustną nowinek i plotek krakowskich". Swoimi wiadomościami chętnie choć nie bez nadziei na profity dzielił się ze współmieszkańcami Krakowa. Oto jak wyglądał "kolportaż" owej krakowskiej gazetki: Przychodząc do drzwi czyichkolwiek, w trąbkę zwinięty papier przykładał do ust i zatrąbił na niej Tra ra ra! Był to tytuł jego gazety..Potem następowała kronika miejscowa: donośnym głosem recytował pan Białecki sprawozdanie z wypadków dnia przypadającego. Naprzód tedy wyprzedzając o wiele doniesienia innych gazet, wymieniał świętego który na dziś przypada. - Dziś mamy Świętego Wawrzyńca! Tra ra ra! Rom ta ta! Dziesiątego sierpnia. Trochę deszcze na ochłodę i pogodę...Tu dopiero następowały fakty z życia krakowskiego, czasem ustępy z pamiętników własnych...Niemiec z pieskami tańcującymi będzie dzisiaj pokazywał sztuki pod odwachem! Białeckiemu potrzebna koszula!...Prenumerata spadała Białeckiemu zawsze hojnie. Nikt jej mu nie odmówił i Białecki miał się dobrze, to znaczy nie potrzebował umierać z głodu. Mamy zatem odpowiedź na pytanie Mieroszewskiego, z czego żył Białecki. Po prostu żebrał choć w dość fantazyjny sposób. Działalność Białeckiego zupełnie niewinna nie podobała się jednak stróżom porządku publicznego, bywał często aresztowany, odsyłano go do domu robotniczego w Jaworznie o tam też - jak pisze Turski - popychany do posług, sterany na zdrowiu i do reszty na umyśle podupadły, umarł jak pies na śmieciach z pękniętym od bólu sercem. Pozostała po nim w Krakowie pamięć przez lat kilkadziesiąt zanim przeminęło pokolenie, które miało okazję widywać tego osobliwego, nieszkodliwego a nieszczęśliwego człowieka. *eksportacja- wyprowadzenie zwłok z domu do kaplicy przed właściwym pogrzebem Odpowiedz Link
madohora Re: KRAKÓW 11.09.18, 12:47 Boczkowski Jakub Boczkowski ur. ok 1770 roku kolportował żurnale francuskiej mody. Pisał o nim Sobiesław Mieroszewski "Boczkowski nie będąc szlachcicem, obywatelem ani kupcem lub oficjalistą, starowina ten był sobie Boczkowskim i tylko jako taki był znany ogółowi. A jakżesz nie miał być znanym powszechnie, skoro nosił zimą i latem frak sieraczkowy, kamizelkę i spodenki z sukkna tegoż koloru. A nadto posiadał specjalność, której miał monopol i zawdzięczał wstęp do wszystkich salonów. Obnosił bowiem od domu do domu żurnale mód francuskich komentując je i objaśniając nasze panie z jakiej materii i przyborów składają się ubiory damskie, przedstawione w żurnalu. Oczywiście, że za tak cenne informacje wsunięto mu do kieszeni kilka złotych, czasem talarka. Ale t też Boczkowski znał się na rzeczy, obdarza bowiem dzieci pańskie regularnie figami, a raczej każdemu z dzieci dawał po fidze, którą wydobywał z kieszeni swego fraczka sieraczkowego. A były to pożal się Boże figi nawlekane na sznurek, suche i twarde jak skóra, którymi by dziś dzieci ekonomskie pogardziły. Ale myśmy się nimi delektowali i jak tylko Boczkowskiego zobaczyliśmy radośnieśmy go witali wykrzykując: "Mamo, mamo przyszedł Boczkowski, będzie figa" Były to lata dwudzieste ubiegłego wieku (XIX) okres prosperity Rzeczypospolitej Krakowskiej. Kobiety ubierały się coraz strojniej, a Boczkowskiego i jego żurnali oczekiwano z wielkim zainteresowaniem. Kazimierz Girtler - w owymc zasie młodzian zaledwie pełnoletnni pisał - "Boczkowski miał lat z górą pięćdziesiąt, niski, szpakowaty, co tym lepiej odbijało że twarz miał rydzowatą, a nos perkaty, czerwony. Trzymał on żurnal mód paryskich z którym z miną zamyślonego obchodził cały Kraków, zwłaszcza gdzie wiedział gdzie są panienki. Tak on miał swe obchody wyszykowane, ze o godzinie jednej i tej samej, najniezwodniej w dniu pewnym przychodził. Wiem nawet, że tak na niego liczono, że już już stawiano kieliszek likieru i grzankę, a w parę minut zjawiał się Boczkosio, podawszy żurnal dał niejakie objaśnienie a sam sięgał prosto po likworek, wypiwszy siadał, nogę na nogę założywszy, często zadrzymywał się nie zaspał nigdy czasu odejścia, zbierał się i prosił o żurnal.Oj był to - jak się zdaje - niezły fachowiec. Wbrew jednak pozorom Boczkowski "po francusku nie umiał ani słowa, objaśienia ód ktoś mu tłumaczył, z czego suknia, kapelusz, przystrojenia utd. Tano ze stancyjki wyszedłszy , nie postał w niej aż w wieczór w łóżku, a nie biorąc od nikogo ani grosza kontentował się zbieranymi co godzina porcjami kawy, likieru, ciasta aż obiadkiem, aż do wieczora za każdym kursem czyś się posilając - i tak do daty odebrania jednego żurnalu aż do nowego obchodząc utrzymywał się z nieg" Boczkowski ceniony był tym bardziej, że nigdy nie mówił nikomu co gdzie widział lub słyszał. Kobiety nic z niego wydobyć nie mogły, on tylko sam żurnal nosił, a sakwy z plotkami nigdy nie miał. Zdrów był wiecznie, pomimo że cały dzień pożywał różne rzeczy, niezmiernie był umiarkowany w porcji, nigdy nie odmówił przyjęcia ale nigdy wiele nie zjadł ani wypił jeśli mu podano nadto, nad miarę jego to zostawił. Nie widziałem go też zimą o latem inaczej ubranego - wspomina dalej K. Girtler - jak we fraku, spodenki w buty, a na głowie okrągły kapelusz, wszystko na nim ubogie było, stare a czyste, schludne, roznosiciel żurnali mógł być dla wielu wzorem ochędóstwa" Taki był Boczkowski, ciekawa figura z czasów gdy Kraków nie piął się jeszcze ku wyżynom światowej mody, czerpiąc z niej co najwyżej kropla po kropli, od takich jak on pośredników. Nie bez nostalgii wspominano potem te czasy i samego Boczkowskiego. Znał go cały Kraków, jako cichą, potulną, dobroduszną istotę, bo też to było wtedy kiedy miasto ciche, spokojne nie pięło się udawać wielkie stolice, a na zaspokojenie szeptów wiatrogłowej mody dość było raz w parę niedziel zobaczyć poczciwego Boczkowskiego z żurnalem" Odpowiedz Link
madohora Re: KRAKÓW 11.09.18, 12:48 Żywodon Postacią zadziwiającą Kraków na początki XIX wieku był także niejaki Żywodon. Był to osobnik może francuskiego pochodzenia, jak utrzymywało wielu rozbitek Wielkiej Armii Napoleona I. intrygujący zachowaniem krakowskich mieszczan. S. Mieroszewski przypuszczał, że Żywodon był francuskim kamerdynerem, którego jakiś polski pan zabrał ze sobą i wywiózł do Krakowa. Tu uwolniwszy się ze służby, wiódł on życie clocharda, które to pojęcie ale nie zajęcie nie było rzecz jasna w ówczesnym Krakowie znane. Byli jedndak i tacy, którzy uważali iż Krakowski włóczęga nie ma nic wspólnego z Francją, a przezwisko swoje uzyskał z powodu częstego używania francuskiej frazy "je vous donne ma parole" (słowo daję). To przypuszczenie, którego autorem jest pamiętnikarz S. Dropsy wydaje się wielce prawdopodobne. Ów Żywodron - jak wspomina K. Girtler - "całe dnie chodził po mieście, spacerach publicznych, wszędzie każdym czasem można go było spotkać, a najpewniej tam gdzie najliczniejsze mogło być zgromadzenie. I to tak zimą i latem lubo zimą włóczył się więcej po cukierniach l traktierniach... w cukierni, zwłaszcza przymawiał się o posiłek, w traktierni toż samo, ale ręki do nikogo nie wyciągał, grzecznie tylko zagadywał że mu się chce jeść, bo też biedak widocznie był schudzony, głodny jak przylatujący bocian. Wygląd zewnętrzny Żywodona zwracał na niego uwagę; "Pocieszna była to sztuka - pisano - średniego wzrostu, suchej, ściągłej, o licznych zmarszczkach na twarzy. Czasem nos garbaty podpierał wąsami, czasem znów występował ogolony, szpakowana czupryna oznaczała wiek jego. Ubierał się dość oryginalnie. Wiele lat patrząc na niego - pisał K. Girtler - zimą i latem inaczej ubranego nie widziałem, jak następnie czarne spodnie u kostek związane na nodze lub też czarne opuszczone kamasza - trzewice, kamizelka najczęściej czarna, półkoszulek na piersiach lub też kamizelka szpilką pod szyją zapięta, w braku gdy półkoszulka nie miał lub też praczka nie dopisała, chustka jedwabna, czarna na szyi, frak czarny, kapelusz stosowny i w nim kancelaria, rękawiczki nie zawsze. laska nie w ręku ale pod pachą. Zawsze znalazł jakiś dobrodzieja, co go taką starzyzną opatrzył, nigdy też inaczej ubrany nie chodził i choć na zimą próbowano go cieplej odziać, zawsze sprzedał z siebie wszystko co miał, przejadł lub na głupstwa przepuścił. Pomimo, że strój jego był wytarty, nędzny czyścił go i rzadko można go było spotkać zaniedbanym, nie ogolonym, a częstokroć, że wtedy w modzie były żaboty, on kupował sobie papierowe i na publice występował a co za mina jego był niezrównana! Koniecznie trzeba było za nim spojrzeć. Żwyodon utrzymywał, iż jest naturalnym synem kanclerza Metternicha. W istocie otrzymywał miesięczne sumy z Wiednia, ale ponoć dlatego iż był synem ulubionego kucharza księcia - kancelerza. W Krakowie plotkowano wiele na temat pochodzenia Żywodona, byli tacy którzy utrzymywali, że jest chrześniakiem kanclerza, dopatrywano się nadzwyczajnego podobieństwa Żywodona do Metternicha, słowem domysłów nie brakowało. Zagadka pochodzenia Żywodona nie została nigdy rozwiązana. W każdym razie ó nieprawy - być może syn słynnego i Polakom niezbyt przychylnego polityka "sypiał w kordegasie na pryczy, gdzie mu nie broniono noclegu, powiadał że potrzebuje dla swej osoby bezpieczeństwa, w nocy boi się jakiegoś afrontu, toteż w czas z wieczora zajmował swoją kwaterę". Czy Żywodron był tylko mitomanem, czy jednak miał niegdyś coś wspólnego ze światem wielkiej polityki - trudno dziś dociec. Ten osobliwy i tajemniczy człowiek stał się w Krakowie postacią przysłowiową. Krakowianie wyśmiewając jaką figurę, która się rwało do dobrego tonu a w rzeczy lichotą była mówili: "Fanfaron a la Żwyodon" bądź "To a la Żywodon" albo "modniś a la Żywodon" Utarło się też powiedzenie, dzisiaj już nieznane "żywodonuje po cukierniach" oznaczające kogoś, kto oczekuje aż mu się postawi poczęstunek. Żywodon zapewne słaby na umyśle, nigdy jednak nie wywoływał żadnych awantur w mieście, zanany był jako oryginał lecz jednocześnie jako człowiek stateczny. Znikną nagle ze sceny krakowskiej około roku 1831 być może stał się jedną z ofiar szalejącej w tym czasie cholery. Odpowiedz Link
madohora Re: KRAKÓW 11.09.18, 12:48 Kromołowski Inną zgoła postacią niż spokojny Żywodon był niejaki Kromołowski, znany włóczęga i oryginał urodzony ok. 1785 roku. zwracający na siebie uwagę w początkach XIX wieku. Agresywny, zaczepiał przechodniów, wdzierał się do domów i żądał jałmużny. Mawiał przy tym "opieka to szelmowska doprowadziła mnie Mości Dzieju, do tego stanu, mój ojciec miał kamienicę, aptekarzem był Mości Dzieju a ja pan Kromołowski nie mam tylko na proces abym odebrał swój majątek" Z dużą niechęcią pisał o nim K. Girtler, ten tak zwykle wszystkim życzliwy pamiętnikarz. "Gdy mu kto odmawiał a widział że może zuchwalstwem żądanie poprzeć, gotów był impertynencję powiedzieć, toteż bywał wypychany za drzwi, lokaje znali go i zaraz gdzie się wsunął zaraz drzwi mu pokazywali. Oberwał nieraz po uszach, siadywał w kozie, mimo to włóczył się. Według plotki miał Kromołowski istotnie odziedziczyć po ojcu kilka tysięcy, które szybko roztrwonił i wiódł od tego czasu życie powszechnie pogardzanego włóczęgi. O jego powierzchowności tak pisał S. Mieroszewski: "Malutki, średniego wzrostu człowieczek, snadź nie dbał o płaszcz albo go nie lubił, bo latem i zimą nosił frak czarny i kapelusz cylindrowy. Krój fraka i forma kapelusza były prawidłowe, tylko świeżość obojga pozostawały do życzenia. Nieco inaczej opisuje go K. Girtler w roku 1824. Ten około lat czterdziestu mieć mógł, wzrostem średni, czarny jak Cygan, w jasnozielonym fraku, z laseczką, gwizdający, muskający czarne wąsy, kapelusz miał okrągły, wodą uprany." Kromołowski dostał się pewnego razu bez wątpienia za burdy urządzane w domach zacnych krakowskich obywateli do domu pracy przymusowej jaki zorganizowały władze Wolnego Miasta na Wawelu. Pracował tam jako pomocnik murarza. O jego pracy pisał obserwator następująco: "Pociesznym było przyglądać się nieborakowi jak cegły, jedną po drugiej nigdy jednak dwie naraz zanosił na górę zamkową i składał w miejscu wskazanym. A złożywszy je, fraczek swój każdy raz z prochu obcierał" Kromołowski dostarczał uciechy krakowianom, gdyż miał zwyczaj dość bezpośrednio wypowiadać się o dostojnikach, nie oszczędzając nawet prezesa Senatu Wolnego Miasta Krakowa. Mawiał o nich jak o swoich kolegach np. "Byłem wczoraj u Grodzickiego, powiedziałem mu, co on sobie myśli; Wodzicki mię prosił, żebym do niego na obiad przychodził; nauczę tego Nikorowicza, on mnie okradł" Kromołowski dawał się wykorzystywać do mało wybrednych żartów, co podobno miał mu za złe Żywodon. Polegały one na tym, że bywał wysyłany z cukierni, gdzie chętnie jak Żywodon uczęszczał, na ulicę aby przechodzącej "imości z miny" (Tj. osobie grającej wielką panią) składał szyderczo życzenia imieninowe. Kromołowski odgrywał podobne sceny za drobne datki, oświadczając się przechodzącym kobietom, czym je wprawiał w zakłopotanie, dostarczając uciechy inicjatorom żartu. Postępowanie takie uważał Żywodon - chyba jak najsłuszniej - za spodlenie się, mawiał, że roli głupca grać nie zamierza. Nie pozostawał mu dłużny Kromołowski publicznie nazywając go głupcem i osłem. I tak latami trwał nienawiść pomiędzy dwoma krakowskimi oryginałami. Koniec Kromowskiego nie jest znany, jak tajemniczo pojawił się w mieście tak tajemniczo i bez śladu przepadł ów osobliwy człowiek, bywalec ulic i cukierni, postrach krakowskiej służby, awanturnik i niezbyt finezyjny kawalarz. Odpowiedz Link
madohora Re: KRAKÓW 11.09.18, 12:49 Kraszewska W okresie istnienia Rzeczypospolitej Krakowskiej, w przekonaniu wielu pamiętnikarzy, a i z dzisiejszego punktu widzenia patrząc alkohol był niezwykle tani i swoją taniością przywodził do zguby zwłaszcza niższe stany. Roiło się w tym czasie podobno w Krakowie od nałogowych pijaków, co jeden z ówczesnych obserwatorów życia kładzie na karb owej wspomnianej "taniości wódek, szynkarstwa tak rozszerzonego, że choćby jeść brakło to za to było gorzałki po uszy". Wielce spektakularną figurą popędu do gorzałko była niejaka Kraszeska vel Kraszewska, która swoim zachowaniem bulwersowała opinię publiczną Krakowa w latach dwudziestych XIX wieku. Bo i rzeczywiście była to osoba umiejąca skupić na sobie uwagę. Kraszewska - pisze z niejakim oburzeniem K. Girtler - niepokoiła przechodzących, bo co dzień prawie pijana zaczepiała, nawet goniła przechodzących, bo co dzień prawie pijana zaczepiała, nawet goniła przechodzących. Kobieta już stara, wszelkie cechy upadku przez pijaństwo nosiła na sobie, głowa bez nakrycia, włosy rozczochrane, kiecka brudna, często pierś naga, okropność! Idąc ta kobieta przez miasto i od szynkowni do szynkowni śpiewała na cały głos, różne krakowiaki, piosenki a póki nogi niosły to sobie podrygała., chwyciwszy się pod boki tańczyła na bruku. Sam pamiętnikarz miał niezbyt przyjemną przygodę z Kraszewską, którą tak opisuje:"Szliśmy raz z Julianem Dorau obok muru klasztornego św, Jędrzeja w Grodzkiej ulicy, ni stąd ni zowąd jak baba wyskoczy i wpada międy nas i łap za Juliana: "Kocham cię, boś ładny chłopcies". Julian ją odepchnął u byłaby nas do Rynku po swojemu ze śpiewem prowadziła, ale szczęściem mój wyżeł Nullus porwał babę za spódnicę i szarpał a my w nogi w Kanoniczną ulicę." Kraszewska za nic miała krakowskie autorytety, na zwracane uwagi zazwyczaj odpowiadała: "A ja sobie pani, pani! A cóżeś ty to takiego? Żem się upiła? To za swoje własne pieniądze, ja lepsza od was wszystkich, złodzieje Wolnego Miasta Krakowa! Ja sobie pani, pani, ha, ha" Schodzono jej z drogi ale nie zawsze z powodzeniem. Ulubionym obiektem jej ataków był rewizor policyjny Długoszewski. Onże z racji swojego zawodu miał Kraszewską na uwadze. Niemal nie spuszczał jej z oka "do prządku przywoływał, gromił słowy a gdy to nie pomagało do kozy pakował". Chyba rzeczywiście na Kraszewską nie było rady, gdyż perspektywa kozy nie zdołały ugiąć hardego animuszu tej sekutnicy, bo i wtedy, kiedy ją dwóch policjantów na rozkaz Długoszewskiego prowadziło do kozy, ona mu się jeszcze przedrzeźniała, wyśmiewając swą ulubioną pioseneczką: "Siekiereczka z toporzyskiem, Długoszewski z krzywym pyskiem". Podobno w młodości była Kraszewska dość urodziwa, lecz już wtedy znano ją jako grubiankę i kłótnicę. Jedyna osoba, która - wedle anegdoty - poskromiła Kraszewską, był generał Paweł Grabowski. Zdarzenie to opisuje S. Mieroszewski następująco: "Grabowski, człowiek delikatny i ugrzeczniony, jak każdy dworak z czasów Stanisława Augusta będą świadkiem straszliwej zwady między Kraszewską a jedną z jej koleżanek, przekupek krakowskich począł im przedkładać iż paniom nie przystoi aby się od ostatnich szkalowała. Lecz to przedłożenie taki tylko skutek odniosło, że pan generał z ust Kraszewskiej: "całuj mnie e d..." oberwał Na to Grabowski: "A dlaczego nie, jeśli tłusta, biała, umyta" A Kraszewska tą odpowiedzią skonfundowana, języka w gębie zapomniawszy dygnęła generałowi. Przez szereg lat Kraszewska niemal dzień w dzień dostarczała krakowianom niezbyt budujących widoków. "Policja kazała ją sprzątać z miasta i gdy tylko policjant obaczył ją z daleka, przywoływał drugiego, brali ją do aresztu, ona się opierała, broniła i często nieśli ją z potarganą odzieżą, wierzgającą nogami, obnażoną prawie, z wielką obrazą obyczajności. Podobny tryb życia, a zwłaszcza nadużywanie alkoholu, nie zapewnia długowieczności. Rychło Kraszewska zmarła, a pamięć o jej wyczynach z czasem przybladła. Odpowiedz Link
madohora Re: KRAKÓW 11.09.18, 12:49 Badeniowa ...Szczególną popularnością cieszyła się Marianna Badeniowa z Wawrzeckich, mieszkająca stale w Krakowie, żona senatora i ministra skarbu Królestwa Polskiego, Marcina. Pani Marcinowa jak ją powszechnie nazywano znana ba z wielkiego roztargnienia i ekscentrycznego zachowania jakie demonstrowała zarówno podczas wydawanych u siebie przyjęć jak i publicznie. Jeszcze w 1809 roku zadziwiła wszystkich gdy wystąpiła na balu wydanym na cześć księcia Józefa Poniatowskiego w brylantach, bogatej jedwabnej sukni ale i w trzewikach z których jeden był biały a drugi czerwony. Cechowało ją również niezwykłe jak na owe czasy swobodne zachowanie. Malarza Stattlera - jak głosi popularna wówczas anegdota - który z rana przyszedł do niej za interesem, przyjęła prawi naga zdejmując z siebie brudną, nocną koszulę, a gdy Slatter na widok wpółnagiej starej baby cofnął się z przerażeniem ona mu zostać kazała perswadując: "Kto z modelkami ma do czynienia, na "mój kostium zważać nie powinien" i może mi opowiedzieć swój interes. Badeniowa nie dbała jak się zdaje o swój wygląd zewnętrzny, pisano o niej, że ubierała się jak żebraczka, Jeździła ponoć dorożką, okrywając się kołdrą lub poduszką. Nie chcąc płacić rogatkowego przy wyjeździe z miasta kazała dorożkę wiązać do fury z nawozem, bo w ten sposób od nawozu się nie opłacało i ona nie opłacała też od dorożki. Opowiadano o niej, że przyjmując w Pocieszce (Podkrakowski majątek) rezydenta rosyjskiego podała mu na stół mięso w naczyniu do złudzenia przypominającym...nocnik. Nic sobie nie robiła z największych dziennikarzy, biskupa Woronicza ponoś usadowiła w kuchni i kazała mu "Aby dał pozór żeby śmietanka nie wykipiała". Pewnego razu zaprosiła sporo osób z Krakowa na podwieczorek, którego głównym punktem miała być modna owego czasu czekolada (do picia) W wilię podwieczorku uwarzono powaprowizję tej cieczy i zlano do jednego z tych ogromnych garów w których kobiety w Krakowie przechowują pierze. Zajechała po panią dorożka, gar do niej wstawiono a pani Marcinowa okraczyła go, żeby się nie kiwał. Zrazu wszystko szło dobrze i dopóki dorożka toczyła się po równym, słychać było chlupotanie czekolady, lecz zaledwie zjechano koło uwadziło o kamień, gar się wywrócił i już było po podwieczorku, a goście którzy zaproszenie nań otrzymali nie jadłszy i nie piwszy do Krakowa powrócili. Sama zgroza na owe czasy! - dokonywała zakupów, co powodowało zabawne konsekwencje, o których wspomina K.Girtler - "Niech co kupiła na rynku tak zaraz kogo tylko napotykała znajomego prosiła aby z nią niósł sprawunek; byli tacy co nieśli kurczęta, młynek do kawy, zwierciadło, klatkę z ptakiem albo i porcelanową maselniczkę. Nie gorszono się jednak zbytnio dziwactwami pani Marcinowej, choć byli i tacy, którzy uważali że jej zachowanie nie czym innym było "ino lekceważeniem wszystkiego i wszystkich, bo w wielu razach ta pani objawiała i zdanie mądre i przekonanie arcypoczciwe." Któż to dziś wie jak było, czy powodowała panią Badeniową pycha czy roztrgnienie? A może jej zachowanie było świadomym lekceważeniem konwencji? Marianna Badeniowa z Wawrzeckich przeszła do historii jako dziwaczka, ale dziwaczka dużej klasy, może pierwsza pośród dziwaków krakowskich okresu Rzeczypospolitej. Choć niczym się dla miasta nie zasłużyła, występuje niemal we wszystkich pamiętnikach z epoki Wolnego Miasta a to już wiele znaczy. Odpowiedz Link
madohora Re: KRAKÓW 11.09.18, 12:49 Zubowski Kasper Zubowski pojawił się w Krakowie mając lat 50. Był dość zamożny, kupił dom na Rynku zwany "Pod kanarkiem", który zachował do końca życia. Drugi należący do niego budynek Na Kleparzu został sprzedany gdy zabrakło pieniędzy na wyremontowanie pierwszego, ziszczonego w straszliwym pożarze w 1850 roku. Zubowski dał się poznać jako gorący wielbiciel teatru, przebywający chętnie w towarzystwie aktorów a zwłaszcza aktorek - dla których podobno nawet farbował włosy i wąsy. Od początku uważany był za dziwaka i skąpca. Sam Zubowski chlubił się publicznie zamiłowaniem do oszczędności, co miał za jedną z główniejszych cnót (A to ci Krakowiak!!! /dopisek mójsmile) Jak cnotę tę łączył z zamiłowaniem aktorkami pozostaje jego tajemnicą. Zapewne podzieliłby Zubowski los tylu innych dziwaków, popadając rychło po śmierci w zapomnienie, gdyby nie jego twórczość publicystyczna. A poglądy miał pan Kasper jak na okres reakcji porewolucyjnej, antydemokratycznej, zadziwiające. Był mianowicie szczerym liberałem typu zachodnio - europejskiego, z niejaką skłonnością do społecznego radykalizmu. Śmiało głosił zasady równości społecznej, konieczność likwidacji przywilejów stanowych, propagował oświatę dla ludu. Szczególną nienawiścią pałał do tych kręgów, które dzięki przywilejom utrzymywały społeczeństwo w zależności od siebie, arystokracji, wyższych sfer mieszczańskich. Zwał przedstawicieli tych klas "mandarynami" a nazwa ta - jakże dosadna i złośliwa - przyjęła się w Krakowie powszechnie, ba zrobiła karierę ogólnopolską. Zubowski poglądy swoje publikował w wydawanych własnym sumptem broszurkach w nakładzie 500 egzemplarzy. Ukazywały się one w Krakowie, Poznaniu i Wrocławiu, wywołując wściekłość atakowanych i zadowolenie demokratycznej opozycji. Trzeba przyznać, że autor miał wielką odwagę, podpisując swoje ataki pełnym nazwiskiem. Krakowski "Czas" było nie było "mandarynów" toczył przez kilkadziesiąt lat z Zubowskim istną wojnę, nie przebierając jak on w środkach. Na łamach tego dziennika nazywano Zubowskiego grafomanem, sknerą i dziwakiem. Miano mu za złe jego zainteresowania teatrem niemieckim działającym w Krakowie, który popierał jako bardziej od polskiego demokratyczny. Złośliwości wobec Zubowskiego mogą świadczyć iż nie był on lekceważonym przeciwnikiem, że poglądy jego i krytyki były celne i trafiały w nastroje społeczne. Zubowski starł się również propagować swoje radykalne poglądy poprzez teatr. Napisał szereg sztuk, które jednak nie tylko z powodu treści, ile raczej ze względu na słaby poziom nie ujrzały nigdy desek scenicznych. Jeszcze raz okazało się, że teatrowi nie służy nadto publicystyczny ton. Przez jednych Zubowski był lubiany, przez innych nienawidzony. Znali go w Krakowie wszyscy. Również fizjonomia jego nie należała do tuzinkowych. O tym jak wyglądał ów pogromca manadrynów świadczyć może owalny portret nagrobny tak przez J. Demela opisany:"Pociągła sucha koścista twarz starca, poorana zmarszczkami. Nos wydatny i haczykowaty. Przymrużone oczy spoglądają z wyrazem jakiejś ponurej, surowej zadumy. Ocienione wąsem usta zdają się kryć uśmiech ironii i goryczy. Na skroniach kosmyki siwiejących włosów, niesfornie nastroszone". Ten mizantrop, zgorzkniały starzec - umierając w roku 1873 miał 76 lat - uczynił zadziwiająco szlachetny gest. Dom swój i kapitały przeznaczył niemal w całości na stypendium dla uczniów "synów włościan powiatu krakowskiego i ubogich mieszkańców Krakowa". Majątek Zubowskiego jak się okazało był niemały 50 tys. reńskich, z czego odsetki starczały rocznie na kilka stypendiów. Nie byłby Zubowski sobą, gdyby nie zastrzegł że mają być one wypłacane studentom wszelkich specjalności z wyjątkiem prawników, których widać w szczególności nie znosił. Kasper Zubowski człowiek ostry i bezkompromisowy, niesłusznie podejrzewany o skąpstwo, gromadzenie skarbów okazał się hojnym dobroczyńcą. Nie wszyscy o jego testamencie wiedzieli, choć drukował go "Czas" jakby po śmierci chcąc wynagrodzić Zubowskiemu wszystkie afronty. Pierwszej nocy po pogrzebie doszło do zdewastowania jego grobu. Czyżby szukano w nim legendarnych dukatów starego dziwaka? W Każdym razie rabusie zawiedli się srodze. "Skarb" Zubowskiego został ulokowany zupełnie gdzie indziej. Odpowiedz Link
madohora Re: KRAKÓW 11.09.18, 12:50 Kownacka. Jest przysłowie: „Stara Ko wnacka", powtarzane na widok cudaczne-92 KOZA. — KOZERA. go stroju oryginalnej postaci. Na Mazow szu jest 9 wsi z nazwą Kownaty, gniazda licznie rozrodzonej rodziny Kownackich i w tych też stronach zasłynęła kiedyś sze roko jakaś dziwaczna postać baby, która dała początek przysłowiu. Podajemy to dla sprostowania jej nazwiska, bo na Woły niu, Podolu i Ukrainie przerobiono je na: „Komnacka" lub „Kognacka", pomimo że takich nazwisk w Polsce nie było. Odpowiedz Link
madohora Re: KRAKÓW 29.11.18, 14:39 KRAKOWSKIE SZOPKI. WIELKI SUKCES POLSKIEJ KULTURY - Gazeta - 29.11.2018 Odpowiedz Link
madohora Re: KRAKÓW 06.12.18, 17:00 KLIMATYCZNY SZCZYT W KATOWICACH KORKUJE KRAKÓW - Wyborcza - 06.12.2018 Odpowiedz Link