Dodaj do ulubionych

Krzyżówka z hasłem

23.09.20, 18:52
https://fotoforum.gazeta.pl/photo/3/wd/qa/jcow/asuRUav3cvwkHHxLWX.jpg
Obserwuj wątek
    • madohora Re: Krzyżówka z hasłem 04.10.20, 17:33
      Knot – część świecy, znicza lub lampy spalającej paliwo ciekłe, takie jak olej bądź nafta, wyprowadzająca ciekłe (naturalne lub stopione) oza zbiornik dzięki wykorzystaniu zjawiska kapilarnego, by umożliwić lub ułatwić jego parowanie w wysokiej temperaturze płomienia. Materiałem faktycznie spalanym są wtedy opary paliwa. not jest zazwyczaj wstępnie nasączony paliwem, by ułatwić jego zapalenie. Ponieważ spalanie się knota jest jedynie efektem ubocznym spalania paliwa właściwego, materiał knota zazwyczaj jest impregnowany substancjami zmniejszającymi jego palność.
    • madohora Re: Krzyżówka z hasłem 04.10.20, 17:38
      Kolej linowa „Elka” w Chorzowie – całoroczna kolej linowa działająca na terenie Parku Śląskiego (dawniej WPKiW) położonego w Chorzowie. Operatorem kolei jest Wojewódzki Park Kultury i Wypoczynku im. Gen. Jerzego Ziętka S.A. w Chorzowie.
    • madohora Re: Krzyżówka z hasłem 04.10.20, 18:41
      As – karta do gry przedstawiająca zwykle pojedynczy symbol danego koloru karcianego. W tradycyjnej hierarchii ważności kart as funkcjonuje zwykle jako najstarsza (liczona jako 14) albo, co rzadsze, lecz zgodne z jego oryginalną funkcją, najmłodsza karta (liczona jako 1); umiejscowiony jest albo przed królem, albo po dwójce. Talia kart do gry zawiera cztery asy, po jednym w każdym kolorze (trefl, karo, kier i pik).
    • madohora Re: Krzyżówka z hasłem 04.10.20, 18:48
      Świteź – ballada Adama Mickiewicza, opublikowana w 1822 w tomiku Ballady i romanse, uważanym za pierwsze dzieło romantyzmu w literaturze polskiej. W utworze Mickiewicz wykorzystał ludowe opowieści z rodzinnych okolic
    • madohora Re: Krzyżówka z hasłem 04.10.20, 18:55
      Ktokolwiek będzisz w nowogródzkiej stronie,

      Do Płużyn ciemnego boru

      Wjechawszy, pomnij zatrzymać twe konie,

      Byś się przypatrzył jezioru.



      Świteź tam jasne rozprzestrzenia łona,

      W wielkiego ksztalcie obwodu,

      Gęstą po bokach puszczą oczerniona,

      A gładka jak szyba lodu.



      Jeżeli nocną przybliżysz się dobą

      I zwrócisz ku wodom lice,

      Gwiazdy nad tobą i gwiazdy pod tobą,

      I dwa obaczysz księżyce.



      Niepewny, czyli szklanna spod twej stopy

      Pod niebo idzie równina,

      Czyli też niebo swoje szklanne stropy

      Aż do nóg twoich ugina:



      Gdy oko brzegów przeciwnych nie sięga,

      Dna nie odróżnia od szczytu,

      Zdajesz się wisieć w środku niebokręga.

      W jakiejś otchłani błękitu.



      Tak w noc, pogodna jeśli służy pora,

      Wzrok się przyjemnie ułudzi;

      Lecz żeby w nocy jechać do jeziora,

      Trzeba być najśmielszym z ludzi.



      Bo jakie szatan wyprawia tam harce!

      Jakie się larwy szamocą!

      Drżę cały, kiedy bają o tym starce,

      I strach wspominać przed nocą.



      Nieraz śród wody gwar jakoby w mieście,

      Ogień i dym bucha gęsty,

      I zgiełk walczących, i wrzaski niewieście,

      I dzwonów gwałt, i zbrój chrzęsty.



      Nagle dym spada, hałas się uśmierza,

      Na brzegach tylko szum jodły,

      W wodach gadanie cichego pacierza

      I dziewic żałośne modły.



      Co to ma znaczyć? różni różnie plotą,

      Cóż, kiedy nie był nikt na dnie;

      Biegają wieści pomiędzy prostotą,

      Lecz któż z nich prawdę odgadnie?



      Pan na Płużynach, którego pradziady

      Były Świtezi dziedzice,

      Z dawna przemyślał i zasięgał rady,

      Jak te zbadać tajemnice.



      Kazał przybory w bliskim robić mieście

      I wielkie sypał wydatki;

      Związano niewód, głęboki stóp dwieście,

      Budują czółny i statki.



      Ja ostrzegałem: że w tak wielkim dziele

      Dobrze, kto z Bogiem poczyna,

      Dano więc na mszą w niejednym kościele

      I ksiądz przyjechał z Cyryna.



      Stanął na brzegu, ubrał się w ornaty,

      Przeżegnał, pracę pokropił,

      Pan daje hasło: odbijają baty,

      Niewód się z szumem zatopił.



      Topi się, pławki na dół z sobą spycha,

      Tak przepaść wody głęboka.

      Prężą się liny, niewód idzie z cicha,

      Pewnie nie złowią ni oka.



      Na brzeg oboje wyjęto już skrzydło.

      Ciągną ostatek więcierzy;

      Powiemże, jakie złowiono straszydło?

      Choć powiem, nikt nie uwierzy.



      Powiem jednakże: nie straszydło wcale,

      Żywa kobieta w niewodzie,

      Twarz miała jasną, usta jak korale,

      Włos biały skąpany w wodzie.



      Do brzegu dąży; a gdy jedni z trwogi

      Na miejscu stanęli głazem,

      Drudzy zwracają ku ucieczce nogi,

      Łagodnym rzecze wyrazem;



      "Młodzieńcy, wiecie, że tutaj bezkarnie

      Dotąd nikt statku nie spuści,

      Każdego śmiałka jezioro zagarnie

      Do nieprzebrnionych czeluści.



      I ty, zuchwały, i twoja gromada

      Wraz byście poszli w głębinie,

      Lecz że to kraj był twojego pradziada,

      Że w tobie nasza krew płynie -



      Choć godna kary jest ciekawość pusta,

      Lecz żeście z Bogiem poczęli,

      Bóg wam przez moje opowiada usta

      Dzieje tej cudnej topieli.



      Na miejscach, które dziś piaskiem zaniosło,

      Gdzie car i trzcina zarasta,

      Po których teraz wasze biega wiosło,

      Stał okrąg pięknego miasta.



      Świteź, i w sławne orężem ramiona,

      I w kraśne twarze bogata,

      Niegdyś od książąt Tuhanów rządzona

      Kwitnęła przez długie lata.



      Nie ćmił widoku ten ostęp ponury;

      Przez żyzne wskróś okolice

      Widać stąd było Nowogródzkie mury,

      Litwy naówczas stolicę.



      Raz niespodzianie obległ tam Mendoga

      Potężnym wojskiem Car z Rusi,

      Na całą Litwę wielka padła trwoga,

      Że Mendog poddać się musi.



      Nim ściągnął wojsko z odległej granicy,

      Do ojca mego napisze:

      "Tuhanie! w tobie obrona stolicy,

      Spiesz, zwołaj twe towarzysze".



      Skoro przeczytał Tuhan list książęcy

      I wydał rozkaz do wojny,

      Stanęło zaraz mężów pięć tysięcy,

      A każdy konny i zbrojny.



      Uderzą w trąby, rusza młódź, już w bramie

      Błyska Tuhana proporzec,

      Lecz Tuhan stanie i ręce załamie,

      I znowu jedzie na dworzec.



      I mówi do mnie: "Jaż własnych mieszkańców

      Dla obcej zgubię odsieczy?

      Wszak wiesz, że Świteź nie ma innych szańców

      Prócz naszych piersi i mieczy.



      Jeśli rozdzielę szczupłe wojsko moje,

      Krewnemu nie dam obrony;

      A jeśli wszyscy pociągniem na boje,

      Jak będą córy i żony?"



      "Ojcze, odpowiem, lękasz się niewcześnie,

      Idź, kędy sława cię woła,

      Bóg nas obroni: dziś nad miastem we śnie

      Widziałam jego anioła.



      Okrążył Świteź miecza błyskawicą

      I nakrył złotymi pióry,

      I rzekł mi: "Póki męże za granicą,

      Ja bronię żony i córy".



      Usłuchał Tuhan i za wojskiem goni,

      Lecz gdy noc spadła ponura,

      Słychać gwar z dala, szczęk i tętent koni,

      I zewsząd straszny wrzask: "ura!"



      Zagrzmią tarany, padły bram ostatki,

      Zewsząd pocisków grad leci,

      Biegą na dworzec starce, nędzne matki,

      Dziewice i drobne dzieci.



      "Gwałtu! - wołają - zamykajcie bramę!

      Tuż, tuż za nami Ruś wali.

      Ach! zgińmy lepiej, zabijmy się same,

      Śmierć nas od hańby ocali".



      Natychmiast wściekłość bierze miejsce strachu;

      Miecą bogactwa na stosy,

      Przynoszą żagwie i płomień do gmachu

      I krzyczą strasznymi głosy:



      "Przeklęty będzie, kto się nie dobije!"

      Broniłam, lecz próżny opor,

      Klęczą, na progach wyciągają szyje,

      A drugie przynoszą topor.



      Gotowa zbrodnia: czyli wezwać hordy

      I podłe przyjąc kajdany,

      Czy bezbożnymi wytępić się mordy;

      "Panie! - zawołam - nad pany!



      Jeśli nie możem ujść nieprzyjaciela,

      O śmierć błagamy u ciebie,

      Niechaj nas lepiej twój piorun wystrzela

      Lub żywych ziemia pogrzebie."



      Wtem jakaś białość nagle mię otoczy,

      Dzień zda się spędzać noc ciemna,

      Spuszczam ku ziemi przerażone oczy,

      Już ziemi nie ma pode mną.



      Takeśmy uszły zhańbienia i rzezi;

      Widzisz to ziele dokoła,

      To są małżonki i córki Świtezi,

      Które Bóg przemienił w zioła.



      Białawym kwieciem, jak białe motylki,

      Unoszą się nad topielą;

      List ich zielony jak jodłowe szpilki,

      Kiedy je śniegi pobielą.



      Za życia cnoty niewinnej obrazy,

      Jej barwę mają po zgonie,

      W ukryciu żyją i nie cierpią skazy,

      Śmiertelne nie tkną ich dłonie.



      Doświadczył tego car i ruska zgraja,

      Gdy, piękne ujrzawszy kwiecie,

      Ten rwie i szyszak stalony umaja,

      Ten wianki na skronie plecie.



      Kto tylko ściągnął do głębini ramię,

      Tak straszna jest kwiatów władza,

      Że go natychmiast choroba wyłamie

      I śmierć gwałtowna ugadza.



      Choć czas te dzieje wymazał z pamięci,

      Pozostał sam odgłos kary,

      Dotąd w swych baśniach prostota go święci

      I kwiaty nazywa cary".



      To mówiąc pani zwolna się oddala,

      Topią się statki i sieci,

      Szum słychać w puszczy, poburzona fala

      Z łoskotem na brzegi leci.



      Jezioro do dna pękło na kształt rowu,

      Lecz próżno za nią wzrok goni,

      Wpadła i falą nakryła się znowu,

      I więcej nie słychać o niéj.

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka