eman_man
09.09.09, 14:23
Artykuł profesora Zbigniewa Lewickiego zatytułowany „Policzki
wymierzone Amerykanom” nadaje się na test uwagi dla wszystkich
pracujących w gazetach redaktorów. Do tego stopnia idzie pod prąd
powszechnym odczuciom, że aż się prosi, żeby odruchowo odwrócić w
nim wektory. Bo że narobiliśmy błędów w polityce zagranicznej wobec
USA, to zorientował się już nawet redaktor Bartosz Węglarczyk
z „Gazety Wyborczej”. Ale teza prof. Lewickiego, że pomyłki
polegają nie na przesadnej uległości, ale wręcz przeciwnie –
niedostatecznej, to doprawdy spektakularny rozłam w obozie polskich
neokonserwatystów. Świadectwem ostatnich złudzeń (albo złudzeń
ostatnich) są w polskiej tradycji adresy wiernopoddańcze.
Wiernopoddańczy adres
Swój prof. Lewicki zaczyna tezą, że dość upokarzający dla nas gest
administracji Baracka Obamy („żenujący – i nieprzypadkowy – spektakl
odkładania decyzji o składzie delegacji amerykańskiej na rocznicowe
obchody na Westerplatte”) to efekt „niefortunnych gestów Polski pod
adresem Ameryki”. Wśród nich autor wymienia „jednostronną” decyzję o
wycofaniu polskich wojsk z Iraku, pretensje premiera Donalda Tuska w
sprawie systemu Patriot wyrażone „akurat w dniu amerykańskiego
święta narodowego,” wreszcie list otwarty środkowoeuropejskich
polityków i intelektualistów do prezydenta Obamy, w którym apelowali
oni o większą stanowczość nowej administracji względem Rosji i
podtrzymanie amerykańskiego zainteresowania Europą Środkową.
Tymczasem, twierdzi profesor Lewicki, „jeżeli zależy nam na bliskiej
współpracy ze Stanami Zjednoczonymi, musimy zachowywać się jak
spolegliwi sojusznicy” – nie należy Amerykanom manifestować swej
wyższości, a gdy poproszą o pomoc, nie pytać, co w zamian, tylko
długo i konsekwentnie „budować obraz kraju gotowego do działań
sojuszniczych na swoją skalę”.
Na USA zaś nam zależy, gdyż „Stany Zjednoczone są jedynym państwem
zdolnym do realnego wsparcia naszego bezpieczeństwa – i jeszcze do
niedawna skłonnym, by dać temu wyraz w postaci stałej obecności
wojskowej w Polsce. W wypadku zagrożenia ze Wschodu nie możemy
liczyć na aktywność Niemiec czy Francji, czego dowodem jest ich
całkowity brak zainteresowania kwestią naszego bezpieczeństwa
energetycznego”. Trudno oprzeć się analogii powyższych tez do
propozycji takich ideologów „instynktu państwowego”, jak choćby
Bolesław Piasecki, którzy służalczość wobec wielkich braci
uzasadniali politycznym realizmem.
Irracjonalne żądania?
Przez ostatnie dwie dekady, a zwłaszcza w okresie rządów George’a W.
Busha, Polska – jako pierwsza w Europie – zawsze okazywała lojalność
wobec USA. W imię tej lojalności Polska zakupiła amerykańskie
myśliwce, żeby dać się upokorzyć przez sposób, w jaki
Amerykanie „wywiązali” się z umowy offsetowej. Następnie na przekór
większości krajów Europy (i własnej opinii publicznej) wysłała
wojska do Iraku na wojnę prowadzoną w imię fałszywych przesłanek
(Saddam Husajn nie współpracował z al Kaidą ani nie miał broni
masowego rażenia); zahamowała rozwój wspólnej europejskiej polityki
zagranicznej, ochoczo przewodząc Rumsfeldowskiej „nowej Europie”.
„Czy domaganie się, aby nie tylko amerykańskie koncerny otrzymały
irackie kontrakty jest irracjonalne?” A potem zakwestionowała sens
europejskiej polityki bezpieczeństwa, godząc się na instalację tzw.
tarczy antyrakietowej, która chroni USA przed Iranem, Koreą czy
pojedynczymi szaleńcami, ale nie Europę przed Rosją. W roku 2007
nasz kolejny rząd (ten sam, który prof. Lewicki oskarża o „policzki
wymierzane Amerykanom”) bez żadnej debaty publicznej wysłał polskich
żołnierzy na co najmniej dwuznaczną wojnę, przeznaczając ich do
zadań, na które nie zgodziło się wiele potężniejszych od nas państw.
Czy trzeba więcej? Krytykowany przez profesora apel do Obamy nie
był „grupową przyganą”, ale pisany był nieomal na kolanach – w
konwencji prośby do Wielkiego Brata, aby tylko o nas nie zapomniał i
nie zaufał nazbyt Putinowskiej Rosji, kolejnemu wcieleniu imperium.
Z kolei wojska z Iraku wycofaliśmy dopiero wtedy, gdy sytuacja w tym
kraju względnie się ustabilizowała, a i to tylko po to, aby wysiłek
wojenny skoncentrować na kolejnym pustynnym froncie – w Afganistanie.
Premier Tusk „w dniu narodowego święta” Amerykanów nieśmiało
przypomniał, że patrioty jako systemy przeciwlotniczych antyrakiet
faktycznie by się nam przydały – mają charakter czysto defensywny,
skutecznie bronią miast, a ich instalacja nie stanowi sygnału
wrogiego wobec któregokolwiek z sąsiadów. Pod warunkiem oczywiście,
że będzie ich więcej niż jedna nieuzbrojona bateria. Dla profesora
Lewickiego jednak był to wyraz nadmiernej buty polskich megalomanów.
Podobnie jak „irracjonalne” żądanie zapłaty za udział w wojnie w
Iraku. Domaganie się finansowych korzyści za wsparcie amerykańskiej
inwazji faktycznie było niegodziwe – ale wobec narodu irackiego,
któremu po rujnującej wojnie zaaplikowano prawdziwą „terapię
szokową” i rabunkową eksploatację gospodarki. Czy domaganie się od
Amerykanów, aby nie tylko Halliburton i inne amerykańskie koncerny
otrzymały irackie kontrakty to żądania irracjonalne? Na pewno nie na
gruncie realizmu politycznego, na który powołuje się Zbigniew
Lewicki.
Realizm chybiony
Postawie typu Realpolitik zarzucać można wiele, przede wszystkim
cynizm i uznanie prawa silniejszego. Jeszcze gorszy od niej jest
jednak realizm chybiony, który oznacza politykę brutalną, cyniczną,
a jednocześnie nieskuteczną i upokarzającą. Podstawowe przesłanki
myślenia Zbigniewa Lewickiego to: wyrażone explicite zagrożenie ze
Wschodu oraz brak zaufania do sojuszników europejskich; implicite
dochodzi jeszcze uzależnienie amerykańskiej polityki od gestów
prezentowanych przez partnerów.
Po pierwsze – Rosja faktycznie ma ambicje mocarstwowe, ale realizuje
je (zwłaszcza na odcinku zachodnim) poprzez dywizje „energetyczne”,
a nie pancerne. Chodzi oczywiście o Gazprom czy Łukoil, wielkie
koncerny sterowane przez państwo, których ekspansja zagraniczna
(sprzedaż surowców, ale także – przejmowanie sieci dystrybucji) ma
być instrumentem budowy potęgi gospodarczej i w konsekwencji
politycznej Rosji. Czołgi są dobre na Gruzję albo Inguszetię, na
ekspansję w Europie potrzeba raczej rur.
Po drugie – nie potrzeba nam zatem amerykańskich baz ani tarczy
antyrakietowej, która antagonizuje nie tylko Rosję, ale też opinię
publiczną wielu państw UE, tylko wspólnej europejskiej polityki
energetycznej. Francję i Niemcy przed dwustronnymi układami
energetycznymi z Rosją powstrzymać może tylko głębsza integracja
polityczno-gospodarcza Europy, którą „amerykanizacja” Europy
Środkowej raczej zahamuje.
Po trzecie – ocieplenie stosunków USA z Rosją i rezygnacja z budowy
tarczy nie wynikają z niedostatecznie głębokich ukłonów naszych
dyplomatów w Waszyngtonie, tylko ze zmiany priorytetów polityki
Białego Domu. Ameryka potrzebuje dywersyfikacji źródeł energii, do
czego Rosja (choćby dzięki złożom gazu pod Morzem Barentsa) jest
naturalnym partnerem. Administracja Obamy zrozumiała bowiem to,
czego Bushowscy ideolodzy neokonserwatyzmu pojąć nie mogli – że
Bliski Wschód nie będzie łatwym polem dla ekspansji wolności,
demokracji, podatku liniowego i teksańskich szybów naftowych.
Dobrym sojusznikiem USA może być tylko silna i