lubat
27.02.13, 22:28
Tak świętokradcze i bluźniercze pytanie stawia niejaki Jakub Korejba - pewnie jakiś komsomolec.
Teza dosyć śmiała i dyskusyjna, szczególnie dla wojtusiów i przyjaciółczegośtam.
Fajnie jednak gość podsumował "zdobycze" polityczne i gospodarcze poradzieckich republik, do których (z wyjątkiem Białorusi) Polska tak się umizguje:
Niepiękni dwudziestoletni
Suwerenny byt byłych republik radzieckich, z których większość oddzieliła się od Kraju Rad siłą inercji, czyniąc dość marny użytek z niepodległości, wyczerpał potencjał rozwoju dla zamieszkujących je ludzi.
O ile trudności pierwszych lat samodzielności można wytłumaczyć brakiem przygotowania społeczeństw i elit politycznych do stawienia czoła nowym wyzwaniom, o tyle nie można usprawiedliwiać bilansu przeszło dwóch dekad, które – zarówno w wymiarze sytuacji wewnętrznej, jak i prowadzonej polityki zagranicznej – wypadają kiepsko.
Większość republik, zaraz po tym, jak nagle otrzymała niepodległość, nawet nie próbowała stworzyć zrębów ustroju demokratycznego czy gospodarki wolnorynkowej. Oprócz republik bałtyckich, które otrzymały ogromną pomoc finansową i do których napłynęło wielu reemigranów ze Stanów Zjednoczonych i Europy Zachodniej, żaden z tych krajów nie spełnia nawet najbardziej podstawowych norm współczesnego państwa prawa. Co więcej, na tle byłych republik związkowych, Rosja może uchodzić dziś za wzór demokracji, reformatorskiego zapału i politycznego pluralizmu.
Wystarczy pobieżny przegląd sytuacji, aby przekonać się, że zwiększenie rosyjskiej potęgi może wpłynąć na nie w sposób pozytywny. Białoruś to polityczny skansen wspierający się na gospodarczej fikcji finansowanej związanej z „pomocą” wyczekującego zjednoczenia sąsiada. Ukraina to trzeszczący w szwach projekt biznesowy, w którym władza centralna zamiast prowadzić politykę, pełni na zmianę funkcję instytucji równoważącej oligarchiczne interesy i narzędzia do wykańczania konkurencyjnych klanów. Mołdawia jest dysfunkcjonalnym quasi-państwem, którego największym problemem jest określenie, czy stanowi część Rumunii czy Rosji. Armenia to konglomerat klanów, utrzymujący się z dolarów przysyłanych w kopertach przez diasporę i z rosyjskiej pomocy wojskowej. Gruzja stanowi przykład niewiarygodnego sukcesu medialnego, ale jednocześnie kraju, który zacznie ponownie rozpadać się na części, jak tylko Zachód przestanie udzielać mu pożyczek. Azerbejdżan to nieźle zarządzany rodzinny punkt handlu ropą i gazem, który w terminie opłaca lukratywne kontrakty, ale lepiej nie pytać, co stało się z konkurentami kierownika interesu. Kazachstan jest z kolei oświeconą dyktaturą, z niezłymi perspektywami rozwoju, jeśli tylko uznać brak wolności słowa, istnienie więźniów politycznych i eliminację opozycji za nieuchronne efekty uboczne modernizacji. Uzbekistan to zamordystyczny kacykat, w którym morderstwa polityczne, porwania przeciwników i czystki etniczne przestały budzić większe emocje. Turkmenistan, w którym jeszcze niedawno dzieci w szkołach zaczynały dzień od recytacji dzieł genialnego wodza, subtelnie retuszując wizerunek, umacnia system neosułtanatu. Kirgizja jest dysfunkcjonalnym zlepkiem plemion pozbawionych efektywnej władzy centralnej, który w zawrotnym tempie przekształca się w chińską kolonię. Tadżykistan to państwo upadłe, którego istnienie wynika jedynie z konieczności zapewnienia schronienia dla przerzucających afgańska heroinę klanów, które zamiast mordować się między sobą, skupiły się na dzieleniu zysków z kontrabandy.
www.new.org.pl/2013-02-11,rosyjski_dominacja_w.html