kylax1
14.03.14, 18:02
Zamieszanie ze zniknięciem lotu 370 Malaysia Airlines coraz większe. Samolot, po opuszczeniu półwyspu malajskiego najprawdopodobniej zmienił kurs na Cieśninę Malakka, a potem podążał korytarzami punktów nawigacyjnych wykorzystywanych w lotnictwie. Musiał go zatem pilotować ktoś, kto się na tym zna. Ponadto wykryto, że systemy pokładowe wysyłały sygnały do satelitów przez 4-6 godzin po wyłączeniu transpondera (choć bez podania dokładnej lokacji).
Problemem jest, że państwa regionu są niechętne do przekazywania danych radarów wojskowych, bo to mogłoby ujawnić ich zdolności obronne.
Na chwilę obecną uważa się, że samolot leciał na NW w kierunku Andamanów i Nikobarów.
I tu pytam. Jeżeli MA 370 został porwany, a następnie pilotowany tak, aby uniknąć wykrycia, a większość pokładowych systemów komunikacji została wyłączona, musiały to być osoby, które wiedzą co robią.
Komu mogło zależeć na odwróceniu uwagi światowej opinii publicznej? Czyżby pewnemu krajowi, który prowadzi pewną operację wojskową na pewnym półwyspie w Europie? Kraj ten ma takie możliwości.
Porywacze mogli rozbić samolot, ale wcześniej lecieli kilka godzin, żeby zmylić poszukujących i nadpisać "czarne skrzynki", bo one chyba nadpisują dane co 30 minut do godziny, co zatarło by ślady. Następnie wyskoczyli na spadochronach, a odzyskał ich rosyjski okręt podwodny. Tak mogło być.......a samolot z pasażerami runął do oceanu gdzieś w okolicach Afryki....