wasilko
22.03.14, 17:01
Prof. Stanisław Bieleń: pod wieloma względami Ukraina znajduje się na granicy upadku
- Sytuacja na Ukrainie jest niezwykle trudna. Pod wieloma względami państwo to znajduje się na granicy upadku - mówi w trzeciej części rozmowy z Onetem prof. Stanisław Bieleń. Politolog i rosjoznawca z Uniwersytetu Warszawskiego zauważa również, że nasz wschodni sąsiad jest państwem o "charakterze buforowym", a przeciąganie go w jakąkolwiek stronę doprowadzi do jego rozpadu. - Nikt przecież przy zdrowych zmysłach nie jest w stanie urządzać przestrzeni poradzieckiej bez udziału Rosji - tłumaczy. Ekspert odnosi się również do roli, jaką w sprawach ukraińskich odegrała Polska. - Przy tej okazji ujawniła się mizeria polskich ośrodków analitycznych i doradczych - przekonuje.
Z prof. Stanisławem Bieleniem rozmawia Tomasz Szeląg.
Onet: Wcześniejszy wywiad z Panem Profesorem o sytuacji wokół Krymu i prawie narodów do samostanowienia wywołał falę komentarzy, podobnie jak mocno postawiona teza o polskiej rusofobii…
Prof. Stanisław Bieleń: W stosunkowo krótkim wywiadzie nie było miejsca na wyczerpujący wykład na temat wszystkich aspektów samostanowienia narodów. Z konieczności operujemy skrótami i uproszczeniami, mając nadzieję, że czytelnik czy słuchacz ma na tyle wiedzy i wyobraźni, iż wykorzysta wypowiedź dla własnych przemyśleń i zacznie się zastanawiać nad złożonością materii. Szeroki odzew wśród internautów świadczy jednak o wrażliwości emocjonalnej i poznawczej ludzi z jednej strony, ale z drugiej o ich bezradności wobec trudnych zagadnień z pogranicza prawa międzynarodowego i polityki międzynarodowej.
Jak Pan ocenia sytuację po aneksji Krymu przez Federację Rosyjską?
Rosyjska interwencja na Krymie i jego inkorporacja w skład Federacji pokazały, jak kruche jest prawo międzynarodowe, jak słabe są możliwości jego egzekwowania. Pokazały także mizerię intelektualną komentatorów, brak wiedzy i kwalifikacji merytorycznych, aby taką sytuację kompetentnie analizować i oceniać.
Zamiast wiedzy analitycznej, rozlała się fala histerycznych komentarzy, które przeciętnemu zjadaczowi chleba bynajmniej nie ułatwiają zrozumienia istoty zaistniałej sytuacji. Przede wszystkim, zarówno media jak i politycy posługują się retoryką skrajnie emocjonalną i negatywnie wartościującą, będącą rezultatem syndromu myślenia grupowego, skupiającego uwagę na "agresji Moskwy", w oderwaniu od kontekstu i wydarzeń poprzedzających. Nikt nie chce słyszeć o przyczynach i początkach całego procesu, niemal wszyscy natomiast koncentrują uwagę na skutkach, których zresztą do końca nie znamy.
Na czym ten syndrom polega?
Syndrom taki, dobrze opisany w literaturze amerykańskiej (także jako syndrom "ogłupienia zbiorowego"), znany jest z czasów kryzysu rakietowego na Kubie 1962 r. Wtedy o mało co nie doprowadził do uruchomienia przez USA dźwigni atomowej. Obecnie pojawił się znowu w kontekście interwencji Rosji na Krymie. Do opinii społecznej z trudem przebija się racjonalna argumentacja, a zdrowy rozsądek i umiar w reagowaniu są na wagę złota.
Gdy nieco ochłonęliśmy, zaczyna się uświadamianie konieczności powrotu do realizmu i zachowanie dystansu do wydarzeń na Ukrainie zarówno na poziomie oficjalnym, jak i medialnym.
Czy mógłby Pan jednak bliżej opisać istotę tego syndromu?
Psychologia dostarcza informacji na temat zakłóceń w postrzeganiu wzajemnym stron w sytuacjach kryzysowych. Pod wpływem napięć percepcja rzeczywistości jest ograniczona. Racje schodzą na plan dalszy, a intelektem rządzą emocje. Upraszczanie rzeczywistości prowadzi do jej fałszowania. Przede wszystkim następuje przyspieszenie akcji i reakcji, co oznacza brak czasu na analizę informacji. Świat postrzegany jest w kategoriach czarno-białych. Dostęp do informacji jest zresztą znacznie ograniczony, a dezinformacja, selektywność postrzegania oraz ślepota poznawcza są na porządku dziennym. Typowymi zjawiskami są: autogloryfikacja (samouwielbienie) i brak krytycyzmu, aksjologizacja konfliktu (nasycenie wartościami) i dehumanizacja (odczłowieczenie) oponenta.
Zaangażowani w konflikt w miarę upływu czasu stają się coraz mniej zdolni zrozumieć położenie drugiej strony. Przestaje się rozumieć racje oponenta, bo on racji po prostu nie ma. Druga strona z założenia jest pozbawiona wszelkiej moralności, jest żądna wygranej, nic więcej. Dlatego pozbawia się ją cech ludzkich. Nie jest to partner do rozmów, ale wróg, którego należy bezwzględnie zwalczać. Nie można z nim rozmawiać, dyskutować, zawierać porozumienia, nie ma po prostu z kim tego robić.
Koncentrowanie się wyłącznie na własnej interpretacji prowadzi do "dialogu głuchych". Trwa medialna i polityczna akcja etykietowania, co łączy się z mechanizmem naznaczenia, związanym z dyskredytacją i stygmatyzacją, deprecjonowaniem poprzez przypinanie mu negatywnego znaku. Etykieta przeciwnika oznacza antycypowanie zachowań wrogich, których należy się spodziewać i na które trzeba być przygotowanym. W tych procesach ujawnia się mechanizm "samospełniającego się proroctwa".
Powstaje błędne koło reakcji i kontrreakcji. Wrogość, która zrazu jest tylko wynikiem wyobraźni, może przerodzić się w otwarty konflikt. Towarzyszą temu uproszczenia poznawcze i zubożenie intelektualne w przekazie informacji i ich interpretacji, wzywanie do użycia przemocy i narastająca gotowość do poświęceń. Zaangażowana emocjonalnie strona wyolbrzymia własną pozytywną, niemal misyjną rolę, przyjmując na siebie rolę obrońcy przed złem. W związku z tym demonstruje gotowość do ponoszenia ofiar. Nie przeraża przy tym wizja strat, a wręcz odwrotnie, odczuwa się satysfakcję z tego, że grożą cierpienia, że robi się coś, co jest bardzo niebezpieczne.
Więcej
wiadomosci.onet.pl/tylko-w-onecie/prof-stanislaw-bielen-pod-wieloma-wzgledami-ukraina-znajduje-sie-na-granicy-upadku/5b8zk