traian
07.09.04, 23:18
KRYSTYNA KURCZAB-REDLICH "Rzeczpospolita"
Dlaczego Rosjanie zabijają Czeczenów, dlaczego Putin zaczął tę wojnę,
dlaczego jej nie kończy, dlaczego Czeczeni zabijają Rosjan - pytania
logiczne, odpowiedź mniej, bo mieszczą się w niej emocje niepasujące do
władzy.
Precz z terrorem! Niech żyje terror!
W Domu Kultury "Dubrowka" zastrzelono wszystkich terrorystów, i tych, którzy
się bronili, i tych uśpionych. Nie dowiemy się już jednak, kto, kiedy i
dlaczego uzbroił szahidki nie w bomby, a w atrapy ładunków wybuchowych, o
czym większość z nich nie wiedziała, do ostatka uparcie łącząc nieaktywne
przewody. I dlaczego niektóre z nich miały przy sobie bilety powrotne do domu?
Wiosną tego roku, wieczorem, nad rzeką Assa w Inguszetii siedziała przy
ognisku grupka dzieci. Przeleciały nad nią dwa rosyjskie śmigłowce wojskowe,
zawróciły, spuściły bombę. Ognisko się dopalało, oświetlając trzy trupy i
kilkoro ciężko rannych. Niedługo potem patrzyłam w oczy matki jednego z
zabitych chłopców. Patrzyłam też w oczy matki, która pochowała trzech synów,
kilkunastolatków, przy tym - dwóch porwanych przez żołnierzy, a potem
porzuconych gdzieś przy drodze, z wypatroszonymi wnętrznościami. Widziałam
dzieci bez oczu i bez dłoni, okaleczone przez zabawki zrzucane na Czeczenię z
rosyjskich śmigłowców. Widziałam dziewczynkę z dziurą w czaszce, pod którą
pulsuje przykryty przezroczystą błoną mózg. Widziałam inną, zupełnie
sparaliżowaną przez odłamek bomby, który utkwił gdzieś w okolicach
kręgosłupa. Rozmawiałam z piętnastoletnim świadkiem rozpruwania brzuchów dwóm
żywym chłopcom czeczeńskim, których wnętrzności pijani żołnierze rzucali
psom...
Te dzieci, gdy je kaleczono i zabijano, krzyczały zapewne głośniej niż dzieci
ze szkoły nr 1 w Besłanie, ale miały mniej szczęścia: ich cierpienia to
codzienność Czeczenii. Dzieci z Besłanu cierpią odświętnie, na oczach
przyklejonego do telewizorów świata. Telewizor to święto terroru, jego
konsekracja. A równocześnie - przekleństwo serwisów informacyjnych, które
pożerają tylko świeże mięso, a wczorajsze nieszczęścia już ich nie
interesują. I gdy jakiś konsekwentny dziennikarz będzie się upierać, że
dramat Kosowa, Kabulu czy Groznego nie przestaje być dramatem tylko dlatego,
że świeższe są nieszczęścia Bagdadu, usłyszy: może to i dramat, ale już nie
temat.
Kto dziś nie umiera na ekranie, ten nie umiera wcale. Więc, by umieranie było
dostrzeżone, trzeba samemu zabijać - ot i cała filozofia terroryzmu, choć w
czeczeńskiej wersji bywa zawodna, bo nigdy nie wiadomo do końca, kto i po co
zabija.
Był koniec sierpnia 2002 roku. Grozny. Upał. Czekamy na kogoś tam w
rozgrzanej puszce samochodu. Nagle Musa, kierowca, pochyla się i szepce mi na
ucho, choć nikogo w pobliżu nie ma: - Zmieniamy taktykę. Będziemy tak, jak
Palestyńczycy, zabijać poprzez szahidów. Szykuje się duża akcja. W Moskwie.
Zobaczysz. - Świat was znienawidzi, będzie wami pogardzał - mówię. - A co nam
ten świat pomógł?! Milczy i ma gdzieś to, jak nas zabijają. Nie mamy już
innego wyjścia...
Wtedy nie uwierzyłam, a przypomniałam sobie tę rozmowę, podnosząc z błota na
Dubrowce muzułmański różaniec, taki jaki wisiał w aucie Musy...
Dlaczego Rosjanie zabijają Czeczenów, dlaczego Putin zaczął tę wojnę,
dlaczego jej nie kończy, dlaczego Czeczeni zabijają Rosjan - pytania
logiczne, odpowiedź mniej, bo mieszczą się w niej emocje niepasujące do
władzy. Bo, czy nienawiść może być elementem strategii państwowej?
"Pierwszą wojnę czeczeńską" (1994 - 1996) zakończył generał Aleksander
Lebiedź, zawierając w Chasawjurcie pokój z głównodowodzącym siłami
czeczeńskimi Asłanem Maschadowem. I choć w maju 1997 roku prezydent Jelcyn
zawarł z Maschadowem (którego w zwariowanych od radości zwycięstwa,
powszechnych wyborach naród wybrał na prezydenta) pakt o pokoju, rosyjscy
generałowie starannie przygotowywali odwet. Zamienienie sympatii, jaką świat
żywił do tego niewielkiego, bohaterskiego narodu, na niechęć to jeden z
głównych punktów tego planu. I oto jeszcze w 1996 r. tajemnicza ręka, która -
jak się później okazało - należała do Czeczena, agenta FSB Adama Denijewa,
gotuje śmierć sześciu lekarzom Czerwonego Krzyża... Inny kolaborant, Arbi
Barajew, w dwa lata później obcina głowy czterem Anglikom i
Nowozelandczykowi. Któż nie pamięta tych głów zatkniętych w śnieg? W model
porywacza szybko wpasowali się czeczeńscy bandyci, porywając kogo popadło,
najczęściej swoich bogatych ziomków, cudzoziemców na ogół zostawiając
moskiewskim agentom.
Prysnął czar romantycznych, walczących o niepodległość rycerzy, ludzi honoru
i gór. I o to chodziło. Zadanie zostało wykonane. Porwania należą już jednak
do rzadkości. Te najgłośniejsze, jak choćby porwanie Ariana Erkla z
organizacji Lekarze bez Granic, okazało się też akcją przeprowadzoną przez
FSB, co zostało udowodnione...
Codzienność Czeczenii ostatnich lat nie wzrusza, bo jej nie oglądamy. Ludzie
porywani z domów, torturowani, gwałceni, mordowani, rozrywani dynamitem nie
trafiają na wizję ani w eter, bo Czeczenię szczelnie odizolowano od świata.
Dziennikarz z kamerą wpuszczany jest tam od święta (np. na wybory) i pod
ścisłą kontrolą. Zimą tego roku rosyjski oficer zażądał ode mnie skasowania
sfilmowanej ulicy, bo "tu wszystko jest tajne". Cudem uniknęłam zabrania
kamery, a nawet dużo większych nieprzyjemności. Największy sukces Putina w
tej wojnie - to sukces propagandowy: Czeczen to albo ten, który uległ
procesowi kremlowskiej "normalizacji", albo terrorysta. Bo zeszłowieczne
porwania zastąpiono bardziej nowoczesnym nośnikiem nienawiści - terroryzmem.
Czeczeński terroryzm zaistniał dla świata we wrześniu 1999 roku, wraz z
wylatującymi w powietrze domami i ówczesnym premierem Rosji Władimirem
Putinem ścigającym Czeczenów nawet w wychodku. W komputerach pozostały daty i
liczby ofiar, powtarzane przy każdym nowym dramacie. Pojawiające się przy
nich wątpliwości znikają z pamięci, bo zamazują obraz.
Gdy i nazwa Besłan spadnie na dalsze miejsca w wiadomościach, zapomnimy o
tym, że Rusłan Auszew (cieszący się ogromnym autorytetem były prezydent
Inguszetii) nie zobaczył ani jednego Czeczena wśród terrorystów, choć
pertraktował z nimi długo, uwalniając dużą grupę dzieci. Zobaczył
Osetyjczyków i Rosjan, a nie Arabów i Murzyna, o których doniosły rosyjskie
media. Umknie naszej uwadze, że Czeczeni odcięli się od nieznanej im (i
komukolwiek), a przyznającej się do autorstwa dramatu w Besłanie organizacji
Islamabulah, sugerującej związek z Al-Kaidą. - Robią z nas sklonowanego bin
Ladena, jesteśmy więc bezradni - głosiły czeczeńskie centra informacyjne,
komentując zdanie Putina o interwencji międzynarodowego terroryzmu.
Umknie uwadze większości nie tylko opublikowane przez Czeczenów zapewnienie,
że człowiek o nazwisku Magomed Jewlojew i pseudonimie Magas, nazwany przez
oficjalne źródła rosyjskie przywódcą atakujących szkołę terrorystów, w ogóle
nie istnieje. I mało kto się dowie, że lekarzom szpitali w Besłanie FSB
odebrało telefony komórkowe, by nie mogli przekazać na zewnątrz wiadomości o
stanie i liczbie ofiar. A i dziennikarze - niezależni eksperci od Czeczenii:
Andriej Babicki - zaaresztowany na moskiewskim lotnisku pod zarzutem
wiezienia materiału wybuchowego - i Anna Politkowska - przytruta w samolocie
lecącym na Kaukaz - znikną za obrazami nieszczęsnych dzieci ze szkoły nr 1.
Zapomnimy i o tym, że terroryści wezwali na pośredników nieprzychylnych im
obrońców praw człowieka (jak Kowaliow) czy polityków (jak Hakamada), ale
generała FSB - prezydenta Inguszetii Zjazikowa, starego działacza
komunistycznego - prezydenta Osetii Dzasochowa i związanego z FSB doktora
Roszala...