Władimir Putin agituje w Kijowie

IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 26.10.04, 23:06
Kurde,tam naprawdę będą sie działy straszne rzeczy... Poleje sie krew,dużo
krwi.Kuczma wybory nazwyczajniej sfałszueje a wtedy setki tysięcy
demonstrantów zetrą się z wojskiem.Naprawdę nie chciałbym 31 października
przebywać w Kijowie.
    • Gość: ZOMO walic ich palami!!!to zmadrzeja IP: *.zabrze.net.pl 26.10.04, 23:06
      walic ich palami!!!to zmadrzeja
      • Gość: Boom Byly KGB-owiec popiera bylego kryminaliste. IP: 202.129.78.* 27.10.04, 00:30
        Spolka w stylu sowieckim - byly agent KGB popiera kandydature recydywisty
        skazywanego za rozboje i napady z bronia w reku.
        Paru postsowieckich agentow na forum az sie obslinilo z zachwytu nad ta spolka.
      • xr67 TO ZA WOŁYŃ !!! 27.10.04, 10:06
        http://kresowianie.prv.pl/

        "... Urodziłam się 16 grudnia 1936 roku w miejscowości Hurby, gmina Buderarz,
        powiat Zdołbunów, województwo Wołyń. Z domu nazywam się Ostaszewska, córka Jana
        i Marii (z domu Zielińskiej).
        Byłam zbyt mała, aby się bronić i zbyt duża, żeby zapomnieć tragiczny dzień
        2 czerwca 1943 roku. Wieczorem tego krytycznego dnia, mama całą piątkę dzieci
        przygotowywała do snu. Byliśmy w samych koszulkach (dla porządku podaję imiona
        i wiek mojego rodzeństwa: najstarszy brat, Marcel - 12 lat, siostra Lodzia - 10
        lat, Irena - 6,5 roku, siostra Stasia - 4 lata, brat Tadzio - 1,5 roku).
        Mieszkaliśmy dość daleko od innych gospodarstw i tego dnia ktoś nas
        powiadomił, że wiele domów pali się i że banderowcy napadli na Hurby. Wtedy
        ojciec zdecydował, aby mama z dziećmi uciekła do pobliskiego lasu. Tak też się
        stało. Marcel wziął na plecy Stasię, Mama najmłodsze z dzieci na ręce, ja zaś
        trzymając się sukienki Mamy i Lodzia - uciekałyśmy. Dołączyło do nas wielu
        sąsiadów, wszyscy biegli w kierunku lasu. Ojciec został w domu, aby wynieść
        cenniejsze rzeczy i trochę żywności.
        Uszliśmy może ze 150 metrów, kiedy Mama zauważyła kilku młodych mężczyzn
        wychodzących z lasu. Każdy miał w ręku siekierę. Mama zaczęła krzyczeć
        przeraźliwie, abyśmy się chowali. Rozbiegliśmy się wszyscy w zboże na tyle już
        duże, że pozwalało nam ukryć się. Brat Marcel z siostrą Stasią odbiegł od nas,
        siostrę Lodzię pociągnęła za sobą jedna z naszych sąsiadek, a ja zostałam z
        Mamą.
        Rozpoczęła się rzeź. Banderowcy uderzali na oślep siekierami i nożami kogo
        dopadli. Kilku z nich nadjechało na koniach i tratując w poszukiwaniu ofiar
        zboże - mordowali znalezionych. Kilku banderowców podbiegło do mojej mamy i
        jeden z nich uderzył ją w głowę siekierą. Mama upadła i wypuściła z rąk brata
        Tadzia, a ja z przerażenia krzyczałam. Na całym polu był ogromny wrzask i
        lament, ludzie błagali swoich oprawców o darowanie życia, no bo przecież ich
        znali. Oprawcy byli jednak bezwzględni. Mama czołgając się, przygarnęła do
        siebie płaczącego Tadzia i zakrwawionemu dała pierś.
        Po niedługiej chwili banderowcy ponownie dobiegli do mojej Mamy i podcięli
        jej gardło. Jeszcze żyła kiedy zdarli z niej szaty i poodcinali piersi. Ja
        leżałam przytulona do ziemi, chyba ze strachu nawet nie oddychałam. Mama i
        Tadzio strasznie się męczyli, Mama powyrywała sobie długie włosy z głowy, była
        strasznie zmieniona, bałam się jej, prosiła o wodę. Jak trochę się uspokoiło
        pobiegłam na nasz ogród i na listku kapusty przyniosłam trochę wody, ale nie
        podałam bo już nie jęczała i bałam się jej. W pewnym momencie zobaczyłam
        straszny ogień i wycie zwierząt, to paliły się nasze zabudowania, bydło i konie
        chodziły po ogrodzie, a trzoda i drób paliły się razem z budynkami. Przerażona
        przesiedziałam do rana przy zwłokach Mamy i brata. Zobaczyłam też inne trupy,
        bardzo się bałam, było mi zimno, byłam tylko w koszulce. Rano postanowiłam
        pójść do swojej cioci - Marii Terlickiej - myśląc w swej naiwności, że to tylko
        nas spotkało takie nieszczęście. Jej budynek, nowy, murowany, kryty blachą stał
        niezniszczony. Na podwórku było dużo koni, ale kiedy usłyszałam głośne rozmowy
        po ukraińsku uciekłam stamtąd do mojej koleżanki, Stasi Materkowskiej. Jej
        budynek, nowy, też nie był spalony, a na podwórku także zobaczyłam dużo koni.
        Weszłam na ganek i chciałam wejść do mieszkania, gdy nagle usłyszałam pijackie
        krzyki, a jeden z Ukraińców krzyknął: mała Laszka! Strylaj! Wybiegłam do dobrze
        znanego mi ogródka i weszłam w krzak jaśminu. Siedziałam cichutko i
        obserwowałam, jak pijani banderowcy wybiegli na podwórko. Nie szukali mnie,
        powsiadali na konie i ze śpiewem odjechali.
        Długo siedziałam w tym krzaku, płakałam i bawiłam się lalką, gałgankową,
        którą zabrałam ze sobą. Było bardzo gorące południe co zmusiło mnie, by wyjść
        szukać wody i ludzi. Bałam się wracać do domu, którego już nie było. Wyszłam na
        drogę i w pewnym momencie zauważyła mnie moja ciocia, Helena Ostaszewska, która
        zaopiekowała się płaczącym dzieckiem. Opowiedziałam jej, co przeżyłam przez
        ostatnią noc.
        Powoli ze zboża i innych kryjówek zaczęli wychodzić mieszkańcy Hurbów.
        Znalazła się moja siostra Lodzia, która też została przygarnięta przez ciocię.
        Stojąc w grupie zauważyliśmy, że z lasu biegnie jakiś mężczyzna. Zaczęliśmy się
        chować - każdy myślał, że to banderowiec - a to był mój Ojciec. Opowiedział,
        jak całą noc uciekał przed banderowcami. Uciekł z płonącego domu przez okno i
        ukrył się pod jakimś mostkiem w lesie. Bardzo rozpaczał na miejscu kaźni Mamy i
        brata, niedaleko leżał nieżywy brat Marcel i ciężko ranna siostra Stasia. Miała
        ona dwie dziury w głowie oraz dwie, kłute nożem, dziury w brzuchu. Było widać
        jelita, jęczała i wołała Mamusię. Pozostali mieszkańcy Hurbów zaczęli grzebać
        zwłoki najbliższych w miejscu ich śmierci. Ojciec pogrzebał Mamę, dwóch braci i
        sąsiada w naszym ogrodzie. Mężczyźni połapali swoje konie, było tez kilka wozów
        i bryczek, które się nie spaliły i zaczęliśmy się szykować do ucieczki, do
        Mizocza. Na naszym dużym wozie jechał Ojciec, Lodzia, opatulona ranna Stasia,
        oraz sąsiadka Wasylkowska z dziećmi. Wyjechało kilka furmanek w godzinach
        wczesnego popołudnia. Ojciec ciągle nas uspokajał, abyśmy nie płakały bo w
        lesie mogą być banderowcy. Po przebyciu przez nas kilku kilometrów, leśną drogę
        zastąpili banderowcy krzycząc: "Siuda jidut Lachy". Padły strzały, Tatuś
        krzyknął abyśmy uciekały, lecz sam nie mógł zejść z wozu, był chyba ranny.
        Wszyscy rozbiegli się po lesie, ja też usiłowałam biec za siostrą Lodzią i
        innymi ludźmi, ciągle płacząc i potykając się o gałęzie, które były zbyt duże
        (a może ja byłam zbyt mała), aby podołać w przerażeniu walce o ocalenie.
        Zgubiłam uciekających ale w zasięgu moich oczu były wozy z końmi, do których
        zbiegli się banderowcy, i ja pobiegłam do Tatusia i widziałam, jak go strasznie
        bili, a ja stałam przy krzaku i niemiłosiernie krzyczałam. Widziałam jak naszej
        sąsiadce Wasylkowskiej odrąbywali na pieńku głowę. Mój krzyk był tak
        przerażający, że jeden z banderowców podbiegł do mnie i z rozmachem wbił mi nóż
        troszeczkę poniżej gardła, a ja dalej krzyczałam i ze strachu nie mogłam się
        ruszyć z miejsca.
        Banderowcy byli zajęci mężczyznami i dobytkiem, krzyczeli po imieniu do
        Ojca, Ojciec też po imieniu błagał Iwana, aby darował mu życie. Ja też znałam
        tego Iwana, bo ciągle przychodził do naszego Tatusia jako przyjaciel. Ojca bili
        po głowie i twarzy, zdarli z niego ubranie, a kiedy mnie po raz drugi ujrzeli,
        postanowili skończyć ze mną raniąc prawą dłoń nożem i przebijając ją na wylot,
        a lewą rękę raniąc przed łokciem dwa razy. Upadłam. Jeden z banderowców chwycił
        mnie za skórę na plecach, tak jak się łapie kota, i tyle ile miał w garści
        odciął nożem, potem jeszcze dwa razy ugodził mnie nożem w łopatki i wrzucił w
        ogromny kopiec mrówek. Chyba straciłam przytomność, jak się ocknęłam był dzień,
        bardzo byłam obolała, a mrówki tak mnie pogryzły, że byłam bardzo opuchnięta a
        mrówki były w buzi, w nosie i w tych okropnych ranach. Wyczołgałam się z tego
        mrowiska, chciało mi się pić. Czołgając się zrywałam zielone jeszcze jagody i
        tak doczołgałam się do drogi i z przerażeniem zobaczyłam obdartego ze skóry,
        przywiązanego do drzewa człowieka, a to był mój Ojciec. Odrąbana, i leżąca obok
        głowa sąsiadki Wasylkowskiej pokryta była mrówkami. Po jakimś czasie usłyszałam
        nadjeżdżające furmanki, bałam się, ale nie miałam siły aby się ukryć. Leżałam
        przy drodze. Pamiętam jak podniósł mnie żołnierz (niemiecki) a ja prosiłam,
        żeby mnie nie zabijał. Coś mówił, ale nie rozumiałam. Po chwili zobaczyłam przy
        mnie mojego wujka Aleksandra Warnawskiego, który tłumaczył Niemcom, że mnie
        zna, bo wcześniej poznali na drzewie mojego Ojca. Niemcy zaopiekowali się mną
        układając na wozie i pojąc bardzo słodką kawą, której smak będę p
        • Gość: Stachu Re: TO ZA WOŁYŃ !!! IP: 69.158.23.* 27.10.04, 15:35
          Jak ktos przychodzi jako kolonizator to musi sie liczyc, ze ludnosc autochtonna
          kiedys sie temu sprzeciwi. Nieudalo sie Polsce stac panstwem kolonialnym w
          Poludniowej Ameryce, to wyslali swoich kolonistow na wschod. Zakonczyla sie ta
          wyprawa jak dla wszystkich prob kolonizacji.
          • Gość: . Lemko? Was tez rezali... IP: *.range81-156.btcentralplus.com 27.10.04, 15:44
          • xr67 KOLONIA???? 27.10.04, 15:54
            Chyba nie wiesz co to jest kolonia! Polacy chcieli się z Ukrainą zasymilować!
            Dlatego że większy jest bezpiecznieszy, a nie podbijać. Ukraińcy zawsze
            korzystali na przychylności Polski.

      • xr67 Poczytaj mi Mamo o WOŁYNIU ... (cześć 1) 27.10.04, 10:21
        kresowianie.prv.pl/
        "... Urodziłam się 16 grudnia 1936 roku w miejscowości Hurby, gmina Buderarz,
        powiat Zdołbunów, województwo Wołyń. Z domu nazywam się Ostaszewska, córka Jana
        i Marii (z domu Zielińskiej).
        Byłam zbyt mała, aby się bronić i zbyt duża, żeby zapomnieć tragiczny dzień
        2 czerwca 1943 roku. Wieczorem tego krytycznego dnia, mama całą piątkę dzieci
        przygotowywała do snu. Byliśmy w samych koszulkach (dla porządku podaję imiona
        i wiek mojego rodzeństwa: najstarszy brat, Marcel - 12 lat, siostra Lodzia - 10
        lat, Irena - 6,5 roku, siostra Stasia - 4 lata, brat Tadzio - 1,5 roku).
        Mieszkaliśmy dość daleko od innych gospodarstw i tego dnia ktoś nas
        powiadomił, że wiele domów pali się i że banderowcy napadli na Hurby. Wtedy
        ojciec zdecydował, aby mama z dziećmi uciekła do pobliskiego lasu. Tak też się
        stało. Marcel wziął na plecy Stasię, Mama najmłodsze z dzieci na ręce, ja zaś
        trzymając się sukienki Mamy i Lodzia - uciekałyśmy. Dołączyło do nas wielu
        sąsiadów, wszyscy biegli w kierunku lasu. Ojciec został w domu, aby wynieść
        cenniejsze rzeczy i trochę żywności.
        Uszliśmy może ze 150 metrów, kiedy Mama zauważyła kilku młodych mężczyzn
        wychodzących z lasu. Każdy miał w ręku siekierę. Mama zaczęła krzyczeć
        przeraźliwie, abyśmy się chowali. Rozbiegliśmy się wszyscy w zboże na tyle już
        duże, że pozwalało nam ukryć się. Brat Marcel z siostrą Stasią odbiegł od nas,
        siostrę Lodzię pociągnęła za sobą jedna z naszych sąsiadek, a ja zostałam z
        Mamą.
        Rozpoczęła się rzeź. Banderowcy uderzali na oślep siekierami i nożami kogo
        dopadli. Kilku z nich nadjechało na koniach i tratując w poszukiwaniu ofiar
        zboże - mordowali znalezionych. Kilku banderowców podbiegło do mojej mamy i
        jeden z nich uderzył ją w głowę siekierą. Mama upadła i wypuściła z rąk brata
        Tadzia, a ja z przerażenia krzyczałam. Na całym polu był ogromny wrzask i
        lament, ludzie błagali swoich oprawców o darowanie życia, no bo przecież ich
        znali. Oprawcy byli jednak bezwzględni. Mama czołgając się, przygarnęła do
        siebie płaczącego Tadzia i zakrwawionemu dała pierś.
        Po niedługiej chwili banderowcy ponownie dobiegli do mojej Mamy i podcięli
        jej gardło. Jeszcze żyła kiedy zdarli z niej szaty i poodcinali piersi. Ja
        leżałam przytulona do ziemi, chyba ze strachu nawet nie oddychałam. Mama i
        Tadzio strasznie się męczyli, Mama powyrywała sobie długie włosy z głowy, była
        strasznie zmieniona, bałam się jej, prosiła o wodę. Jak trochę się uspokoiło
        pobiegłam na nasz ogród i na listku kapusty przyniosłam trochę wody, ale nie
        podałam bo już nie jęczała i bałam się jej. W pewnym momencie zobaczyłam
        straszny ogień i wycie zwierząt, to paliły się nasze zabudowania, bydło i konie
        chodziły po ogrodzie, a trzoda i drób paliły się razem z budynkami. Przerażona
        przesiedziałam do rana przy zwłokach Mamy i brata. Zobaczyłam też inne trupy,
        bardzo się bałam, było mi zimno, byłam tylko w koszulce. Rano postanowiłam
        pójść do swojej cioci - Marii Terlickiej - myśląc w swej naiwności, że to tylko
        nas spotkało takie nieszczęście. Jej budynek, nowy, murowany, kryty blachą stał
        niezniszczony. Na podwórku było dużo koni, ale kiedy usłyszałam głośne rozmowy
        po ukraińsku uciekłam stamtąd do mojej koleżanki, Stasi Materkowskiej. Jej
        budynek, nowy, też nie był spalony, a na podwórku także zobaczyłam dużo koni.
        Weszłam na ganek i chciałam wejść do mieszkania, gdy nagle usłyszałam pijackie
        krzyki, a jeden z Ukraińców krzyknął: mała Laszka! Strylaj! Wybiegłam do dobrze
        znanego mi ogródka i weszłam w krzak jaśminu. Siedziałam cichutko i
        obserwowałam, jak pijani banderowcy wybiegli na podwórko. Nie szukali mnie,
        powsiadali na konie i ze śpiewem odjechali.
        Długo siedziałam w tym krzaku, płakałam i bawiłam się lalką, gałgankową,
        którą zabrałam ze sobą. Było bardzo gorące południe co zmusiło mnie, by wyjść
        szukać wody i ludzi. Bałam się wracać do domu, którego już nie było. Wyszłam na
        drogę i w pewnym momencie zauważyła mnie moja ciocia, Helena Ostaszewska, która
        zaopiekowała się płaczącym dzieckiem. Opowiedziałam jej, co przeżyłam przez
        ostatnią noc.
        Powoli ze zboża i innych kryjówek zaczęli wychodzić mieszkańcy Hurbów.
        Znalazła się moja siostra Lodzia, która też została przygarnięta przez ciocię.
        Stojąc w grupie zauważyliśmy, że z lasu biegnie jakiś mężczyzna. Zaczęliśmy się
        chować - każdy myślał, że to banderowiec - a to był mój Ojciec. Opowiedział,
        jak całą noc uciekał przed banderowcami. Uciekł z płonącego domu przez okno i
        ukrył się pod jakimś mostkiem w lesie. Bardzo rozpaczał na miejscu kaźni Mamy i
        brata, niedaleko leżał nieżywy brat Marcel i ciężko ranna siostra Stasia. Miała
        ona dwie dziury w głowie oraz dwie, kłute nożem, dziury w brzuchu. Było widać
        jelita, jęczała i wołała Mamusię. Pozostali mieszkańcy Hurbów zaczęli grzebać
        zwłoki najbliższych w miejscu ich śmierci. Ojciec pogrzebał Mamę, dwóch braci i
        sąsiada w naszym ogrodzie. Mężczyźni połapali swoje konie, było tez kilka wozów
        i bryczek, które się nie spaliły i zaczęliśmy się szykować do ucieczki, do
        Mizocza. Na naszym dużym wozie jechał Ojciec, Lodzia, opatulona ranna Stasia,
        oraz sąsiadka Wasylkowska z dziećmi. Wyjechało kilka furmanek w godzinach
        wczesnego popołudnia. Ojciec ciągle nas uspokajał, abyśmy nie płakały bo w
        lesie mogą być banderowcy. Po przebyciu przez nas kilku kilometrów, leśną drogę
        zastąpili banderowcy krzycząc: "Siuda jidut Lachy". Padły strzały, Tatuś
        krzyknął abyśmy uciekały, lecz sam nie mógł zejść z wozu, był chyba ranny.
        Wszyscy rozbiegli się po lesie, ja też usiłowałam biec za siostrą Lodzią i
        innymi ludźmi, ciągle płacząc i potykając się o gałęzie, które były zbyt duże
        (a może ja byłam zbyt mała), aby podołać w przerażeniu walce o ocalenie.
        Zgubiłam uciekających ale w zasięgu moich oczu były wozy z końmi, do których
        zbiegli się banderowcy, i ja pobiegłam do Tatusia i widziałam, jak go strasznie
        bili, a ja stałam przy krzaku i niemiłosiernie krzyczałam. Widziałam jak naszej
        sąsiadce Wasylkowskiej odrąbywali na pieńku głowę. Mój krzyk był tak
        przerażający, że jeden z banderowców podbiegł do mnie i z rozmachem wbił mi nóż
        troszeczkę poniżej gardła, a ja dalej krzyczałam i ze strachu nie mogłam się
        ruszyć z miejsca.

        dalej patrz część 2
        • xr67 Poczytaj mi Mamo o WOŁYNIU ... (cześć 2) 27.10.04, 10:21
          ....
          Banderowcy byli zajęci mężczyznami i dobytkiem, krzyczeli po imieniu do Ojca,
          Ojciec też po imieniu błagał Iwana, aby darował mu życie. Ja też znałam tego
          Iwana, bo ciągle przychodził do naszego Tatusia jako przyjaciel. Ojca bili po
          głowie i twarzy, zdarli z niego ubranie, a kiedy mnie po raz drugi ujrzeli,
          postanowili skończyć ze mną raniąc prawą dłoń nożem i przebijając ją na wylot,
          a lewą rękę raniąc przed łokciem dwa razy. Upadłam. Jeden z banderowców chwycił
          mnie za skórę na plecach, tak jak się łapie kota, i tyle ile miał w garści
          odciął nożem, potem jeszcze dwa razy ugodził mnie nożem w łopatki i wrzucił w
          ogromny kopiec mrówek. Chyba straciłam przytomność, jak się ocknęłam był dzień,
          bardzo byłam obolała, a mrówki tak mnie pogryzły, że byłam bardzo opuchnięta a
          mrówki były w buzi, w nosie i w tych okropnych ranach. Wyczołgałam się z tego
          mrowiska, chciało mi się pić. Czołgając się zrywałam zielone jeszcze jagody i
          tak doczołgałam się do drogi i z przerażeniem zobaczyłam obdartego ze skóry,
          przywiązanego do drzewa człowieka, a to był mój Ojciec. Odrąbana, i leżąca obok
          głowa sąsiadki Wasylkowskiej pokryta była mrówkami. Po jakimś czasie usłyszałam
          nadjeżdżające furmanki, bałam się, ale nie miałam siły aby się ukryć. Leżałam
          przy drodze. Pamiętam jak podniósł mnie żołnierz (niemiecki) a ja prosiłam,
          żeby mnie nie zabijał. Coś mówił, ale nie rozumiałam. Po chwili zobaczyłam przy
          mnie mojego wujka Aleksandra Warnawskiego, który tłumaczył Niemcom, że mnie
          zna, bo wcześniej poznali na drzewie mojego Ojca. Niemcy zaopiekowali się mną
          układając na wozie i pojąc bardzo słodką kawą, której smak będę pamiętać
          zawsze. Opowiadano mi, że mieszkańcy którzy się uratowali, uciekli do Mizocza i
          po trzech dniach wraz z wojskiem niemieckim, postanowili pojechać do Hurby aby
          zobaczyć co tam się stało.
          Tak więc się okazało, że przeleżałam w lesie trzy doby. Na miejscu w Hurbach
          odnalazła się moja siostra Lodzia, której udało się uciec z lasu. Muszę dodać,
          że nikt nie zabierał pomordowanych, nie było jak i nie było czasu. Niemcy
          wyznaczyli bardzo mało czasu na pobyt w naszej wiosce w obawie przed
          banderowcami. Zwłoki wielu mieszkańców Hurbów były przez Ukrainców ponownie
          wygrzebane i porozrzucane po polach i ogrodach. Wujek Aleksander Warnawski był
          mężem siostry mojego Ojca. Mnie i siostrę Lodzię wzięli na wychowanie, ja
          trafiłam do niemieckiego szpitala w Mizoczu. Długo się leczyłam, rany bardzo
          ropiały. Mam siedem blizn na ciele, które z biegiem lat przestały mi
          przeszkadzać, jednak okaleczona psychika daje mi znać o sobie przez całe życie.
          Po wyjściu za mąż zamieszkałam na Dolnym Śląsku i mieszkam tu od 1958 roku.
          Pisząc te trudne dla mnie słowa chcę, aby dotarły do wszystkich. Nie chcę
          aby zapomniano o tym, co wyrabiali pozbawieni sumienia rizuni ukraińscy, którzy
          w niewyobrażalnym bestialstwie przewyższyli stokroć GESTAPO i NKWD. Tamci to
          były organizacje państwowe powołane do niszczenia przeciwników, a banderowcy,
          którzy dziś mówią, że walczyli z Niemcami i Sowietami, w tchórzowski
          sposób "wojowali" z Bogu ducha winną ludnością cywilną, to jest ze mną - żywym
          świadkiem, 6,5-letnią dziewczynką, którą znali i znali jej ojca i całą rodzinę.
          Tylko bandyci i tchórze walczą z dziećmi i kobietami! Tylko zboczeńcy
          rozpruwają brzuchy i obcinają piersi, a oni w swoich szkołach w Polsce uczą
          dzieci ukraińskie, że to byli bohaterowie.
          Być może, gdyby tak nie kłamali, to byłyby inne stosunki z Ukraińcami, a tak
          to nie wiem, czy usłyszę proste, ale okazuje się za trudne dla nich słowo:
          Przepraszam!
          Irena Gajowczyk

          P.S. Z całej mojej rodziny żyje nas tylko dwie: Irena, to ja, pisząca te słowa
          i siostra Leokadia. Nie wiemy co stało się z ranną siostrą Stasią. Zamordowano
          razem 5 osób z mojej rodziny. Długo się bałam czy to napisać. Wujek Warnawski
          odradzał mi, ale teraz musiałam to z siebie wyrzucić.

          ..."
    • Gość: Gerard Wizja Putina to odbudowa centralnie sterowanego IP: *.detroit-19rh16rt-20rh15rt.mi.dial-access.att.net 27.10.04, 00:41
      panstwa powtarzajacego Kremlowski sen o potedze. Wizja te bedzie wprowadzana w
      zycie nawet za cene walki zbrojnej z opozycja. Panstwo mialoby powierzchnie dwa
      razy jak Kanada i okolo 240 mln. mieszkancow. Mala szansaie aby bylo
      demokratyczne. Jednakze Putin obawia sie zostawienia samej Rosji w obliczu
      parcia chinskiego na Syberie. Obecny wzrost dochodow z ropy na pewno dodal
      odwagi Wladimirowi.
    • Gość: . Nie sadze, by sie krew polala...Nb. a gdzie sa IP: *.range81-156.btcentralplus.com 27.10.04, 00:44
      POLSCY agitatorzy? Jesli Michnik chory dyplomatycznie,to mogl chociaz
      Wojciechowskiego wyslac...
    • Gość: hegemon Re: Władimir Putin agituje w Kijowie IP: *.chello.pl 27.10.04, 00:57
      To jest ingerowanie w sprawy suwerennego kraju. Tam się szykuje wielki przekręt
      i wielki bajzel. A zachód jak zwykle milczy... Skończy się kolejną żelazną
      kurtyną, tylko tym razem na Bugu. Trzymaj się wolna Ukraino i na pochybel
      kacapom!!! Nie dajcie się tej k*%^# Rosji!!!
      • Gość: pisze wiec jestem Re: Władimir Putin agituje w Kijowie IP: *.cpe.net.cable.rogers.com 27.10.04, 03:50
        Gość portalu: hegemon napisał(a):

        > To jest ingerowanie w sprawy suwerennego kraju.

        Towarzysz Putin traktuje Ukraine jak gubernie a nie jak suwerenny kraj.
        Przeciez Rosja protestowala przeciwko sankcjom amerykanskim przeciwko rezimowi
        bialoruskiemu jako mieszaniu sie w sprawy suwerennego panstwa. Tego samego nie
        widzi w stosunku do siebie i Ukrainy. A wiec Kreml juz nawet nie utrzymuje
        fasady przyzwoitosci i otwarcie przyznaje, ze Ukraina wedlug niego nie jest
        niepodlegla. Taki oto porzadek czeka Ukraine jezeli przegra Juszczenko.
    • Gość: Marharyta ORGANIZUJEMY MANIFESTACJĘ ZA WOLNĄUKRAINĘ IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 27.10.04, 01:06
      Pokojową manifestację.
      Kto się z Was dołącza?
      Potrzebujemy ludzi.
      Niech Ukraina wie, że nie jest sama...
      Nie można bezczynnie się temu przyglądać
      Nasz rząd nabrał wody w usta.
      Ale kto z Was się z nim dziś identyfikuje?!
      Rząd i prezydent sobie, a my róbmy!!!

      Marharyta
      PS< Czekamy na poparcie
      wolnaukraina@gaztea.pl
      • xr67 PO CO? Lepiej poczytaj sobie dalej o WOŁYNIU .... 27.10.04, 10:17
        ...
        http://kresowianie.prv.pl/

        "... Urodziłam się 16 grudnia 1936 roku w miejscowości Hurby, gmina Buderarz,
        powiat Zdołbunów, województwo Wołyń. Z domu nazywam się Ostaszewska, córka Jana
        i Marii (z domu Zielińskiej).
        Byłam zbyt mała, aby się bronić i zbyt duża, żeby zapomnieć tragiczny dzień
        2 czerwca 1943 roku. Wieczorem tego krytycznego dnia, mama całą piątkę dzieci
        przygotowywała do snu. Byliśmy w samych koszulkach (dla porządku podaję imiona
        i wiek mojego rodzeństwa: najstarszy brat, Marcel - 12 lat, siostra Lodzia - 10
        lat, Irena - 6,5 roku, siostra Stasia - 4 lata, brat Tadzio - 1,5 roku).
        Mieszkaliśmy dość daleko od innych gospodarstw i tego dnia ktoś nas
        powiadomił, że wiele domów pali się i że banderowcy napadli na Hurby. Wtedy
        ojciec zdecydował, aby mama z dziećmi uciekła do pobliskiego lasu. Tak też się
        stało. Marcel wziął na plecy Stasię, Mama najmłodsze z dzieci na ręce, ja zaś
        trzymając się sukienki Mamy i Lodzia - uciekałyśmy. Dołączyło do nas wielu
        sąsiadów, wszyscy biegli w kierunku lasu. Ojciec został w domu, aby wynieść
        cenniejsze rzeczy i trochę żywności.
        Uszliśmy może ze 150 metrów, kiedy Mama zauważyła kilku młodych mężczyzn
        wychodzących z lasu. Każdy miał w ręku siekierę. Mama zaczęła krzyczeć
        przeraźliwie, abyśmy się chowali. Rozbiegliśmy się wszyscy w zboże na tyle już
        duże, że pozwalało nam ukryć się. Brat Marcel z siostrą Stasią odbiegł od nas,
        siostrę Lodzię pociągnęła za sobą jedna z naszych sąsiadek, a ja zostałam z
        Mamą.
        Rozpoczęła się rzeź. Banderowcy uderzali na oślep siekierami i nożami kogo
        dopadli. Kilku z nich nadjechało na koniach i tratując w poszukiwaniu ofiar
        zboże - mordowali znalezionych. Kilku banderowców podbiegło do mojej mamy i
        jeden z nich uderzył ją w głowę siekierą. Mama upadła i wypuściła z rąk brata
        Tadzia, a ja z przerażenia krzyczałam. Na całym polu był ogromny wrzask i
        lament, ludzie błagali swoich oprawców o darowanie życia, no bo przecież ich
        znali. Oprawcy byli jednak bezwzględni. Mama czołgając się, przygarnęła do
        siebie płaczącego Tadzia i zakrwawionemu dała pierś.
        Po niedługiej chwili banderowcy ponownie dobiegli do mojej Mamy i podcięli
        jej gardło. Jeszcze żyła kiedy zdarli z niej szaty i poodcinali piersi. Ja
        leżałam przytulona do ziemi, chyba ze strachu nawet nie oddychałam. Mama i
        Tadzio strasznie się męczyli, Mama powyrywała sobie długie włosy z głowy, była
        strasznie zmieniona, bałam się jej, prosiła o wodę. Jak trochę się uspokoiło
        pobiegłam na nasz ogród i na listku kapusty przyniosłam trochę wody, ale nie
        podałam bo już nie jęczała i bałam się jej. W pewnym momencie zobaczyłam
        straszny ogień i wycie zwierząt, to paliły się nasze zabudowania, bydło i konie
        chodziły po ogrodzie, a trzoda i drób paliły się razem z budynkami. Przerażona
        przesiedziałam do rana przy zwłokach Mamy i brata. Zobaczyłam też inne trupy,
        bardzo się bałam, było mi zimno, byłam tylko w koszulce. Rano postanowiłam
        pójść do swojej cioci - Marii Terlickiej - myśląc w swej naiwności, że to tylko
        nas spotkało takie nieszczęście. Jej budynek, nowy, murowany, kryty blachą stał
        niezniszczony. Na podwórku było dużo koni, ale kiedy usłyszałam głośne rozmowy
        po ukraińsku uciekłam stamtąd do mojej koleżanki, Stasi Materkowskiej. Jej
        budynek, nowy, też nie był spalony, a na podwórku także zobaczyłam dużo koni.
        Weszłam na ganek i chciałam wejść do mieszkania, gdy nagle usłyszałam pijackie
        krzyki, a jeden z Ukraińców krzyknął: mała Laszka! Strylaj! Wybiegłam do dobrze
        znanego mi ogródka i weszłam w krzak jaśminu. Siedziałam cichutko i
        obserwowałam, jak pijani banderowcy wybiegli na podwórko. Nie szukali mnie,
        powsiadali na konie i ze śpiewem odjechali.
        Długo siedziałam w tym krzaku, płakałam i bawiłam się lalką, gałgankową,
        którą zabrałam ze sobą. Było bardzo gorące południe co zmusiło mnie, by wyjść
        szukać wody i ludzi. Bałam się wracać do domu, którego już nie było. Wyszłam na
        drogę i w pewnym momencie zauważyła mnie moja ciocia, Helena Ostaszewska, która
        zaopiekowała się płaczącym dzieckiem. Opowiedziałam jej, co przeżyłam przez
        ostatnią noc.
        Powoli ze zboża i innych kryjówek zaczęli wychodzić mieszkańcy Hurbów.
        Znalazła się moja siostra Lodzia, która też została przygarnięta przez ciocię.
        Stojąc w grupie zauważyliśmy, że z lasu biegnie jakiś mężczyzna. Zaczęliśmy się
        chować - każdy myślał, że to banderowiec - a to był mój Ojciec. Opowiedział,
        jak całą noc uciekał przed banderowcami. Uciekł z płonącego domu przez okno i
        ukrył się pod jakimś mostkiem w lesie. Bardzo rozpaczał na miejscu kaźni Mamy i
        brata, niedaleko leżał nieżywy brat Marcel i ciężko ranna siostra Stasia. Miała
        ona dwie dziury w głowie oraz dwie, kłute nożem, dziury w brzuchu. Było widać
        jelita, jęczała i wołała Mamusię. Pozostali mieszkańcy Hurbów zaczęli grzebać
        zwłoki najbliższych w miejscu ich śmierci. Ojciec pogrzebał Mamę, dwóch braci i
        sąsiada w naszym ogrodzie. Mężczyźni połapali swoje konie, było tez kilka wozów
        i bryczek, które się nie spaliły i zaczęliśmy się szykować do ucieczki, do
        Mizocza. Na naszym dużym wozie jechał Ojciec, Lodzia, opatulona ranna Stasia,
        oraz sąsiadka Wasylkowska z dziećmi. Wyjechało kilka furmanek w godzinach
        wczesnego popołudnia. Ojciec ciągle nas uspokajał, abyśmy nie płakały bo w
        lesie mogą być banderowcy. Po przebyciu przez nas kilku kilometrów, leśną drogę
        zastąpili banderowcy krzycząc: "Siuda jidut Lachy". Padły strzały, Tatuś
        krzyknął abyśmy uciekały, lecz sam nie mógł zejść z wozu, był chyba ranny.
        Wszyscy rozbiegli się po lesie, ja też usiłowałam biec za siostrą Lodzią i
        innymi ludźmi, ciągle płacząc i potykając się o gałęzie, które były zbyt duże
        (a może ja byłam zbyt mała), aby podołać w przerażeniu walce o ocalenie.
        Zgubiłam uciekających ale w zasięgu moich oczu były wozy z końmi, do których
        zbiegli się banderowcy, i ja pobiegłam do Tatusia i widziałam, jak go strasznie
        bili, a ja stałam przy krzaku i niemiłosiernie krzyczałam. Widziałam jak naszej
        sąsiadce Wasylkowskiej odrąbywali na pieńku głowę. Mój krzyk był tak
        przerażający, że jeden z banderowców podbiegł do mnie i z rozmachem wbił mi nóż
        troszeczkę poniżej gardła, a ja dalej krzyczałam i ze strachu nie mogłam się
        ruszyć z miejsca.
        Banderowcy byli zajęci mężczyznami i dobytkiem, krzyczeli po imieniu do
        Ojca, Ojciec też po imieniu błagał Iwana, aby darował mu życie. Ja też znałam
        tego Iwana, bo ciągle przychodził do naszego Tatusia jako przyjaciel. Ojca bili
        po głowie i twarzy, zdarli z niego ubranie, a kiedy mnie po raz drugi ujrzeli,
        postanowili skończyć ze mną raniąc prawą dłoń nożem i przebijając ją na wylot,
        a lewą rękę raniąc przed łokciem dwa razy. Upadłam. Jeden z banderowców chwycił
        mnie za skórę na plecach, tak jak się łapie kota, i tyle ile miał w garści
        odciął nożem, potem jeszcze dwa razy ugodził mnie nożem w łopatki i wrzucił w
        ogromny kopiec mrówek. Chyba straciłam przytomność, jak się ocknęłam był dzień,
        bardzo byłam obolała, a mrówki tak mnie pogryzły, że byłam bardzo opuchnięta a
        mrówki były w buzi, w nosie i w tych okropnych ranach. Wyczołgałam się z tego
        mrowiska, chciało mi się pić. Czołgając się zrywałam zielone jeszcze jagody i
        tak doczołgałam się do drogi i z przerażeniem zobaczyłam obdartego ze skóry,
        przywiązanego do drzewa człowieka, a to był mój Ojciec. Odrąbana, i leżąca obok
        głowa sąsiadki Wasylkowskiej pokryta była mrówkami. Po jakimś czasie usłyszałam
        nadjeżdżające furmanki, bałam się, ale nie miałam siły aby się ukryć. Leżałam
        przy drodze. Pamiętam jak podniósł mnie żołnierz (niemiecki) a ja prosiłam,
        żeby mnie nie zabijał. Coś mówił, ale nie rozumiałam. Po chwili zobaczyłam przy
        mnie mojego wujka Aleksandra Warnawskiego, który tłumaczył Niemcom, że mnie
        zna, bo wcześniej poznali na drzewie mojego Ojca. Niemcy zaopiekowali się mną
        układając na wozie i pojąc bardzo słodką kawą, której smak b
        • Gość: Vit Re: PO CO? Lepiej poczytaj sobie dalej o WOŁYNIU IP: *.crowley.pl 27.10.04, 11:14
          W tym kontekście może warto by było przypomnieć sobie pacyfikacje ukr. wsi w
          okrasie międzywojennym i pierwszy polski obóz koncentracyjny w Brzezince.
          • xr67 Re: PO CO? Lepiej poczytaj sobie dalej o WOŁYNIU 27.10.04, 11:20
            Gość portalu: Vit napisał(a):

            > W tym kontekście może warto by było przypomnieć sobie pacyfikacje ukr. wsi w
            > okrasie międzywojennym i pierwszy polski obóz koncentracyjny w Brzezince.

            Śmiało proszę, przypominaj... Tylko konkrety źródła historyczne, a nie
            propaganda UNA. A za ten "pierwszy polski obóz koncentracyjny w Brzezince" to
            uważaj żebyś nie dostał Nobla historii (gdyby taki był).


          • Gość: . Te"pacyfikacje" to byl przymusowy pobor do WP. IP: *.range81-156.btcentralplus.com 27.10.04, 15:48
            A takze aresztowania politrukow "Hromady", manipulowanej przez NKWD. Podaj mi
            ilosc tych "trupow" w owych "pacyfikacjach" - ze szczegolnym uwzglednieniem
            ilosci pomordowanych dzieci i kobiet, a takze dane nt. polskiego obozu
            koncentracyjnego w Brzezince.
            Ty nie wiadomo czy sie z ciebie smiac, czy tez w morde strzelic...
            • Gość: Jerzy Ja Ukraincow i Ukraine lubie IP: *.iFiber.telenet-ops.be 27.10.04, 17:20
              i nie chce ani sluchac ani czytac tych bzdur, teraz nie ma to zadnego
              znaczenia. Zamilknijcie wiecznie wczorajsi kombatanci. Wasz czas sie skonczyl,
              z jednej i drugiej strony sie wyrzynaliscie sie, zabijaliscie, wasza generacja
              (ogolnie wszystkie narody) to jedna wielka kleska. Dajcie mlodym, madrzejszym,
              lepiej wyksztalconym zyc inaczej i nie zatruwajcie swoim jadem ich zycia. My
              potrafimy lepiej zbudowac ten swiat, wy go niszczyliscie.
            • Gość: obs Re: Te"pacyfikacje" to byl przymusowy pobor do WP IP: *.dhcp.kabelnettet.dk 27.10.04, 18:28
              O ruski kutas na forum znowu,he,he
      • Gość: che guevara Jestem ZA!!! Też popieram Ukrainę wolną od IP: 217.153.221.* 28.10.04, 00:30
        morderczego zachodniego imperializmu gospodarczego.
        To że Polska stała się jego największą ofiarą nie znaczy że powinniśmy życzyć
        takiej samej ruiny Ukrańcom, dlatego również optuję za wolną Ukrainą.
    • Gość: ED Re: Władimir Putin agituje w Kijowie IP: 212.244.126.* 27.10.04, 08:42
      Jeżeli Ukraińcy mają choć trochę oleju w głowie, a wierzę że mają, to powinni
      pokacać jego wysokości carowi Rosji drzwi.....
      • Gość: Polak z Kanady Re: Władimir Putin agituje w Kijowie IP: *.bchsia.telus.net 27.10.04, 08:57
        I byłoby słusznie gdyby agitacja Putina obróciła się przeciwko tym, na których
        korzyść tak "bezstronnie" agituje. Ale trudno spodziewać się, że obywatele
        Ukrainy będą mieli aż na tyle oleju w głowie, gdy się ma do czynienia ze
        skoordynowanymi działaniami prezydentów Ukrainy i Rosji, z kontrolą mediów, ze
        współpracą służb specjalnych, itd. Zachodzą na wschód od Polski być może
        nieodwracalne zmiany, a wy, rodacy w Kraju, żryjcie się i oddawajcie
        politykierstwu. Wyżywajcie się antysemicko, szowinistycznie, partyjnie,
        lewacko, prawacko, i partykularnie. Obyście w końcu za to drogo nie zapłacili.
        Oby!!!
    • xr67 TO ZA WOŁYŃ 27.10.04, 10:06
      http://kresowianie.prv.pl/

      "... Urodziłam się 16 grudnia 1936 roku w miejscowości Hurby, gmina Buderarz,
      powiat Zdołbunów, województwo Wołyń. Z domu nazywam się Ostaszewska, córka Jana
      i Marii (z domu Zielińskiej).
      Byłam zbyt mała, aby się bronić i zbyt duża, żeby zapomnieć tragiczny dzień
      2 czerwca 1943 roku. Wieczorem tego krytycznego dnia, mama całą piątkę dzieci
      przygotowywała do snu. Byliśmy w samych koszulkach (dla porządku podaję imiona
      i wiek mojego rodzeństwa: najstarszy brat, Marcel - 12 lat, siostra Lodzia - 10
      lat, Irena - 6,5 roku, siostra Stasia - 4 lata, brat Tadzio - 1,5 roku).
      Mieszkaliśmy dość daleko od innych gospodarstw i tego dnia ktoś nas
      powiadomił, że wiele domów pali się i że banderowcy napadli na Hurby. Wtedy
      ojciec zdecydował, aby mama z dziećmi uciekła do pobliskiego lasu. Tak też się
      stało. Marcel wziął na plecy Stasię, Mama najmłodsze z dzieci na ręce, ja zaś
      trzymając się sukienki Mamy i Lodzia - uciekałyśmy. Dołączyło do nas wielu
      sąsiadów, wszyscy biegli w kierunku lasu. Ojciec został w domu, aby wynieść
      cenniejsze rzeczy i trochę żywności.
      Uszliśmy może ze 150 metrów, kiedy Mama zauważyła kilku młodych mężczyzn
      wychodzących z lasu. Każdy miał w ręku siekierę. Mama zaczęła krzyczeć
      przeraźliwie, abyśmy się chowali. Rozbiegliśmy się wszyscy w zboże na tyle już
      duże, że pozwalało nam ukryć się. Brat Marcel z siostrą Stasią odbiegł od nas,
      siostrę Lodzię pociągnęła za sobą jedna z naszych sąsiadek, a ja zostałam z
      Mamą.
      Rozpoczęła się rzeź. Banderowcy uderzali na oślep siekierami i nożami kogo
      dopadli. Kilku z nich nadjechało na koniach i tratując w poszukiwaniu ofiar
      zboże - mordowali znalezionych. Kilku banderowców podbiegło do mojej mamy i
      jeden z nich uderzył ją w głowę siekierą. Mama upadła i wypuściła z rąk brata
      Tadzia, a ja z przerażenia krzyczałam. Na całym polu był ogromny wrzask i
      lament, ludzie błagali swoich oprawców o darowanie życia, no bo przecież ich
      znali. Oprawcy byli jednak bezwzględni. Mama czołgając się, przygarnęła do
      siebie płaczącego Tadzia i zakrwawionemu dała pierś.
      Po niedługiej chwili banderowcy ponownie dobiegli do mojej Mamy i podcięli
      jej gardło. Jeszcze żyła kiedy zdarli z niej szaty i poodcinali piersi. Ja
      leżałam przytulona do ziemi, chyba ze strachu nawet nie oddychałam. Mama i
      Tadzio strasznie się męczyli, Mama powyrywała sobie długie włosy z głowy, była
      strasznie zmieniona, bałam się jej, prosiła o wodę. Jak trochę się uspokoiło
      pobiegłam na nasz ogród i na listku kapusty przyniosłam trochę wody, ale nie
      podałam bo już nie jęczała i bałam się jej. W pewnym momencie zobaczyłam
      straszny ogień i wycie zwierząt, to paliły się nasze zabudowania, bydło i konie
      chodziły po ogrodzie, a trzoda i drób paliły się razem z budynkami. Przerażona
      przesiedziałam do rana przy zwłokach Mamy i brata. Zobaczyłam też inne trupy,
      bardzo się bałam, było mi zimno, byłam tylko w koszulce. Rano postanowiłam
      pójść do swojej cioci - Marii Terlickiej - myśląc w swej naiwności, że to tylko
      nas spotkało takie nieszczęście. Jej budynek, nowy, murowany, kryty blachą stał
      niezniszczony. Na podwórku było dużo koni, ale kiedy usłyszałam głośne rozmowy
      po ukraińsku uciekłam stamtąd do mojej koleżanki, Stasi Materkowskiej. Jej
      budynek, nowy, też nie był spalony, a na podwórku także zobaczyłam dużo koni.
      Weszłam na ganek i chciałam wejść do mieszkania, gdy nagle usłyszałam pijackie
      krzyki, a jeden z Ukraińców krzyknął: mała Laszka! Strylaj! Wybiegłam do dobrze
      znanego mi ogródka i weszłam w krzak jaśminu. Siedziałam cichutko i
      obserwowałam, jak pijani banderowcy wybiegli na podwórko. Nie szukali mnie,
      powsiadali na konie i ze śpiewem odjechali.
      Długo siedziałam w tym krzaku, płakałam i bawiłam się lalką, gałgankową,
      którą zabrałam ze sobą. Było bardzo gorące południe co zmusiło mnie, by wyjść
      szukać wody i ludzi. Bałam się wracać do domu, którego już nie było. Wyszłam na
      drogę i w pewnym momencie zauważyła mnie moja ciocia, Helena Ostaszewska, która
      zaopiekowała się płaczącym dzieckiem. Opowiedziałam jej, co przeżyłam przez
      ostatnią noc.
      Powoli ze zboża i innych kryjówek zaczęli wychodzić mieszkańcy Hurbów.
      Znalazła się moja siostra Lodzia, która też została przygarnięta przez ciocię.
      Stojąc w grupie zauważyliśmy, że z lasu biegnie jakiś mężczyzna. Zaczęliśmy się
      chować - każdy myślał, że to banderowiec - a to był mój Ojciec. Opowiedział,
      jak całą noc uciekał przed banderowcami. Uciekł z płonącego domu przez okno i
      ukrył się pod jakimś mostkiem w lesie. Bardzo rozpaczał na miejscu kaźni Mamy i
      brata, niedaleko leżał nieżywy brat Marcel i ciężko ranna siostra Stasia. Miała
      ona dwie dziury w głowie oraz dwie, kłute nożem, dziury w brzuchu. Było widać
      jelita, jęczała i wołała Mamusię. Pozostali mieszkańcy Hurbów zaczęli grzebać
      zwłoki najbliższych w miejscu ich śmierci. Ojciec pogrzebał Mamę, dwóch braci i
      sąsiada w naszym ogrodzie. Mężczyźni połapali swoje konie, było tez kilka wozów
      i bryczek, które się nie spaliły i zaczęliśmy się szykować do ucieczki, do
      Mizocza. Na naszym dużym wozie jechał Ojciec, Lodzia, opatulona ranna Stasia,
      oraz sąsiadka Wasylkowska z dziećmi. Wyjechało kilka furmanek w godzinach
      wczesnego popołudnia. Ojciec ciągle nas uspokajał, abyśmy nie płakały bo w
      lesie mogą być banderowcy. Po przebyciu przez nas kilku kilometrów, leśną drogę
      zastąpili banderowcy krzycząc: "Siuda jidut Lachy". Padły strzały, Tatuś
      krzyknął abyśmy uciekały, lecz sam nie mógł zejść z wozu, był chyba ranny.
      Wszyscy rozbiegli się po lesie, ja też usiłowałam biec za siostrą Lodzią i
      innymi ludźmi, ciągle płacząc i potykając się o gałęzie, które były zbyt duże
      (a może ja byłam zbyt mała), aby podołać w przerażeniu walce o ocalenie.
      Zgubiłam uciekających ale w zasięgu moich oczu były wozy z końmi, do których
      zbiegli się banderowcy, i ja pobiegłam do Tatusia i widziałam, jak go strasznie
      bili, a ja stałam przy krzaku i niemiłosiernie krzyczałam. Widziałam jak naszej
      sąsiadce Wasylkowskiej odrąbywali na pieńku głowę. Mój krzyk był tak
      przerażający, że jeden z banderowców podbiegł do mnie i z rozmachem wbił mi nóż
      troszeczkę poniżej gardła, a ja dalej krzyczałam i ze strachu nie mogłam się
      ruszyć z miejsca.
      Banderowcy byli zajęci mężczyznami i dobytkiem, krzyczeli po imieniu do
      Ojca, Ojciec też po imieniu błagał Iwana, aby darował mu życie. Ja też znałam
      tego Iwana, bo ciągle przychodził do naszego Tatusia jako przyjaciel. Ojca bili
      po głowie i twarzy, zdarli z niego ubranie, a kiedy mnie po raz drugi ujrzeli,
      postanowili skończyć ze mną raniąc prawą dłoń nożem i przebijając ją na wylot,
      a lewą rękę raniąc przed łokciem dwa razy. Upadłam. Jeden z banderowców chwycił
      mnie za skórę na plecach, tak jak się łapie kota, i tyle ile miał w garści
      odciął nożem, potem jeszcze dwa razy ugodził mnie nożem w łopatki i wrzucił w
      ogromny kopiec mrówek. Chyba straciłam przytomność, jak się ocknęłam był dzień,
      bardzo byłam obolała, a mrówki tak mnie pogryzły, że byłam bardzo opuchnięta a
      mrówki były w buzi, w nosie i w tych okropnych ranach. Wyczołgałam się z tego
      mrowiska, chciało mi się pić. Czołgając się zrywałam zielone jeszcze jagody i
      tak doczołgałam się do drogi i z przerażeniem zobaczyłam obdartego ze skóry,
      przywiązanego do drzewa człowieka, a to był mój Ojciec. Odrąbana, i leżąca obok
      głowa sąsiadki Wasylkowskiej pokryta była mrówkami. Po jakimś czasie usłyszałam
      nadjeżdżające furmanki, bałam się, ale nie miałam siły aby się ukryć. Leżałam
      przy drodze. Pamiętam jak podniósł mnie żołnierz (niemiecki) a ja prosiłam,
      żeby mnie nie zabijał. Coś mówił, ale nie rozumiałam. Po chwili zobaczyłam przy
      mnie mojego wujka Aleksandra Warnawskiego, który tłumaczył Niemcom, że mnie
      zna, bo wcześniej poznali na drzewie mojego Ojca. Niemcy zaopiekowali się mną
      układając na wozie i pojąc bardzo słodką kawą, której smak będę p
    • Gość: ooooooo Ukraińcy nienawidzą Polaków IP: *.internetdsl.tpnet.pl 27.10.04, 13:01
      i nawet wielkie deklaracje polityków o wielkim braterstwie tego nie zmienią.
      Ukraińcy są z natury antypolscy.Polska to największy historyczny wróg Ukrainy i
      nic tego nie zmieni.dlatego Polacy powinni popierać.... prozachodniego
      juszczenkę który wprowadzi demokrację a wówczas na ukrainie zapanuje
      chaos,kryzys gospodarczy i uniezależnienie od rosji!dopiero wtedy zrodzi się
      nadzieja na odzyskanie polskich wpływów na kresach.Nie ma Wielkiej Polski bez
      kresów.Nie ma woli Boga bez Wielkiej Polski!
      • Gość: igor oooo. Czy Ty nie powinienes sie leczyc? Pisze to IP: *.detroit-19rh16rt-20rh15rt.mi.dial-access.att.net 27.10.04, 16:08
        bez ironii. Wiazesz demokracje i gospodarke Ukrainy z uniezaleznieniem sie od
        Rosji a jednoczesnie z chosem. Czy Ty byles w Rosjii ostatnio? Tam jest taki
        chaos, ze Moskwa wydaje sie byc oaza porzadku. A Moskwie daleko do zachodniej
        organizacji sluzb miejskich, policji, prawa itd. Zycze Rosjanom dobrze i
        przypuszczam, ze poprawia stan panstwa ale teraz jest bardzo zle.
        Przypuszczam, ze zartujesz o odzyskaniu polskich wplywow na kresach. Tam juz
        nie ma kresow, bo to oznaczalo wschodnie terytoria Rzeczypospolitej. Tam jest
        Bialorus i Ukraina. Wielka Polska? Lepiej zajmij sie naprawa tej malej aby bylo
        w niej lepiej.
      • Gość: che guevara NIestety,dla Polaków Uraińcy zawsze byli niższą IP: 217.153.221.* 28.10.04, 00:32
        rasą, dlatego w 1920 Ukraina wybrała Rosją a nie Polskę, co było tragiczne dla
        obu Narodów.
    • Gość: cynik "miales chamie zloty rog..." IP: *.kabel.telenet.be 27.10.04, 21:45
      Niezalezna (od Rosji) Ukraina bylaby gwarantem ze Rosja nie stanie sie spowrotem
      CCCP i nasze zagrozenie ze wschodu nie powroci. Putin widzi rzecz podobnie - ze
      swojej perspektywy - i doklada wszelkich staran by wchlonac Ukraine ponownie.

      Sadze ze ten dziejowy poker przegralismy, przy braku wyobrazni klasy rzadzacej i
      braku wizji konstruktywnego, bilateralnego zaangazowania Ukrainy (ktora UE
      generalnie zwisa). Inna rzecz ze karty nie byly najlepsze: rany z przeszlosci
      sa jednak jeszcze zbyt bolesne a ambicje niepodleglosciowe w czesci wschodniej
      zbyt slabe. Poza tym Putin ma asa w postaci dostaw ropy, a my nie.
    • Gość: che guevara Odradza się ZSRR, Niemcy i Francja zabiegają IP: 217.153.221.* 28.10.04, 00:26
      o względy Putina, a jankesi i ich przydupasy (z polaczkami na czele) srają ze
      złości i bezradności. ;->
    • Gość: Jedrek Re: Władimir Putin agituje w Kijowie IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 29.10.04, 11:37
      A ja się cieszę, że póki co Putin musi jeździć na Ukrainę, żeby poprzeć
      Janukowycza. Na Białoruś jechać nie musiał.Gdyby mianowanie Łukaszenki pożal
      się Boże "Wielkim Księciem Mińskim" :-P kosztowało Putina chociaż tyle wysiłku,
      ile wkłada w elekcję Janukowycza, byłbym nieco podbudowany. W każdym razie
      wierzę, że Ukraińcy nie dadzą się zastarszyć! A tym kretynom, którzy wypisują,
      że to za Wołyń proponuję, żeby przeprowadzili się na Białoruś - w końcu to też
      Kresy!
Pełna wersja