viri-palestyna
19.05.02, 23:10
Ostatnio czytałem wypowiedź palestyńskiego polityka, który dowodził, że Unia
Europejska nie zaakceptowała oskarżeń izraelskich, iż podręczniki dla szkół
palestyńskich zawierają treści antysemickie. Jest akurat odwrotnie: Unia
przyznała rację Żydom i cofnęła dotację na ten cel.
Rzeka kłamstw i przeinaczeń preparowanych przez Arabów zalewa cały świat.
Ostatnie wydarzenia na Bliskim Wschodzie sprzyjają szczególnie ich
rozpowszechnianiu. Ileż to razy arabska propaganda, a za nią światowe media
informowały o izraelskim szturmie na Bazylikę Narodzenia Pańskiego w Betlejem?
Albo o setkach zabitych cywili w Dżeninie...
Izrael musi dzisiaj stawić czoła dwóm okrutnym faktom: zdziczałej kampanii
terroru fizycznego i równie okrutnemu, głęboko niesprawiedliwemu terrorowi
propagandowemu ze strony nie tylko arabskiej, ale także europejskiej.
Pominę środowiska lewackie, od zarania antyizraelskie, ale także w środowiskach
poważnej lewicy funkcjonuje stereotyp bezbronnych Palestyńczyków i uzbrojonych
Izraelczyków zagradzających tym pierwszym drogę do wolności.
Uparcie nie przyjmuje się jednak do wiadomości, że owa palestyńska droga do
wolności nie zasadza się na budowie państwa palestyńskiego obok Izraela, ale w
miejsce Izraela. I że w dzisiejszym czasie nie trzeba mieć rakiet, czołgów i
samolotów bojowych, by zniszczyć jakieś państwo, jego życie publiczne i
ekonomiczne. Wystarczy bomba, materiał wybuchowy, brak skrupułów i pogarda dla
ludzkiego życia, by równie skutecznie jak przy pomocy wojska powalić nawet
silny organizm państwowy.
Atak na World Trade Center pokazał, że atak terrorystyczny może narazić nie
tylko pojedynczy kraj, ale świat na niewyobrażalne straty ekonomiczne. Izrael
przeżył w okresie ostatniej intifady dziesiątki zamachów, które przyniosły
olbrzymie straty gospodarcze oceniane na około 2,5 mld dolarów, upadek
turystyki, hotelarstwa, straty handlu, wielki wzrost bezrobocia.
Terrorystyczny kataklizm, który dotknął państwo żydowskie, kosztował życie
blisko 500 Izraelczyków, w tym przeszło 90-ciorga dzieci. Ginęły całe rodziny,
tak jak to miało miejsce podczas wieczerzy sederowej w Netanii. Blisko 2500
osób, w tym bardzo wielu młodych, zostało okaleczonych, wielu bardzo ciężko,
wielu przez całe życie będzie się borykało z kalectwem.
W olbrzymiej większości przypadków ofiarami zbrodniczych zamachów palestyńskich
terrorystów padali ludzie zupełnie przypadkowi: przechodnie na zatłoczonej
ulicy, klienci sklepów, restauracji, kawiarń, dzieci jadące do szkoły, młodzież
na dyskotece, pasażerowie autobusów. Okrucieństwo tych zamachów nie ma sobie
równych. Środki wybuchowe przygotowywano w ten sposób, by zabijały jak
najwięcej i raniły jak najbrutalniej.
To nie były spontaniczne akty palestyńskiego gniewu, lecz mordy przeprowadzone
z zimną krwią i chłodną kalkulacją. Ich celem było zdezorganizowanie życia
publicznego w Izraelu, doprowadzenie do psychozy strachu i poczucia bezsilności
wobec terrorystów, którzy mogą zabijać gdzie chcą i kiedy chcą. Żerowano na
tym, że organizatorzy zamachów, wysyłając żywe bomby na ulice izraelskich
miast, sami kryli się za murami Autonomii, która ich wyposażała, finansowała i
chroniła przed odwetem Izraela.
Jak by nie oceniać kontrowersyjnej postaci Ariela Szarona, do tej wojny Izrael
został po prostu zmuszony. Alternatywą było dać się wybić, lub pozwolić upaść
państwu. O porozumieniu pokojowym nie było z kim rozmawiać. I nikt ze strony
palestyńskiej najwyraźniej nie chciał na ten temat rozmawiać. Apele Szarona o
tydzień bez zamachów spotykały się z eskalacją ataków terrorystycznych, na
które Izrael odpowiadał niszczeniem budynków należących do terrorystów lub
służących im do wypadów przeciwko Izraelowi.
Być może - jak to niektórzy głoszą - jest prawdą, że Szaron nie ma koncepcji
pokoju z Autonomią. Nikt jednak nie dowiódł jeszcze, że istnieje coś takiego
jak palestyński koncept rozwiązania pokojowego, w którym jest miejsce na
współistnienie państwa palestyńskiego i izraelskiego. Reakcja Arafata na plan
Ehuda Baraka przedstawiony w Camp David każe domniemywać, że jedyne co
przemawia do Arafata, to likwidacja państwa żydowskiego: jeśli nie przez
terror, to przez sztuczkę z powrotem na teren Izraela 3,5 miliona uchodźców z
roku 1948 i ich potomków (z których większość opuściła swoje siedziby na
wezwanie arabskich przywódców, liczących na szybki powrót po pokonaniu nowo
powstałego państwa żydowskiego).
Co można - powtórzmy - w tych warunkach zrobić, jeśli nie ma partnera do rozmów
pokojowych, a krajowi grozi dezorganizacja i kryzys ekonomiczny? Albo się
poddać, albo zniszczyć infrastrukturę terroryzmu, nawet jeśli wiąże się z tym
akcja wojskowa. Innej drogi nie ma. Jeśli na obszarze Palestyny ma istnieć
Autonomia Palestyńska, a w przyszłości zapewne państwo palestyńskie, o czym
zresztą Szaron mówił, to nie może to być twór z definicji wrogi Izraelowi.
Inaczej kryzysy polityczne, przemoc i reakcje na przemoc będą się powtarzać w
nieskończoność. Nie sądzę, by Arafat był zdolny zaakceptować taką wizję
Autonomii. Dlatego musi zwolnić swoje miejsce dla ludzi gotowych do ugody z
Izraelem, nieobarczonych fobiami przeszłości, z okresu gdy Liga Arabska marzyła
o zepchnięciu Żydów do morza.
Jakie skutki przyniesie akcja wojskowa Izraela na Zachodnim Brzegu, okaże się
po pewnym czasie. Z całą pewnością armia zadała bardzo dotkliwe straty
terrorystycznej infrastrukturze Autonomii, likwidując bazy terrorystów na
Zachodnim Brzegu Jordanu oraz ogromne ilości broni i środków wybuchowych, a
przede wszystkim aresztując wielką liczbę ludzi zaangażowanych w działalność
terrorystyczną. Jeśli Palestyńczycy zamiast odbudowywać arsenały terrorystów
zajmą się odbudowywaniem zerwanych więzi politycznych i ekonomicznych z
Izraelem, można będzie wierzyć, że w przyszłości zamiast zimnego pokoju, albo,
co gorsza - ponowienia terroryzmu, zapanuje na tym terenie harmonijne
współdziałanie dwóch wzajemnie życzliwych sobie i wspierających się, przede
wszystkim ekonomicznie, państw narodowych.
I jeszcze w jedno chciałbym wierzyć: że świat zewnętrzny, przede wszystkim
zachodnia Europa, zachowa się wobec tego jakże trudnego konfliktu bardziej
rozumnie niż to czyni obecnie.
Adam Rok