Gość: RosTA
IP: *.dmn.com.au
12.07.02, 15:06
Tak jak najsłabsze skały są odsłaniane jedynie przez niskie fale, tak samo
tylko dzisiejszy niski poziom walki klasowej umożliwia prominentnemu naukowcowi
z Bostonu Noamowi Chomskiemu, lewicowcowi strojącemu się w anarchizujące szaty,
jawienie się studentom jako swego rodzaju przyciągający ich “radykalny”
biegun. Chomsky jest bardzo dumny z siebie z powodu swej niewiarygodnej odwagi,
przejawiającej się w publikowaniu krytyki bardziej krwawych ekscesów wojskowej
i zagranicznej polityki Stanów Zjednoczonych, oraz nie kończących się wyjaśnień
jego zdumiewającego odkrycia, że tak naprawdę to politycy kłamią. Ale wiele się
zawsze wybacza tym, którzy tak jak Chomsky, równają szeregi z własną klasą
panującą w kluczowym dla Amerykanów teście lojalności: lepiej nienawidzić
czerwonych, jeśli chcecie iść naprzód. Nęcący czerwienią profesor i jemu
podobni plują na każdą rewolucję społeczną, z kierowaną przez Lenina i
Trockiego rewolucją bolszewicką włącznie. “Jeśli rozumieć lewicę jako
obejmującą bolszewizm, to ja stanowczo odcinam się od takiej lewicy. Moim
zdaniem Lenin był jednym z najgorszych wrogów socjalizmu”, mówi antykomunista
Chomsky.
A to bolszewicy z Leninem na czele sprawili, że marksizm przestał być
tylko teorią, przyoblekli go w ciało i krew, tworząc pierwsze w świecie państwo
robotnicze, znosząc kapitalistyczny wyzysk i zastępując go skolektywizowaną,
planową gospodarką, co było historycznym zwycięstwem o wymiarze
ogólnoświatowym. Młode rewolucyjne państwo było znakiem nadziei i natchnieniem
dla uciskanych ludów świata; było znienawidzone przez imperialistów, którzy
usiłowali je zniszczyć; nie tylko przez bezpośrednią inwazję, lecz z gorliwą
pomocą ówczesnych “Chomskych”, jak np. renegat Karl Kautsky, który podobnie
płakał i zgrzytał zębami z powodu zniszczenia przez bolszewików “demokracji”,
przez którą oczywiście rozumiał “demokrację” burżuazyjną, czyli dyktaturę
klasy kapitalistów.
Dziś Chomsky łączy się z imperialistyczną burżuazją, witając z
zadowoleniem kapitalistyczną kontr-rewolucję, która pogrążyła b. ZSRR w
nieszczęściach, w bratobójczym rozlewie krwi, i twierdzi: “Moja reakcja na
koniec radzieckiej tyranii była podobna do mojej reakcji na klęskę Hitlera i
Mussoliniego. We wszystkich tych wypadkach było to zwycięstwo ludzkiego ducha".
(Red & Black Revolution Nr 2 z 1996 r.) Faszyzm był desperacką próbą zachowania
burżuazyjnego porządku w Europie, utopienia we krwi walki klasowej i pokonania
rewolucji rosyjskiej z 1917 r., którą Chomsky tak gardzi. I to Armia Czerwona,
chociaż źle dowodzona przez stalinowców, pokonała Hitlera i wyzwoliła
nazistowskie obozy śmierci, takie jak Auschwitz. Ta próba zrównania komunizmu z
faszyzmem, odwiecznie powtarzana za reakcyjnymi apologetami burżuazji,
faktycznie trywializuje unikatowe i niewypowiedziane zbrodnie hitlerowskiego
holokaustu, kiedy zamordowano miliony ludzi w obłędnym dążeniu do zniesienia
całych narodów z powierzchni ziemi. Ale to zdaje się nie niepokoić Chomskiego,
który, jak wielu innych lewicowych też-fachowców na początku lat
osiemdziesiątych XX w. publicznie bronił apologety nazistowskiego holokaustu,
francuskiego naukowca Roberta Faurissona. Kiedy francuska lewica krytykowała
Chomskiego za to podłe stanowisko, on pytał, kto za tym stoi i twierdził, że
krytykuje go ona dlatego, że znajduje się ”pod wielkim wpływem leninizmu”.
Zniszczenie ZSRR zrodziło podwyższoną międzyimperialistyczną
rywalizację i wojnę: Zapaść skolektywizowanej gospodarki ZSRR była wielką
porażką dla światowej klasy pracowniczej, rezultatem nie ustępującego
kapitalistycznego okrążenia, nacisku, którego produktem była stalinowska
biurokracja – pasożytnicza kasta, która odebrała władzę polityczną klasie
pracowniczej i w końcu pod tym naciskiem skapitulowała.
Chomsky, oczywiście, jest bohaterem dla “tłumów z Seattle”. Te protesty
w Seattle były cyrkiem zdominowanym przez narodowy szowinizm, rasistowski
protekcjonizm i kontr-rewolucyjne ataki na chińskie zdeformowane państwo
robotnicze. I w protestach w Seattle przeciwko Światowej Organizacji Handlowej
(WTO), i w protestach w Waszyngtonie z 15-16 kwietnia przeciwko MFW i Bankowi
Światowemu prokapitalistyczna biurokracja związkowa AFL-CIO dla własnych
reakcyjnych celów: szowinistycznego protekcjonizmu handlowego i
antykomunistycznego walenia w Chiny - manipulowała lewicową młodzieżą
studencką, której troska o globalną nędzę jest pomieszana z iluzjami co
do “demokratycznej” natury amerykańskiego państwa.
Wojna jest kluczowym sprawdzianem dla każdego samozwańczego socjalisty.
Gdy ostatniej wiosny USA i NATO terrorystycznie bombardowały Serbię, to Chomsky
wraz ze swymi zwolennikami z panelu naukowców-socjalistów gorliwie zachował
milczenie w tej sprawie podczas otwartej dyskusji na konferencji tego panelu,
bo tak zarządził przywódca Demokratycznych Socjalistów Ameryki Bogdan Denitch
(który popierał bombardowania). Teraz, po roku, Chomsky już żadnym skrobaniem
nie może zaprzeczyć, że ma chęć być doradcą możnych tego świata. Spekulując
o “nowej wojnie w Kosowie” (patrz: Le Monde Diplomatique, 14 marca 200 r.)
Chomsky doradza, że “poważna troska o ochronę Kosowarów” mogłaby prowadzić do
dalszych negocjacji dyplomatycznych albo nawet sankcji. Narzeka, że “NATO
również podejmuje mało wysiłków na rzecz przeprowadzenia innych, pokojowych
środków; nawet embargo naftowe, rdzeń jakiegokolwiek poważnego reżimu sankcji,
nie było rozważane, aż do końca bombardowań". Tak więc nie sprzeciwia się on
prawdopodobnym celom wojny prowadzonej przez imperialistyczny sojusz wojskowy
NATO, tylko jego metodom. Rzeczywiście, kiedy “pokojowe” siły USA i NATO
wkroczyły do Bośni w 1995 r. pod auspicjami ONZ, Chomsky ogłosił: “Gdybym miał
głosować, to prawdopodobnie głosowałbym za wysłaniem tych oddziałów” (Class
Warfare, 1996).
Co się tyczy Iraku, to Chomsky leje krokodyle łzy nad morderczymi
efektami sankcji ONZ, podpisując (8 stycznia 1999 r.) “Wezwanie do działania
przeciw sankcjom i wojnie, wymierzonej przez Stany Zjednoczone w lud Iraku”.
Ale w 1991 roku poparł on sankcje! Pisał on wtedy: “Gdyby celem Waszyngtonu
było zapewnienie wycofania się Iraku z Kuwejtu, rozwiązanie problemów regionu,
i zmierzanie ku bardziej przyzwoitemu światu, to stosowałby on pokojowe środki,
przepisane przez prawo międzynarodowe: sankcje i dyplomację” (artykuł pt.: "The
Gulf Crisis", w: “Z Magazine”, luty 1991 r.) Lecz przecież sankcje zabijają, a
dyplomacja to tylko wojna prowadzona innymi środkami.
Przez całą krytykę Chomskiego wobec polityki amerykańskiej czerwoną
nicią przewija się tchórzliwe zapewnianie (kogo?), że w Stanach
Zjednoczonych “nie ma wystarczających środków, by stosować przemoc przeciw
relatywnie uprzywilejowanym grupom”, że tamtejsi intelektualiści "nie będą
musieli znosić losu orwellowskiego Winstona Smitha czy jego autentycznych
odpowiedników... Staną raczej w obliczu nieprzyjemności, oczernienia, pewnego
stopnia ryzyka, czasem utraty istotnych przywilejów, ale nie tortur, ścięcia
ani zamknięcia w domu wariatów”, że “cechą amerykańskiej demokracji”
jest “niezdolność państwa do użycia masowej przemocy przeciw własnym
obywatelom”; i że jest to “społeczeństwo, w którym nie ma form przymusu i
karania występujących wszędzie indziej”. Tak więc temu kanapowemu anarchiście
wydaje się, że tylko w paru “totalitarnych” państwach występuje przymus,
podczas gdy amerykańska “demokracja” wymaga jedynie “kontroli ideologicznej”
ludności przez intelektualistów. Cóż za reakcyjny, oczywisty nonsens!
Ten róż