Gorsze prognozy wzrostu dla Niemiec

30.06.05, 08:57
Gorsze prognozy wzrostu dla Niemiec


D, PAP 29-06-2005 , ostatnia aktualizacja 29-06-2005 12:14

DIW, jeden z sześciu czołowych niemieckich instytutów, obniżył w środę
prognozy wzrostu dla niemieckiej gospodarki w 2005 r. z 1,8 proc. do 0,9 proc.





Eksperci instytutu obniżyli też szacunki na 2006 r. do 1,5 proc. z
prognozowanych wcześniej 2 proc.

Spodziewają się oni, że średni kurs euro wyniesie w tym roku 1,22 USD, a
baryłka ropy Brent będzie średnio kosztować 48 USD.

DIW oczekuje, że Europejski Bank Centralny w ciągu następnych kilku miesięcy
obniży stopy procentowe o pół punktu procentowego, do 1,5 proc.

Przedstawiciele niemieckiego rządu oceniają, że rosnące ceny ropy naftowej na
świecie są dodatkowym obciążeniem dla gospodarki Niemiec
    • uninhibited Re: Gorsze prognozy wzrostu dla Niemiec 30.06.05, 09:13
      Obniżone prognozy dla Niemiec

      Międzynarodowy Fundusz Walutowy obniżył swoje prognozy wzrostu dla niemieckiej
      gospodarki na 2006 r. do 1,3 proc., z szacowanych wcześniej 1,8 proc. - podała
      agencja DPA, powołując się na anonimowe źródła w MFW. Obniżył także prognozy
      jeden z sześciu czołowych niemieckich instytutów DIW. Według jego ekspertów
      niemiecka gospodarka w 2005 r. wzrośnie o 0,9 proc., a nie o 1,8 proc., jak
      szacowano w styczniu. Eksperci instytutu obniżyli też szacunki na 2006 r. - do
      1,5 proc. z prognozowanych wcześniej 2 pro
      • uninhibited Re: Gorsze prognozy wzrostu dla Niemiec 07.07.05, 07:43
        THE EUROPEAN UNION UNEMPLOYMENT RATE MAY REACH the highest level since 1999, as
        the May eurozone rate was 8.8 percent
    • uninhibited * Afera w Volkswagenie nabiera rozpedu 07.07.05, 07:48
      Oskarzenia o korupcje w Volkswagenie



      ZOBACZ TAKZE


      * Afera w Volkswagenie nabiera rozpedu (04-07-05, 21:13)









      Czlonkowi najwyzszych wladz niemieckiej firmy podejrzewani o przyjmowanie
      lapówek.

      Oskarzany o przyjmowanie lapówek przez potencjalnych dostawców Helmuth
      Schuster, dyrektor personalny czeskiego oddzialu Volkswagena,
      niespodziewanie dwa tygodnie temu podal sie do dymisji. Schuster odrzuca te
      oskarzenia. Przyznaje sie za to do wprowadzania do raportów fikcyjnych
      danych wlasnie na temat firm wspólpracujacych. Twierdzi, ze chcial w ten
      sposób zdobyc lukratywny kontrakt zagraniczny. Volkswagen to drugi co do
      wielkosci koncern motoryzacyjny w Europie.

      Jak podaje internetowe wydanie niemieckiego tygodnika "Der Spiegel" moze to
      byc tylko wierzcholek góry lodowej. Sprawie dodala rozpedu równie
      niespodziewane odejscie ze stanowiska dyrektora ds. projektów
      dlugoterminowych w niemieckiej centrali Volkswagena Klausa Volkerta.
      Planowal on przejscie na emeryture dopiero za dziewiec miesiecy. Co wiecej,
      pojawily sie pogloski o dymisji zarzadzajacego personelem w calej firmie
      Petera Hartza, gdyz Schuster i Volkert byli jego bliskimi wspólpracownikami.


      Zarzad Volkswagena w lakonicznym komunikacie twierdzi, ze Schuster i Volkert
      sa niewinni. Zapowiedzial jednak przeprowadzenie wnikliwego sledztwa. Sami
      oskarzeni bronia sie, ze cala sprawa to po prostu atak na firme, która ma
      problemy ze sprzedaza i przechodzi restrukturyzacje. Tylko w Polsce sprzedaz
      Volkswagena w pierwszym kwartale byla nizsza o 35 proc. niz rok wczesniej.

      • the_cure Re: * Afera w Volkswagenie nabiera rozpedu 10.07.05, 04:01
        serwisy.gazeta.pl/swiat/1,34181,2811785.html
        "Moja niemiecka matka" jest równie drastyczna. W końcu autor przez 20 lat był
        reporterem "Sterna". Książka wpisuje się w długą serię rodzinnych obrachunków
        dzieci i wnuków nazistów. Dziś ta seria zderza się z falą użalania się Niemców
        nad swoim wojennym losem - nad bombardowaniami, gwałtami, wypędzeniam
      • the_cure Prawda o niemcach !!!!!!!!!! 10.07.05, 04:03
        Również Hans Frank wychowywał się w rodzinie oziębłej. Jego matka, córka
        bawarskiego sklepikarza, uwiodła mieszkającego w ich domu studenta Karla Franka,
        gdy miała 16 lat. Był to jej jedyny wysiłek erotyczny - złośliwie stwierdza
        wnuk. Była wyjątkowo ordynarna, autorytarna i otwarcie gardziła mężem. Nic
        dziwnego - pisze Niklas - że szukając wzorca mężczyzny, Hans szukał najpierw
        kontaktów homoseksualnych. Jego kompleksy musiał też pogłębić brutalny zakaz
        wstępu do domu najpierw jednej, potem drugiej koleżanki z zamożnych rodzin
        bawarskich patrycjuszy. Te zahamowania przełamała dopiero Brigitte.

        Ta intymna historia prusko-bawarskiej rodziny to nie tylko - jak dosadnie
        mawiają Niemcy - obwąchiwanie majtek. To także istotny trop dla zrozumienia
        psychospołecznych mechanizmów karier w III Rzeszy.

        W swoich więziennych wyznaniach Hans Frank sam wskazywał na współzależność swych
        początkowych porażek męsko-damskich i homoerotycznej fascynacji ruchem
        nazistowskim. Wobec Hitlera był posłuszny "niczym pies". 9 listopada 1923 r., po
        kolejnej porażce miłosnej, bierze udział w nieudanym puczu monachijskim. Potem
        zostaje partyjnym prawnikiem, a w 1932 r. posłem do Reichstagu. Konserwatywna
        prasa pisze, że braki w wykształceniu i wychowaniu nadrabia arogancją i
        frazesami propagandowymi. W czasie "nocy długich noży" w 1934 r. - kiedy to na
        polecenie Hitlera SS wymordowało dowództwo SA - Frank był bawarskim ministrem
        sprawiedliwości i dostarczył prawnego uzasadnienia masakry.

        Na nazistowskim dworze nie miał wysokich notowań. "On jest za miękki, ale może
        właśnie dlatego pewnego dnia będzie przydatny" - miał powiedzieć Hitler. W 1939
        r. mianował go generalnym gubernatorem okupowanej Polski, wiedząc, że będzie
        potulny. Im bardziej Frank był pozbawiany realnej władzy, tym bardziej
        odrażające i krwiożercze wygłaszał mowy. Tym bardziej też zajmował się swymi
        kochankami i korzyściami materialnymi. 14 razy prosił Hitlera o zdjęcie ze
        stanowiska - nigdy jednak nie miał odwagi podać się do dymisji. Nie miał też
        odwagi popełnić samobójstwa przed aresztowaniem przez Amerykanów.

        Napęd tej rodzinie dawała Brigitte. Przez cale życie wspinała się po drabinie i
        spadała z niej. "I co, panienko, znowu na dnie!" - syknęła do niej pokojówka
        barona von B., beznogiego kochanka, gdy jego rodzina niemal siłą wyrzuciła ją z
        willi, w której zdążyła się zagnieździć. Szybko znalazła następnego opiekuna,
        potem jeszcze jednego, by wreszcie tuż przed trzydziestką zagiąć parol na
        nieśmiałego studenta prawa. Zaaranżowała z przyjaciółkami sytuację, która miała
        sprawiać wrażenie, że to on ją zdobył, "odbierając jej niewinność". I sterowała
        jego karierą.

        Do NSDAP nie należała. Szydziła z partyjnych mundurów, ale uwielbiała splendor -
        kazała się nazywać "panią poseł", "panią ministrową", "panią gubernatorową". W
        1932 r. chwaliła się, że jeździ limuzyną "wodza".

        Gdy Hitler doszedł do władzy, miała 38 lat. Rozkoszowała się nowym statusem
        "damy z wyższych sfer". Pojechała do rodzinnego Forst tylko po to, by szofer
        demonstracyjnie otworzył jej tam drzwi służbowego samochodu męża, a burmistrz
        kłaniał się uniżenie. Nareszcie się odegrała. Zarazem gardziła mężem i nazywała
        go prostakiem, a on wstydził się, że Brigitte nie potrafi się zachować. Jednak
        oboje skrupulatnie wkładali wieczorowe stroje i pędzili, gdzie wypadało.

        W Krakowie mawiała, że jest "królową Polski" - a równocześnie chodziła do getta,
        by za bezcen nadal skupować futra. Czego nie kupowała, to zamawiała jako daninę.
        "Pani Brigitte Frank należy niezwłocznie dostarczyć turecką maszynę do kawy" -
        brzmiało pismo z 22 lipca 1941 r. do warszawskiego Judenratu.

        Sumienie z niemnącego jedwabiu

        Do dziś zachowanie matki i innych żon niemieckich urzędników doprowadza Niklasa
        Franka do pasji.

        „One wszystkie cieszyły się z elegancko urządzonych mieszkań, z których wygnano
        żydowskich i polskich lokatorów i właścicieli. »Jakże przyjemne jest życie
        niemieckiej kobiety « - gryzmoliła Brigitte w swym notatniku. (...) Te
        niemieckie żony uważały wojnę za sprawiedliwą. Żadna z nich nie wątpiła w
        Führera. Chętnie przyjmowały morderczą moralność narodu panów. Duchowo oddawały
        się Hitlerowi tak, jak cieleśnie wciąż nowym mężczyznom, podczas gdy ich mężowie
        zdychali na froncie w jakichś zafajdanych okopach. Po wojnie bardzo rzadko
        odzywały się w nich wyrzuty sumienia. Przeważająca większość tych kobiet nie
        pytała mężów po powrocie, co robili. Nic nie chciały wiedzieć o zbrodniach
        wojennych popełnianych na niewinnych kobietach i dzieciach, na »ludziach
        gorszych ras «, na »niewartych życia podludziach «. One również zacierały prawdę
        - jak ich mężowie, synowie, ojcowie i kochankowie”.

        Dla tego akapitu Niklas Frank napisał swą książkę. Nie użalajcie się nad tym,
        jak byłyście bombardowane przez Anglików, gwałcone przez Rosjan, wypędzane przez
        Polaków - ale opowiedzcie, jak zajmowałyście pożydowskie mieszkania, jak
        popychałyście mężów, by wstępowali do partii, jak korzystałyście z tego, co wam
        przywozili z podbitych krajów. I przyznajcie, że myślałyście nie inaczej niż
        Brigitte, która w 1948 r. zanotowała: "My, kobiety, przewyższamy naszych mężów,
        ponieważ nasze sumienie jest utkane z niemnącego jedwabiu".

        • the_cure Żadna z nich nie wątpiła w Führera 10.07.05, 07:57
          Żadna z nich nie wątpiła w Führera. Duchowo oddawały się mu tak, jak cieleśnie
          wciąż nowym mężczyznom, podczas gdy ich mężowie zdychali na froncie. Po wojnie
          rzadko odzywały się w nich wyrzuty sumienia - ocenia swą matkę i żony innych
          hitlerowskich oficjeli Niklas Frank. O nowej książce syna Hansa Franka i
          niemieckich sporach o III Rzeszę pisze
          • the_cure sumienie evy15 jest utkane z niemnącego jedwabiu 10.07.05, 08:00
            Sumienie z niemnącego jedwabiu

            Do dziś zachowanie matki i innych żon niemieckich urzędników doprowadza Niklasa
            Franka do pasji.

            „One wszystkie cieszyły się z elegancko urządzonych mieszkań, z których wygnano
            żydowskich i polskich lokatorów i właścicieli. »Jakże przyjemne jest życie
            niemieckiej kobiety « - gryzmoliła Brigitte w swym notatniku. (...) Te
            niemieckie żony uważały wojnę za sprawiedliwą. Żadna z nich nie wątpiła w
            Führera. Chętnie przyjmowały morderczą moralność narodu panów. Duchowo oddawały
            się Hitlerowi tak, jak cieleśnie wciąż nowym mężczyznom, podczas gdy ich mężowie
            zdychali na froncie w jakichś zafajdanych okopach. Po wojnie bardzo rzadko
            odzywały się w nich wyrzuty sumienia. Przeważająca większość tych kobiet nie
            pytała mężów po powrocie, co robili. Nic nie chciały wiedzieć o zbrodniach
            wojennych popełnianych na niewinnych kobietach i dzieciach, na »ludziach
            gorszych ras «, na »niewartych życia podludziach «. One również zacierały prawdę
            - jak ich mężowie, synowie, ojcowie i kochankowie”.

            Dla tego akapitu Niklas Frank napisał swą książkę. Nie użalajcie się nad tym,
            jak byłyście bombardowane przez Anglików, gwałcone przez Rosjan, wypędzane przez
            Polaków - ale opowiedzcie, jak zajmowałyście pożydowskie mieszkania, jak
            popychałyście mężów, by wstępowali do partii, jak korzystałyście z tego, co wam
            przywozili z podbitych krajów. I przyznajcie, że myślałyście nie inaczej niż
            Brigitte, która w 1948 r. zanotowała: "My, kobiety, przewyższamy naszych mężów,
            ponieważ nasze sumienie jest utkane z niemnącego jedwabiu
            • the_cure Lektura "Mojej niemieckiej matki" jest męcząca 10.07.05, 08:03

              Lektura "Mojej niemieckiej matki" jest męcząca. Duszna atmosfera, erotyczny
              magiel. Egoizm i ciasnota. Świadectwo nazistowskiej codzienności czy tylko
              ekshibicjonizm i naruszenie biblijnego przykazania: Czcij ojca swego i matkę swoją?

              - Ja także mam rodzinny "odruch obronny" - wyznaje Niklas Frank reporterowi
              "Spiegla". - Niełatwo mi pisać o rodzicach, którzy, gdyby nie pławili się we
              krwi niewinnych ofiar, stanowiliby jedynie groteskową parę.

              Niklas do dziś czuje wstyd, że kiedyś jeździł po Wawelu samochodem na pedałach,
              podczas gdy trzy kilometry dalej, w getcie, rozbijano o mur główki jego
              rówieśników. "Również to pokolenie, które nie ponosi winy, musi stawić czoło
              zgrozie i wytrzymać ból".

              Czy nie czuje wyrzutów sumienia, że gotów był zabić matkę? Nie. To była gra va
              banque, to ona sama się zabiła. "Muszę zadać sobie pytanie, czy moi rodzice byli
              czułą parą z tą tylko skazą, że pozostawili po sobie stosy trupów? Nie, dla mnie
              te stosy trupów kształtują obraz rodziców. Przecież mogli się wycofać. Nie byli
              w nędzy". I dodaje: "Naskórkowe pojednanie - właśnie to byłoby dla mnie chore"
              • the_cure Brzydze sie niemcami tfuuuuuu 10.07.05, 08:10




                W głośnym ostatnio dokumencie telewizyjnym Heinricha Breloera "Speer i On" syn i
                córka nadwornego architekta Hitlera i jego ministra ds. uzbrojenia o ojcu mówią
                dość oględnie. Tymczasem - twierdzi Niklas - "prawda jest bardzo prosta: tata
                Speer był zbrodniarzem. To ciągłe pieszczenie się dzieci z ojcem jest dla mnie
                śmieszne. Jeśli nie uznają jego zbrodni, to pomniejszają i relatywizują
                wszystkie zbrodnie Niemców w III Rzeszy".

                Speer od lat intryguje Niemców. Stał się symbolem wyznania winy - i zarazem
                wykręcenia się od niej. A przede wszystkim przykładem, że po odbyciu wyroku nie
                trzeba się wstydzić swej biografii i można wrócić do życia publicznego. Nobliwy
                technokrata uwikłany w nazizm. Któż z jego rówieśników nie był "uwikłany"?

                Dziadek Alberta był człowiekiem z awansu. Syn leśnika, pod koniec XIX wieku stał
                się jednym z potężnych przemysłowców niemieckich. Ojciec był znanym i majętnym
                architektem. Mieszkał w Mannheim w wytwornym, czternastopokojowym mieszkaniu, z
                liczną służbą. Poglądy miał liberalne, lecz nie na tyle, by zgodzić się na
                związek swego syna z córką stolarza.

                Piękna matka Alberta była 16 lat młodsza od męża, człowieka zimnego, gardzącego
                emocjami. "W intercyzie małżeńskiej miłość nie była przewidziana" - sucho
                stwierdził Albert. Wyrachowana, skąpa, pozbawiona uczuć, "liczyła nawet kostki
                cukru". Nie mając życia uczuciowego, dbała o życie towarzyskie i konwenanse.

                Albert ożenił się w końcu z Margaretą, córką stolarza. Jego rodzice przyjęli
                synową z wizytą dopiero siedem lat po ślubie.

                Był romantykiem i apolitycznym technokratą. Bezrobotnego architekta Hitler kupił
                4 grudnia 1930 r. w berlińskim lokalu Nowy Świat. Wygłosił wówczas mowę do 5
                tys. zagrożonych bezrobociem studentów i absolwentów. Zarysował efektowną wizję
                narodowosocjalistycznego państwa ludowego, które otworzy szanse przed "młodymi
                akademikami". III Rzesza "przezwycięży przeciwieństwo między mieszczaństwem i
                proletariatem".

                Latem 1932 r. Albert miał 27 lat. Właśnie wybierał się z żoną na wycieczkę
                kajakową po Mazurach, gdy zadzwonił Karl Hanke (w latach 1944-45 gauleiter
                Wrocławia), poznany na jednym z konwentykli NSDAP. Czy Albert nie przebudowałby
                berlińskiego domu partii? Owszem. Zrobił to szybko i sprawnie. I zwrócił na
                siebie uwagę Führera, który sam kiedyś chciał zostać architektem. Posypały się
                następne zamówienia. A po przejęciu władzy przez Hitlera w styczniu 1933 r.
                świat stanął przed nim otworem.

                Podobnie jak wielu jego rówieśnikom dyktatura dała mu wolność, pieniądze i dobry
                humor. Pozwoliła też pokazać, co potrafi. Buduj szybciej, pobij kolejny rekord -
                w technice, polityce, na wojnie. Nową kancelarię Rzeszy zbudował w dziewięć
                miesięcy. Zafascynował wodza inscenizacją nazistowskiego Święta Pracy w
                Norymberdze. Był jedyną osobą, którą Hitler obdarzył męską przyjaźnią.

                W 1946 r. wykręcił się od stryczka, prezentując się na procesie jako uwiedziony
                przez Hitlera. Utożsamiały się z nim miliony Niemców - my też byliśmy oszukani
                przez garstkę zbrodniarzy. Speer tak dalece uwierzył w swą integralność moralną,
                że bez zastanowienia przekazał do archiwum federalnego dokumentację swego
                ministerstwa. Później historycy odkryli, że dokumenty zostały sfałszowane przez
                jego współpracowników i przyjaciół. Usunięto z nich m.in. takie oto zdanie z lat
                30.: "Zgodnie z poleceniami Speera rozpoczęto akcję opróżniania 5 tys.
                żydowskich" mieszkań.

                Największe krętactwo dotyczyło "ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej".
                Zarówno w Norymberdze, jak i w swych książkach Speer twierdził, że o niczym nie
                wiedział. Był wprawdzie na naradzie w Poznaniu w październiku 1943 r., na której
                Himmler bez ogródek mówił o likwidacji setek tysięcy Żydów, w tym kobiet i
                dzieci, ale wyleciał do kwatery Hitlera zaraz po wygłoszeniu własnej mowy i nie
                słyszał Himmlera. Ze stenogramu wynika jednak, że Himmler zwracał się w swej
                mowie wprost do ministra uzbrojenia.

                Dziś spór toczy się nie o samego Speera, lecz o świadome inscenizowanie jego
                kultu w latach 70. przez niemieckie media, a zwłaszcza przez znanego historyka
                Joachima Festa oraz wydawcę Jobsta Wolfa Siedlera. Przygotowując biografię
                Speera, Fest i Siedler nie dociskali go do muru, obawiając się, że zerwałby z
                nimi współpracę. To, że w Norymberdze Speer kłamał, pomniejszając swą winę,
                można zrozumieć. Walczył o życie. Po latach jednak nadal świadomie podtrzymywano
                jego kłamstwa
              • the_cure Hitler - twórca państwa socjalnego 10.07.05, 08:14
                To nie był taniec na wulkanie, lecz bogacenie się, karierowiczostwo i awans
                społeczny po trupach !!!!!!!!!!!!!!

                "Kto nie chce mówić o korzyściach, jakie z III Rzeszy ciągnęły miliony zwykłych
                Niemców, ten powinien milczeć o narodowym socjalizmie i Holocauście

                Hitler - twórca państwa socjalnego

                Nie było żadnych "dobrych nazistów" - pisze w "Süddeutsche Zeitung" Franziska
                Augstein - nie było też żadnego "uwikłania" w nazizm. "To, co Niemcy tak
                nazywają, było po prostu uczestnictwem w morderstwie, zbrodniczymi przekonaniami
                i oportunizmem z chciwości. To nie był taniec na wulkanie, lecz bogacenie się,
                karierowiczostwo i awans społeczny po trupach".

                Speer nie tylko wiedział o ludobójstwie, ale też je aktywnie wspierał. 21 maja
                1943 r. jego przedstawiciele, panowie Desch i Sander, przez pięć godzin
                prowadzali inspekcję Auschwitz - zanotował komendant obozu Rudolf Hoess. W tym
                czasie likwidowano transport Żydów z Sosnowca. 900 osób poszło do gazu, 65 - do
                pracy. Obaj panowie musieli widzieć dymiące kominy. Po czym musieli złożyć swemu
                przełożonemu szczegółowy raport poparty przezroczami.

                Serial "Speer i On" zrywa z mitem "sympatycznego nazisty". Choć fachowcy
                wiedzieli, że jego relacje są zakłamane, przez ćwierć wieku kariera Speera
                uchodziła za "faustowski pakt" dystyngowanego artysty z diabłem. Tak
                inscenizował swe życie sam minister i tak prezentował go wydawca, mówiąc o
                "aniele, który wyszedł z piekła".

                "Speer zawdzięcza życie poważnemu błędowi sądowemu. Alianci zachodni chyba
                przeczuwali, że ten wyrok ułatwi niemieckim elitom drogę w przyszłość, że ten
                kompromis - nawet jeśli zgniły - zostanie zrozumiany jako oferta dla byłych
                nazistów, by ułożyli się z nowym ładem demokratycznym" - pisze historyk i
                eseista Götz Aly. Jego książka "Socjalne państwo Hitlera" stała się właśnie
                przedmiotem gwałtownej debaty dotyczącej nie tylko III Rzeszy, ale także
                nazistowskich korzeni dzisiejszego niemieckiego państwa socjalnego
            • the_cure Gdy się to czyta, robi się niedobrze 10.07.05, 08:06
              Weszli na strych - a tam były stoły i krzesła zrobione w Dachau z ludzkich
              miednic i piszczeli ze stopami.



              Niklas Frank to drastyczny, ale nie wyjątkowy przejaw syndromu "dzieci Hitlera".
              W połowie lat 80. izraelski psycholog prof. Dan Bar-On stworzył w Wuppertalu
              grupę terapeutyczną dla dzieci niemieckich zbrodniarzy wojennych cierpiących na
              kompleks rodziców - rozdartych między miłością i nienawiścią, poczuciem wstydu i
              jego blokadą. W jego grupie był syn Martina Bormanna, bratanek Reinharda
              Heydricha, córka dowódcy jednego z Einsatzkommando (specjalne jednostki
              utworzone do realizacji programu Holocaustu) skazanego w Rydze na śmierć. Bar-On
              opublikował później 13 wyznań swoich pensjonariuszy w książce "Pod ciężarem
              milczenia".

              "Mój ojciec był wobec mnie niezwykle surowy" - opowiada syn Martina Bormanna,
              sekretarza gabinetu Hitlera i faktycznego szefa NSDAP. W 1940 r. Bormann posłał
              swego dziesięcioletniego syna do elitarnej szkoły w pobliżu Dachau. Chłopiec
              widział tam maltretowanych więźniów, ale nienawidził kapo, a nie SS. Gdy miał 13
              lat, ojciec z całej siły uderzył go w twarz w czasie audiencji uczniów u
              Hitlera, gdyż pomylił się w formule hitlerowskiego pozdrowienia. Kazał mu także
              szpiegować kucharki w szkole, czy nie wynoszą jedzenia do domu. Jednak syn
              pamięta też ojca jako czułego opiekuna w czasie wspólnej przejażdżki konnej w
              1941 r.

              Po śmierci Hitlera był świadkiem, jak współpracownicy ojca po kolei popełniali
              samobójstwa. Przez przypadek nie poszedł ich śladem. Został przygarnięty przez
              tyrolskiego chłopa. Mimo oficjalnego komunikatu, iż Martin Bormann zginął,
              uciekając z bunkra Hitlera, był przekonany, że ojciec przeżył, i przez całe lata
              bał się, że ten go zamorduje.

              Syn Bormanna przez jakiś czas był księdzem katolickim, pracował jako misjonarz w
              Afryce. Wiele dzieci zbrodniarzy hitlerowskich uciekło pod skrzydła Kościoła,
              jak gdyby tam właśnie szukało oparcia i odpuszczenia win.

              Jedna z uczestniczek seminarium Bar--Ona opowiada o swym ojcu powieszonym za
              zbrodnie wojenne. W 1936 r. z powodów oportunistycznych wystąpił z Kościoła. W
              1946 r. w listach z celi śmierci pisał, że w Bogu znajdzie wieczne ukojenie.
              "Gdy się to czyta, robi się niedobrze" - mówi kobieta. Syn innego zbrodniarza
              dodaje, że całe życie dręczyło go to, iż ojciec nie napisał mu wprost: "Synu,
              robiłem rzeczy straszne i teraz płacę za to swoim życiem. Naucz się, że nigdy
              nie wolno robić czegoś takiego". - To by mi pomogło - tłumaczy. - Jednak oni nie
              byli w stanie wyrazić wstydu i skruchy, pozostawili nas samych z ich straszną winą.

              Niemal wszystkie dzieci zbrodniarzy dręczą zmory ich wspomnień. Syn Bormanna
              pamięta, jak w 1943 r. w Berghofie sekretarka i kochanka Himmlera zaprosiła jego
              matkę z dziećmi na ciastka i kakao. W pewnym momencie powiedziała, że pokaże im
              coś ciekawego. Weszli na strych - a tam były stoły i krzesła zrobione w Dachau z
              ludzkich miednic i piszczeli ze stopami. "Nasza matka w popłochu zepchnęła nas
              ze schodów". Gdy po wojnie media ujawniły zgrozę obozów koncentracyjnych,
              chłopiec ani przez chwilę nie wątpił, że to prawda.

              Thomas Heydrich - bratanek Reinharda, protektora Czech - w RFN był znanym
              piosenkarzem specjalizującym się w folklorze żydowskim. Pamięta "noc
              kryształową" w 1938 r., gdy w sąsiedztwie płonęła żydowska willa, a ludzie
              zamiast wezwać straż pożarną, wyrzucali przez okna meble i fortepian. Pamięta
              też ławki w parkach z napisem "Żydzi niepożądani".

              Po śmierci Reinharda ojciec Thomasa otrzymał paczkę z zapiskami brata.
              Przeczytał je i - blady z przerażenia - spalił. Thomas jest przekonany, że jego
              ojciec drukował nielegalne paszporty dla ukrywających się Żydów. W 1944 r. po
              wizycie prokuratora zastrzelił się.

              Pół wieku temu - mówił w 1991 r. syn Bormanna - nieliczni popełnili straszne
              czyny, ale wielu ludzi o tym wiedziało i nie protestowało. "To się zaczynało tak
              samo jak teraz - od haseł mazanych na ścianach, wulgarnych dowcipów i
              dwuznacznych spojrzeń. Wtedy to byli Żydzi, dziś Turcy i Wietnamczycy. Tę ohydną
              dyskryminację można powstrzymać tylko wtedy, gdy osobiście będziemy się czuli
              odpowiedzialni za to, by coś takiego nie działo się bez sprzeciwu. Myślę, że to
              jest zadanie dla nas - dzieci naszych rodziców"
              • the_cure Nie było żadnych "dobrych nazistów 10.07.05, 08:17

                Nie było żadnych "dobrych nazistów


                Nie było żadnych "dobrych nazistów" - pisze w "Süddeutsche Zeitung" Franziska
                Augstein - nie było też żadnego "uwikłania" w nazizm. "To, co Niemcy tak
                nazywają, było po prostu uczestnictwem w morderstwie, zbrodniczymi przekonaniami
                i oportunizmem z chciwości. To nie był taniec na wulkanie, lecz bogacenie się,
                karierowiczostwo i awans społeczny po trupach".

                Speer nie tylko wiedział o ludobójstwie, ale też je aktywnie wspierał. 21 maja
                1943 r. jego przedstawiciele, panowie Desch i Sander, przez pięć godzin
                prowadzali inspekcję Auschwitz - zanotował komendant obozu Rudolf Hoess. W tym
                czasie likwidowano transport Żydów z Sosnowca. 900 osób poszło do gazu, 65 - do
                pracy. Obaj panowie musieli widzieć dymiące kominy. Po czym musieli złożyć swemu
                przełożonemu szczegółowy raport poparty przezroczami.

                Serial "Speer i On" zrywa z mitem "sympatycznego nazisty". Choć fachowcy
                wiedzieli, że jego relacje są zakłamane, przez ćwierć wieku kariera Speera
                uchodziła za "faustowski pakt" dystyngowanego artysty z diabłem. Tak
                inscenizował swe życie sam minister i tak prezentował go wydawca, mówiąc o
                "aniele, który wyszedł z piekła".

                "Speer zawdzięcza życie poważnemu błędowi sądowemu. Alianci zachodni chyba
                przeczuwali, że ten wyrok ułatwi niemieckim elitom drogę w przyszłość, że ten
                kompromis - nawet jeśli zgniły - zostanie zrozumiany jako oferta dla byłych
                nazistów, by ułożyli się z nowym ładem demokratycznym" - pisze historyk i
                eseista Götz Aly. Jego książka "Socjalne państwo Hitlera" stała się właśnie
                przedmiotem gwałtownej debaty dotyczącej nie tylko III Rzeszy, ale także
                nazistowskich korzeni dzisiejszego niemieckiego państwa socjalnego.

                "Kto nie chce mówić o korzyściach, jakie z III Rzeszy ciągnęły miliony zwykłych
                Niemców, ten powinien milczeć o narodowym socjalizmie i Holocauście" - twierdzi
                Aly. Jego zdaniem spoiwem nazistowskiego państwa nie był bynajmniej terror, lecz
                "dyktatura wzajemnych uprzejmości". Innymi słowy, władza dbała o opiekę socjalną
                i materialne korzyści "małych ludzi", ci zaś odpowiadali poparciem dla nazistów.
                Hitler i jego kamaryla bardzo poważnie traktowali swój narodowy socjalizm, hasła
                "wspólnoty narodowej" i "dobra narodu". Stworzyli system niebywale rozbudowanych
                świadczeń socjalnych, które - jak pisze Aly - do dziś są kulą u nogi niemieckiej
                gospodarki. To w czasach Hitlera ustanowiono dodatki rodzinne i ulgi podatkowe
                dla małżonków. To wtedy przełamano skostniałe hierarchie, tworząc szanse awansu
                dla ludzi z warstw niższych.

                Ten awans większości szedł w parze z degradacją, wykluczeniem i wywłaszczeniem
                mniejszości - Żydów, przeciwników politycznych, a potem narodów podbitych. To
                oni mieli zapłacić za "brunatną rewolucję".

                Hitler nie ograniczył państwa opiekuńczego nawet w czasie wojny. Dbano o rodziny
                żołnierzy, które nierzadko miały większe dochody niż w czasie pokoju. Robotnicy
                i urzędnicy nie płacili podatku wojennego. Zakaz płacenia za nadgodziny,
                wprowadzony w listopadzie 1939 r., został zniesiony już w sierpniu 1940 r.
                Reforma rent z 1941 r. wyraźnie poprawiła sytuację drobnych rencistów i
                wprowadziła przymusowe ubezpieczenia zdrowotne.

                Ten program można było realizować tylko dzięki niepohamowanej grabieży krajów
                okupowanych. To na nie przerzucono koszty okupacji i obłożono je kontrybucjami.
                Żołd wypłacano w walucie krajów stacjonowania żołnierzy, nią też płacono za
                surowce i usługi. Tym samym świadomie nakręcano inflację, która rujnowała
                gospodarki państw okupowanych. Natomiast żołnierze niemieccy dzięki korzystnym
                kursom wymiany walut wykupywali, co się dało: żywność, tekstylia, kosmetyki,
                wysyłając do Rzeszy miliony paczek.
Pełna wersja