Gość: :)
IP: *.ha.pwr.wroc.pl
28.09.02, 12:40
Stany Zjednoczone nie zgadzają się, żeby ich obywatele podlegali osądowi
jakichś tam międzynarodowych trybunałów. Sądzenie Jugosłowian zaś przed
takimi trybunałami uważają nasi politycy za postęp dziejowy. Ale kudy tam
Serbowi do Amerykanina. Stany Zjednoczone wyłączają zresztą pewne bliżej
niezdefiniowane kategorie spod działania własnego prawa i uznają za stosowne
trzymać je w urągających standardom międzynarodowym kazamatach przez
nieokreśloną ilość czasu bez przedstawienia aktu oskarżenia i procesu.
Stany Zjednoczone uważają też, że mają prawo i obowiązek zaatakowania każdego
kraju na świecie, który podług nich jest "zły" w metafizycznym słowa sensie.
Krajowi temu mogą Stany Zjednoczone przedstawić dowolne zarzuty, nawet jeśli
dysponując potężną CIA i perfekcyjnym wywiadem satelitarnym udowodnić ich nie
mogą. Stanom Zjednoczonym trzeba bowiem wierzyć na słowo i potulnie za nimi
podążać, bo najnowsza doktryna Stanów Zjednoczonych głosi, że kto nie z nami,
ten przeciw nam, co akurat nie jest najświeższą koncepcją postrzegania
świata. Ale co z tego?
Podsumowując - Stany Zjednoczone postanowiły wziąć w ręce ster globalnej
władzy, która bynajmniej nie ma zamiaru być władzą demokratyczną i będzie
bronić wartości, które za takowe uzna, środkami, które się jej spodobają.
Jest to oczywiście pewna koncepcja utrzymania porządku na świecie, choć
nadużyciem jest nazywanie go Pax Americana, gdyż żaden pax nie jest w nim
przewidziany, a wręcz odwrotnie. Powyższy stan rzeczy budzi na świecie trzy
zasadnicze reakcje, pomijając tych, którzy chcą mu się przeciwstawić siłą, bo
nie warto się zastanawiać nad poglądami tych, którzy ponoć zostaną
rozdeptani, a więc należeć powinni już dzisiaj do czasu przeszłego.
Wariant pierwszy, w enuncjacjach oficjalnych najpowszechniejszy, najpełniej
reprezentowany przez Wielką Brytanię i Polskę, to faktycznie pełne poparcie,
z wysuwanymi czasami, dla zachowania alibi, pozornymi zastrzeżeniami.
Nadgorliwość Rzeczypospolitej może tu rzecz jasna irytować, jest jednak
uzasadniona przy założeniu, że sprawy są i tak przesądzone, a w takim razie
nieważne meritum, tylko co komu skapnie z pańskiego stołu. Tak więc Rosjanie
chcą mieć wolną rękę w Czeczenii i Gruzji, Chińczycy też nie lubią swoich
muzułmanów i mają święcie dość gadania o głupim Tybecie, Francuzi chętnie
wycyckaliby trochę pieniędzy z Iraku... Nam akurat, bo jesteśmy honorowi i
nie lubimy się naprzykrzać, wystarczą słowa pochwały pana ambasadora z Alej
Ujazdowskich.
Wariant drugi uosabiają jak zwykle pięknoduchy i intelektualiści (tym razem
wyjątkowo nie tylko lewicowi). Są to beznadziejni marzyciele, czyli
zawalidrogi, którzy zwracają uwagę na odwieczne niebezpieczeństwo
jednostronnych dyktatów, a co gorsza - upominają się o jakieś niebywałe prawa
człowieka. Wydaje im się na przykład, że nawet najplugawsi wrogowie Stanów
Zjednoczonych mają prawo do skodyfikowanej sprawiedliwości, podniecają się
więc kreaturami z Guantanamo, kracząc, że mamy tu do czynienia z
niebezpiecznym precedensem i w przyszłości (bo w przeszłości były już złe
przykłady) będzie mógł uzurpować sobie prezydent Stanów Zjednoczonych
przywilej wsadzania kogo, gdzie i na ile zechce. Na postrzelanie do
Irakijczyków, choć to tak ładnie i aseptycznie wygląda w telewizji, też kręcą
nosem, bo niby jeśli nawet Saddam rzeczywiście może wyprodukować w ciągu paru
miesięcy broń masowego rażenia, to jeszcze nie wiadomo, czy ma zamiar jej
użyć, co jest według tych półgłówków tym bardziej wątpliwe, że dysponuje już
od dawna taką bronią np. Korea Północna i nic z tego na razie nie wynika.
Ukoronowaniem tego wszystkiego jest niewiara w precyzję amerykańskich
"chirurgicznych" uderzeń, a co za tym idzie - podejrzana troska o jakichś
podobno niewinnych cywilów. Demagodzy ukuli nawet służącą na takie okazje
kiczową zbitkę pojęciową: "starcy, kobiety i dzieci". Wstyd. Niby
intelektualiści, ale dialektyki nie znają.
Najgorszy jednak, bo mogący otumanić znaczną ilość obywateli nawet w samych
Stanach Zjednoczonych, jest wariant trzeci. Oto Watykan zdystansował się od
amerykańskich marszów wojennych. Jan Paweł II nie tylko zaapelował o
nieuciekanie się do przemocy, ale nawet wszelką wojnę ocenił jako zło, co
jest już nieznośnym ingerowaniem w kompetencje prezydenta Stanów
Zjednoczonych, jedynego mającego prawo stygmatyzować i klasyfikować zło na
tym świecie. Niestety, jak to Polakom szczególnie dobrze wiadomo, papież ma
charyzmę i znaczny autorytet. Nic więc dziwnego, że francuski katolicki "La
Croix" (wrzesień 2002) pozwala sobie napisać: "Używanie pojęcia patriotyzmu w
USA uderza w Kościoły, ponieważ po wypadkach 11 września poczucie jedności
narodowej sprowadzone zostało do podporządkowywania się każdej decyzji
władzy". Co gorsza, katolicy nie są tu odosobnieni. Jedna z głów kościoła
prezbiteriańskiego, Vernon Broyles, oświadcza (podaję za tymże "La Croix"):
"Chciałbym jakoś uczcić ofiary 11 września, nie biorąc jednak udziału w tym
nowym święcie narodowym (chodzi o oficjalne obchody rocznicy - LS),
stworzonym po to, żeby rząd amerykański mógł uznać, że ma carte blanche na
robienie, co mu się żywnie podoba". Natomiast metodystka Mia Adjali ma widać
złe reminiscencje, bo razi ją, niemal obowiązkowe od roku, używanie zwrotu
"God bless America", który chciałaby zastąpić przez "Boże, błogosław
ludzkość". Utopie tej grupy szkodliwych sceptyków wyrastają nie z jakowegoś
oświeceniowego humanizmu, wydumanych ideałów wolności lub niepodległości, ale
z bardziej jeszcze przestarzałej moralności. Z uporem maniaków odmawia ona
uznania, że przemoc jest lekarstwem na przemoc, śmierć zapłatą na śmierć,
nieomylność zaś atrybutem boskim, a nie mandatem Pentagonu.
Co z tego wyniknie? Wszelkie znaki na ziemi i w podziemiach, gdzie składuje
się bomby, wskazują, że wariant trzeci weźmie górę. Tyle że to niczego nie
załatwi. Niczego nie zmienił Afganistan i niczego nie zmieni Irak. Niczego
też nie zmieni następny w kolejce. Natomiast w wielu społeczeństwach nastąpi
bolesne rozdarcie. Przy okazji legnie ostatecznie w gruzach wiara w
amerykańskie ideały i babę z płomieniem na skalnej wysepce przy porcie.
Pozostanie kac, na którym ciężko buduje się przyszłość.