eva_swallow
14.11.05, 21:23
Chirac zjedz ta zabe !!!!!!!!!
Francja będzie musiała przejść do europejskiej drugiej ligi
Prezydent Jacques Chirac chciał być kapłanem "wielkiej Francji" Charles`a de
Gaulle`a, a będzie raczej grabarzem mocarstwowej pozycji swego kraju,
zbudowanej przez de Gaulle`a dzięki polityce mistyfikacji. Mimo że europejski
traktat konstytucyjny mało obchodzi Francuzów, tak żywej publicznej debaty
jak przed referendum mającym zadecydować o losie projektu konstytucji Francja
nie przeżyła od dawna. Traktat jest jednak tylko pretekstem do sporu o rolę
Francji w Europie i świecie. Francuzi słusznie przeczuwają, że niezależnie od
tego, czy projekt eurokonstytucji zostanie przyjęty, czy nie, będą musieli
się pożegnać z wielkomocarstwowymi ambicjami i skończyć z zainicjowaną przez
de Gaulle`a i trwającą ponad pół wieku wielką francuską mistyfikacją.
- Francja będzie musiała przejść do europejskiej drugiej ligi - przyznaje w
rozmowie z "Wprost" Roland Dumas, socjalista, były szef dyplomacji i jeden z
najbliższych współpracowników prezydenta Francois Mitterranda, który razem z
kanclerzem Helmutem Kohlem spłodził omnipotentny francusko-niemiecki duet,
lokomotywę integracji europejskiej. - Francuzi budzą się ze snu o francuskiej
hegemonii w Europie i tradycyjnych strefach wpływów. Zaczynają rozumieć, że
głos Paryża już nie jest tak słyszalny w rozszerzonej unii 25 państw -
wtóruje Rene Backmann, szef działu zagranicznego tygodnika "Le Nouvel
Observateur". To już nie ta Francja, nie ta Europa, nie ten gaullistowski
prestiż, co kiedyś.
Strategia blefu
Wyrazem tych obaw był w kampanii referendalnej przykład "polskiego
hydraulika", który pospołu z tureckim imigrantem miałby doprowadzić do
rozmontowania Francji. Tymczasem Polak i Turek mogą Francuzom jedynie pomóc -
w demontażu nierealnej, zmitologizowanej pozycji Francji na arenie
europejskiej i światowej. Pozycji, która jest nieproporcjonalna do potencjału
Francji i - jak wszystko, co sztuczne - przynosi szkody zarówno samym
Francuzom, jak i ich partnerom w Unii Europejskiej.
Nie pomagają Francuzom w uświadomieniu sobie tego ich politycy. Zwolennicy
traktatu konstytucyjnego przekonują, że jego przyjęcie pozwoli na
zachowanie "wielkości Francji". Przeciwnicy - paradoksalnie - używają tego
samego argumentu. - Powołując się na de Gaulle`a w swej propagandzie
prokonstytucyjnej, fałszywi gaulliści z Chirakiem i Nicolasem Sarkozym na
czele, łżą. De Gaulle na pewno głosowałby na "nie", bo chciał Europy, w
której Francja gra pierwsze skrzypce - mówi dla "Wprost" Pierre Maillard,
jeden z najbliższych współpracowników de Gaulle`a, jego doradca ds. polityki
zagranicznej w latach 1959-1965.
Gdy w czasie telewizyjnej debaty przed referendum wyselekcjonowana grupa
młodzieży zaczęła pytać nie o idee "wielkiej Francji", lecz o bezrobocie
(prawie co czwarty Francuz w wieku produkcyjnym, który nie skończył 25 lat,
jest bez pracy) i problemy szkolnictwa oraz mówić o swoich obawach, Chirac
odparł: "Nie rozumiem". Kiedy George Bush odrzucił protokół z Kyoto, który
miał ograniczyć emisję gazów wywołujących efekt cierplarniany, Chirac grzmiał
na szczycie świata w Johannesburgu: "Nasz dom płonie, gdy my zajmujemy się
czym innym". Miał na myśli to, że... Amerykanie zajęli się Irakiem.
Chirac postąpił tak, jak robili wszyscy przywódcy Francji od ponad pół wieku:
zagrał o najwyższą stawkę, nie bacząc na to, co ma w kartach. Francuscy
politycy tak przywykli do bezkarnego blefowania w polityce międzynarodowej,
że uwierzyli we własny blef. Gdy w czasie sporu o Irak politycy innych krajów
unii próbowali sprawdzić, co Chirac ma w kartach, ten strofował ich, że są
źle wychowani. Był poirytowany, że już nie może arbitralnie zabierać głosu w
imieniu większości Europejczyków.
Chirac jest zdumiony, że to, co robi, przyjmowane jest tak źle. Przecież robi
dokładnie to, co przyniosło chwałę jego poprzednikom: Mitterrandowi, a przede
wszystkim de Gaulle`owi. Skoro oni z sukcesem boksowali w nie swojej wadze,
to czemu nie pójść w ich ślady? Tyle że czasy się zmieniły. - Poglądy de
Gaulle`a były tak przestarzałe, że niekiedy mogły się wydawać
ultranowoczesne - twierdzi historyk Walter Laqueur. De Gaulle potępiał
porządek światowy ukształtowany w Jałcie i Poczdamie, ale nie ze względu na
jego imperialny, niesprawiedliwy charakter, lecz dlatego, że w obu
konferencjach nie uczestniczyła Francja. Paryż krytykował ład pojałtański
także z tego powodu, iż pierwsze skrzypce odgrywały w nim dwa pozaeuropejskie
supermocarstwa. De Gaulle pozwalał sobie na duży margines kontestacji -
włącznie z wyjściem ze struktur wojskowych NATO, po którym Waszyngton
ogarnęła furia, a Moskwa była zachwycona.