Były kanclerz Niemiec złożył mandat posła

24.11.05, 08:16
Były kanclerz Niemiec złożył mandat posła





Dzień po zaprzysiężeniu Martadeli Merkel jako nowego kanclerza jej poprzednik
Gerhard Schröder złożył mandat deputowanego do Bundestagu. Jednocześnie
oficjalnie wycofał się z działalności w SPD i w ogóle z polityki. Decyzja
byłego kanclerza nie była zaskoczeniem. Schröder jeszcze w październiku
zapowiadał, że nie ma zamiaru iść w ślady swojego poprzednika Helmuta Kohla,
który po przegranych wyborach w 1998 roku pozostał deputowanym. - To byłoby
dla mnie upokarzające - komentował Schröder. Były kanclerz przeprowadził się
już z apartamentu w Urzędzie Kanclerskim do małego mieszkania w pobliżu
berlińskiej Bramy Brandenburskiej. Ma zamiar zająć się spisywaniem
pamiętników.


Niech napisze jak lizal odbyt Putinowi !!!!!!!!
    • wrocek2015 Re: Były kanclerz Niemiec złożył mandat posła 24.11.05, 08:24
      Dla nas to tez nie bylo zaskoczeniem , kompromitacja na cala euro-komune
      Marazm gospodarczy od dekady , bezrobocie 12 % , i astronowmiczne dlugi , kilka
      lat pod rzad przekroczony limit ale Komisja Euro- pyjska tego nie widzi widac
      sa rowni i rowniejsi
    • adolf16_bratevy15 Co tu powiedziec ... NARESZCIE !!!!! 24.11.05, 08:33
      Jeszcze tylko Cirak i Lukaszenko i zapanuje spokoj i przyjazn
      internacjonalistyczna !!!!!!!!1
    • adolf16_bratevy15 To byl mandat posla czy raczej OSLA !!!!!!! 24.11.05, 08:51
    • wrocek2015 Niewinny jak esesman 24.11.05, 09:04
      Niewinny jak esesman

      Hermann Schaper, inspirator mordu na Żydach w Jedwabnem i Radziłowie, pozostaje
      bezkarny

      To chyba najdłuższa choroba sądowa w dziejach powojennej Europy. Aż 26 lat z
      powodu kolejnych zdrowotnych dolegliwości sądu unika Hermann Schaper. A to nie
      byle kto, bo inspirator mordów na Żydach w Jedwabnem i okolicach. Postawienie
      mu zarzutów przez prokuratora Instytutu Pamięci Narodowej uniemożliwiają nie
      tylko kolejne choroby, ale też ostentacyjna opieszałość niemieckich organów
      ścigania.
      Podczas zakończonego dwa lata temu śledztwa białostocki IPN ustalił, że w lipcu
      1941 r. mordu Żydów z Jedwabnego dokonało około 40 Polaków z miasteczka i
      okolic. Prowadzący sprawę prokurator Radosław Ignatiew znalazł dowody na to, że
      zbrodnię popełnili Polacy, lecz inspirowali ją Niemcy. Wysłannik IPN przebadał
      dokumenty w Centrali Ścigania Zbrodni Nazistowskich w Ludwigsburgu i
      stwierdził, że inspiratorem mordu był esesman Hermann Schaper. W 1941 r. był on
      dowódcą działającego w okolicach Łomży Einsatzkommando, które zachęcało
      miejscowych Polaków do mordowania Żydów nie tylko w Jedwabnem, ale
      prawdopodobnie też w Radziłowie, Łomży, Rutkach, Wiźnie i Zambrowie. - Spalenie
      Żydów w Jedwabnem i Radziłowie to były egzekucje zarządzone przez Niemców i
      zlecone polskim wykonawcom. Schaper odegrał w tych mordach rolę inspiratora -
      uważa dr hab. Edmund Dmitrów z IPN.

      Zbrodnicze samooczyszczanie
      Wszystko wskazuje na to, że mordy na Żydach w lipcu 1941 r. były inspirowane
      rozkazem Reinharda Heidricha, szefa Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy.
      Rozkaz ten dotyczył tzw. akcji samooczyszczających i został wydany kilka dni
      przed zbrodniami w Jedwabnem i Radziłowie. "Nie należy stawiać przeszkód
      dążeniom do samooczyszczania, występującym w antykomunistycznych i
      antyżydowskich kręgach na nowo zajętych obszarach. Przeciwnie: należy je
      wywoływać, nie pozostawiając śladów" - zalecał Heidrich. Ten rozkaz dobrze
      pokazuje mechanizmy działania inspiratorów mordów na Żydach na ziemi
      łomżyńskiej.
      Prokuratorzy IPN długo szukali Schapera. Dzięki współpracy z niemiecką policją
      udało się dowieść, że esesman żyje; ustalono też jego adres. W 2002 r. do
      Niemiec pojechał polski prokurator, by przesłuchać Schapera. Zbrodniarz uniknął
      jednak niewygodnych pytań: po rozmowie z Radosławem Ignatiewem przedstawił
      zaświadczenia lekarskie, z których wynikało, że nie może zeznawać. Z powodu
      braku niezbitych dowodów na jego udział w inspirowaniu mordu IPN nie mógł mu
      postawić zarzutów. Śledztwo umorzono.

      Miłosierdzie prokuratury
      Nazwisko Schapera pojawiło się także w innym śledztwie IPN - dotyczącym pogromu
      w Radziłowie. Prowadzący śledztwo prokurator Tomasz Kamiński zwrócił się do
      bawarskiego ministerstwa sprawiedliwości z wnioskiem o umożliwienie ponownego
      przesłuchania Schapera. - Dostaliśmy odpowiedź, że z powodu choroby były
      esesman nie może składać zeznań i żeby już więcej o to nie prosić - mówi
      Kamiński.
      Zasłaniając się złym stanem zdrowia, Schaper unika odpowiedzialności już od 26
      lat. W połowie lat 70. niemiecki sąd oskarżał go o udział w zbrodniach
      nazistowskich w Polsce, ale przedstawione zaświadczenie lekarskie pozwoliło mu
      uniknąć sądu. Mimo to IPN chce postawić mu zarzuty. I są na to realne szanse. W
      Izraelu, a być może także w Niemczech, znajdują się zeznania potwierdzające
      udział Schapera w zbrodniach na Białostocczyźnie i ziemi łomżyńskiej w 1941 r.
      W 1963 r. izraelski prokurator Icchak Feler zdobył dowody na to, że Schaper
      dowodził akcją rozstrzeliwania Żydów w Tykocinie. Z kolei mieszkająca w Hajfie,
      a pochodząca z Radziłowa Chaja Filkenstein rozpoznała Schapera na zdjęciu jako
      osobę przyjmującą meldunki od Polaków mordujących Żydów w jej rodzinnym
      miasteczku. "Ten oficer przyszedł do mojego mieszkania razem z przewodniczącym
      gminnej rady w Radziłowie i komendantem polskiej policji. Robił wrażenie
      kierującego akcją" - zeznała Filkenstein. Protokoły przesłuchań powędrowały do
      niemieckiej prokuratury, ale Schaper i tym razem uniknął odpowiedzialności. -
      Uzasadnienie umorzenia śledztwa było kuriozalne. Niemiecka prokuratura
      stwierdziła bowiem, że oglądając zdjęcia mężczyzn w mundurze... łatwo się
      pomylić - mówi prokurator Kamiński.
      Białostocki IPN zwrócił się do izraelskiej prokuratury z prośbą o przysłanie do
      Polski akt przesłuchań 52 świadków mordu w Radziłowie, w tym zeznań
      obciążających Schapera. Nie chodzi przecież o to, by dręczyć 94-letniego
      starca, lecz o to, by winni ludobójstwa nie mogli uciec od odpowiedzialności,
      nawet po 64 latach od popełnienia zbrodni.




    • niepowtarzalny4 Niemcy do pracy !!!!!!!! 24.11.05, 09:10
      Niemcy do pracy
      Raport OECD zaleca Niemcom wydłużenie okresu pracy osób starszych w związku z
      malejącym przyrostem naturalnym i brakiem siły roboczej. Popiera decyzję rządu
      o podwyższeniu wieku emerytalnego z 65 do 67 lat, ale nie od 2035 r. tylko
      wcześniej. * Handel zagraniczny i inwestycje były motorem wzrostu w III kw., bo
      spożycie wewnętrzne zmalało. PKB zwiększył się o 0,6 proc. wobec II kwartału i
      o 1,3 proc. rocznie - podał urząd statystyczny.



    • adolf16_bratevy15 Niemcy czują się jedynymi ofiarami II wojny świato 24.11.05, 09:12
      Niemcy czują się jedynymi ofiarami II wojny światowej
      Czego ucz w niemieckich szkolach ?????
      Uczniowie w RFN mogą przeczytać, że Polacy odpowiadają nawet za wypędzenia
      Niemców z Bałkanów

      Jedynymi ofiarami II wojny światowej byli Niemcy, którzy tę wojnę wywołali -
      tak się może wkrótce okazać.
      I Niemcy byli też jedynymi wypędzonymi. Owszem, Polacy byli przez Niemców
      przepędzani, ale dotyczy to zaledwie 460 tys. osób, co jest tylko dramatem przy
      wielkiej tragedii 1,5 mln Niemców, którzy podczas wypędzeń stracili życie. I
      oczywiście, Niemcy nie mają nic wspólnego z deportacjami Polaków przez
      Sowietów, tak jakby nie było żadnego paktu Ribbentrop - Mołotow i jakby nie był
      on zaproszeniem dla Stalina do wypędzeń.
      Mówienie o wypędzeniach Polaków ma głęboki sens choćby dlatego, że oto w
      Niemczech powstała multimedialna prezentacja "Ucieczka i wypędzenie". To
      materiał obowiązkowy do nauki historii dla uczniów bawarskich szkół. Materiał
      prezentuje punkt widzenia Niemieckiego Związku Wypędzonych (BdV) Eriki
      Steinbach oraz Powiernictwa Pruskiego Rudiego Pavelki. Twierdzą oni, że podczas
      działań wojennych z zajętego przez Niemców terytorium Polski wypędzono "tylko"
      460 tys. Polaków

      Kto by ofiara ?????


      Osoby odpowiedzialne za edukację młodzieży w Bawarii i całych Niemczech oraz
      Erika Steinbach i jej związek albo nie znają historii własnego kraju, albo ją
      celowo zakłamują. Gdyby znali, mogliby przeczytać jedno z rozporządzeń
      Heinricha Himmlera, Reichsfźhrera SS, komisarza Rzeszy ds. umacniania
      niemczyzny. "Powinniśmy być bezlitośni w sprawach osadnictwa, ponieważ nowe
      prowincje muszą się stać germańskimi, jasnowłosymi prowincjami Niemiec" -
      zalecał Himmler jesienią 1939 r. W efekcie Niemcy wypędzili nie 460 tys., lecz
      1,7 mln Polaków. Gźnter Grass, literacki noblista, mówił dwa lata temu w
      telewizji ARD: "Pamiętam, jak z moich okolic wygnano polskich chłopów, by
      zrobić miejsce dla niemieckich osiedleńców".
      Gdy Erika Steinbach pochyla się nad niemieckimi ofiarami wypędzeń, zapomina, że
      tych ofiar mogło być nawet trzy razy mniej. Niemcy ginęli przede wszystkim
      dlatego, że władze wojskowe do ostatniej chwili nie ogłaszały ewakuacji
      cywilów, więc znajdowali się oni często w pierwszej linii frontu. Autorzy
      prezentacji dla uczniów w Bawarii pominęli, że Niemcy uciekali przed Armią
      Czerwoną i jej ofiarami byli przede wszystkim. Uczniów przekonuje się
      tymczasem, że winni dramatu milionów Niemców są tylko Polacy. Mało tego, Polacy
      odpowiadają nawet za wypędzenia Niemców z Bałkanów.
      Dobrze, że Polacy wreszcie przestali pokornie słuchać, jakimi to zbrodniarzami
      byli wobec Niemców. Utworzone w Gdyni Powiernictwo Polskie, poznańska Wspólnota
      Ofiar Niemieckich Wypędzeń czy działający w południowej Polsce Związek
      Wypędzonych z Kresów Wschodnich przypominają, że to Polacy byli przede
      wszystkim ofiarami wypędzeń. - Zaprzeczanie temu jest zwyczajnym kłamstwem.
      Erika Steinbach i jej rodzice wcale nie są wypędzonymi. To uciekinierzy, którzy
      mieli wystarczająco dużo czasu, by spakować większość dobytku - mówi Dorota
      Arciszewska-Mielewczyk, posłanka PiS, założycielka Powiernictwa Polskiego. -
      Niemcy wkładają dużo energii w te wątki historyczne, które mogą wypaczyć wiedzę
      Niemców o tym, czym była II wojna światowa. Chodzi o określenie
      odpowiedzialności i sprawczości za wojnę, w tym za wypędzenia - uważa Donald
      Tusk, lider Platformy Obywatelskiej. Kilka dni temu Tusk uczestniczył w debacie
      o wypędzonych z Eriką Steinbach (na Uniwersytecie Zielonogórskim).

      Fałszywe rachunki Eriki Steinbach
      Niemcy rozpoczęli wypędzanie Polaków z ziem zachodnich RP, w tym z Poznania,
      już w 1939 r. Na zabranie niezbędnych rzeczy dawano 15 minut. Wypędzano
      Polaków, gdyż do Rzeszy włączono Pomorze, część Mazowsza, Wielkopolskę, Śląsk,
      część ziemi łódzkiej i krakowskiej. Podczas wojny z terenów Wielkopolski i
      Łódzkiego wypędzono 630 tys. osób. Na mniejszą skalę prowadzono akcję
      oczyszczania Górnego Śląska, Białostocczyzny i Mazowsza - swoje domy musiało
      opuścić ponad 130 tys. osób. Prawie wszystkich mieszkańców wyrzucono z Gdyni, z
      czego ponad 50 tys. przesiedlono do Generalnej Guberni.
      O wielu akcjach wypędzania Polaków nie pamięta się. W połowie wojny wypędzono
      na przykład ponad 100 tys. mieszkańców Tarnobrzegu i okolic, gdzie Niemcy
      utworzyli poligon rakietowy. Do niedawna nie mówiono o wypędzeniach Polaków na
      Wileńszczyźnie jesienią 1942 r. Współpracująca z Niemcami administracja
      litewska kazała im w ciągu kilkudziesięciu minut opuścić domy. Dla wypędzonych
      wtedy 1500 Polaków na krótko stworzono getta, a później zostawiono ich samym
      sobie. Do 1989 r. nie mówiono w Polsce o wypędzeniach Polaków z Kresów
      Wschodnich RP, które zajęła Armia Czerwona (na mocy paktu Ribbentrop -
      Mołotow). Po 10 lutego 1940 r. na Sybir wysłano co najmniej 220 tys. Polaków.
      Wypędzono inteligencję, urzędników państwowych i zwykłych ludzi. Kolejne 300
      tys. Polaków wygnano na wschód i północ w kwietniu 1940 r. Latem tego samego
      roku do transportu 240 tys. Polaków załadowano także uciekinierów z terenów
      okupowanych przez Niemców. W czerwcu 1941 r. znowu wywieziono 300 tys. osób. W
      jednym z takich transportów znalazła się znana aktorka Hanka Ordonówna, wygnana
      z Wilna. Deportacje przerwała dopiero niemiecka agresja na ZSRR. Na krótko, bo
      już w styczniu 1944 r., po wkroczeniu do Polski Armii Czerwonej, z zajętych
      ponownie przez Rosjan polskich ziem wywieziono co najmniej 200 tys. osób.
      W bilansie wypędzeń zapomina się też o 500 tys. mieszkańców Warszawy, wygnanych
      ze stolicy jesienią 1944 r. - po upadku powstania. Umieszczano ich w obozie
      przejściowym, a potem wysyłano na roboty do Niemiec lub do obozów
      koncentracyjnych. Na mapie Polski trudno wręcz znaleźć miejsce, z którego nie
      wypędzono by mieszkańców, bo musieli zrobić miejsce dla Niemców, m.in. dla ojca
      Eriki Steinbach - Wilhelma Karla Hermanna. Ten feldfebel Wehrmachtu zamieszkał
      w domu w Rumii, z którego wyrzucono polską rodzinę.

      Wywiezine meble z Polski w antykwariatach w Niemczech

      Plany masowych deportacji Polaków i innych Słowian (tzw. Generalplan Ost -
      Generalny Plan Wschodni) przez Niemców powstały jeszcze przed wojną. GO miał
      być realizowany jeszcze przez trzydzieści lat od zakończenia wojny. Jak
      zbrodniczy charakter miały przesiedlenia, można się było przekonać na
      Zamojszczyźnie. W 1941 r. Himmler nakazał stworzenie w okolicach Lublina i
      Zamościa eksperymentalnego okręgu wysiedleńczego. Rok później w ramach akcji o
      kryptonimie "Miecz - Pług - Kołyski" rozpoczęły się wypędzenia z Zamojszczyzny.
      Z domów wyrzucono prawie 120 tys. osób.
      Wypędzonych wywożono na roboty do Niemiec, niezdolni do pracy trafiali do obozu
      w Auschwitz. Po czerwcu 1943 r. Polacy z Zamojszczyzny trafiali do obozu
      koncentracyjnego na Majdanku (ponad 16 tys. osób). Na miejsce wypędzonych
      Polaków przybywali Niemcy z Rzeszy, m.in. rodzice Horsta Koehlera, obecnego
      prezydenta Niemiec. Urodził się on w Skierbieszowie - jednej z wiosek na
      Zamojszczyźnie, z której wypędzono wszystkich mieszkańców. - W nocy Niemcy
      otoczyli wieś i kazali się wynosić z domów - wspomina Helena Kozar ze
      Skierbieszowa.
      Pod koniec wojny władze Rzeszy zadecydowały o ewakuacji swoich obywateli z
      terenów Polski. Podczas ucieczki wiele budynków spalono, by nie dostały się w
      ręce Polaków. Taki los spotkał ponad 3 tys. fabryk i dworów. Dobrze to pamięta
      Andrzej Frankowski, którego ojciec był właścicielem majątku pod Poznaniem. -
      Jeszcze dziś, odwiedzając antykwariaty w Niemczech, patrzę na meble i
      zastanawiam się, które z nich stały w naszym domu - mówi Frankowski. Rodzice
      Benedykta Wietrzykowskiego, prezesa Stowarzyszenia Gdynian Wysiedlonych, przed
      wojną mieli w Gdyni dwa sklepy z towarami kolonialnymi. - Gdy w 1945 r.
      wróciliśmy do Gdyni, po majątku nie zostało śladu - mówi Wietrzykowski.

      Zaniechana zemsta
      Kilka miesię
Pełna wersja