emerytka2006
19.02.06, 22:41
... tak jak pojechała w październiku i listopadzie 2004 roku na Ukrainę, by
wspierać tzw. demokratyczne przemiany w tym kraju (koleżanka z Donbasu
opowiadała mi o bałaganie jaki zostawili na ulicach ukraińskich miast: puszki
po piwie, butelki wódki, opakowania po jedzeniu czy zużyte prezerwatywy)?
To w sumie świetna wycieczka: można obejrzeć kawał kraju (od Brześcia po
Homel), pojeść sobie na koszt różnych organizacji praw człowieka
(finansowyanych już to przez UE, już to przez Waszyngton), pobumelowac i
poczuć się jak panisko (za parę dolarów można przez jedną noc być królem),
prawie tak jak przed 1939 rokiem na tych terenach.
Za nic nie bierze się odpowiedzialności - wrzask, że wybory będą sfałszowane
rozlega się wszędzie, więc można spokojnie ględzić o "fałszerstwach
Łukaszenki", bez obawy, że ktoś krzyknie: sprawdzam!
Jak podała wczoraj Sowietskaya Bielarus poparcie dla obecnego prezydenta waha
się w granicach 75-82% (i raczej rośnie), Milinkiewicz może liczyć najwyżej
na 9-11%, głównie na terenach zamieszkanych przez Polaków oraz nacjonalistów.
Będą się więc młokosy w komisjach musieli starać, bo np. na Ukrainie nie
pracowali wystarczająco wydajnie i trzeba było organizować III turę (swoisty
wkład Ukrainy do demokracji). A jak się nie uda to wszystko zwali się na
Łukaszenkę.
To co, jedziecie? Jedźcie! Zabierzecie ze sobą mielonki, świeże bułeczki,
wodkę i będziecie szpanować przed Białorusinami jacy jesteście "wielcy", jacy
bogaci, jacy lepsi, jak świetnie rozumiecie demokrację i prawa człowieka w
przeciwieństwie do "motłochu zza Buga". Może Łukaszenka was posłucha i
zafunduje wam nawet wakacje na tej Białej Rusi?