Gość: traianus
IP: *.wroclaw.dialog.net.pl
26.03.03, 18:57
Przeklęta propaganda
Piotr Wierzbicki
Stany Zjednoczone, wraz z Wielką Brytanią, Australią, Polską, całą koalicją
krajów, które nie przelękły się satrapy, idą na wojnę. Chwała im za to.
Czynią to w obronie cywilizowanego świata.
Ale Stany Zjednoczone mają od zakończenia II wojny światowej wciąż tę samą
piętę achillesową. Jest nią propaganda. Ameryka wygrała w tym czasie bądź
przynajmniej mogła łatwo wygrać wszystkie prowadzone przez siebie wojny i
potyczki militarne. Ameryka przegrała w tym czasie parę wielkich batalii o
rząd dusz.
W erze konfrontacji między komunizmem a wolnym światem było to widoczne jak
na dłoni.
Po jednej stronie mieliśmy lawinę zorganizowanej agresji komunistycznego
aparatu kłamstwa. Szły jednym ciągiem drukowane
w "Prawdzie", "Izwiestiach", "Trybunie Ludu", "Rudym Prawie", "Neue
Deutschland" najbardziej ordynarne i wyuzdane wyzwiska pod adresem Zachodu w
publicznych wystąpieniach przywódców ZSRR i ich satelitów. Powielane w
niezmordowanej produkcji wydziałów propagandy, prasy, "kultury" komitetów
centralnych i lokalnych rządzących partii, w milionowych nakładach książek
wykazujących, iż amerykański farmer cierpi nędzę, zaś radziecki kołchoźnik
żyje w radosnym dobrobycie, bombardowały następnie światową opinię publiczną
w sposób systematyczny, metodyczny, profesjonalny. Pomagierzy byli na
miejscu. Kremlowski jazgot, tłumaczony natychmiast na francuski, włoski,
angielski, zapełniał łamy "Humanite", "Unity" i pozostałych organów
komunistycznych partii działających legalnie w krajach zachodniej demokracji.
Pomagierzy mieli swoich pomagierów. To utrzymywane przez Moskwę, Pragę,
Warszawę, Berlin Wschodni, Budapeszt, Bukareszt organizacje całkowicie
niezależnych i przenikniętych najczystszym
humanizmem "demokratów", "demokratycznych związkowców", "demokratycznych
kobiet", "demokratycznej młodzieży" i, rzecz jasna, "obrońców pokoju". Tych
ostatnich było zawsze najwięcej. Protestowali nieustannie, żarliwie,
spontanicznie. Przeciw amerykańskiej bombie atomowej i przeciw planowi
Marshalla. Przeciw powstaniu NATO i przeciw izraelskiej "agresji". Przeciw
skazaniu Rosenbergów i przeciw rakietom Pershing. Przeciw "wojnom gwiezdnym"
i przeciw "mocodawcom z Wall Street".
A cóż było po drugiej stronie? Wyniosłe i rzeczowe milczenie anglosaskiego
dżentelmena. Dżentelmen nie dyskutuje o faktach. Dżentelmen nie odpowiada na
wyzwiska. Dżentelmenowi zupełnie wystarczy, że ma rację. Jest poza tym
nastawiony praktycznie, szkoda mu czasu na "gadanie". Odpowiedzią na
straszliwe wyzwiska, na gigantyczne demonstracje angażujące momentami wręcz
miliony Europejczyków wyprowadzanych na ulicę przez sowiecką piątą kolumnę
były więc z reguły lakoniczne, średnio zrozumiałe formułki w stylu "Ameryka
wypełni swe zobowiązania", wypowiadane przez jakiegoś urzędnika Departamentu
Stanu. Czasem odezwał się prezydent. Kennedy i Reagan rozumieli siłę
propagandy. Ale to były osobowościowe fajerwerki. Polityka amerykańska jako
całość propagandą się programowo brzydziła.
Skończyła się konfrontacja między komunizmem a wolnym światem, ale sytuacja
jakoś dziwnie się powtarza. Znów Ameryka przyjęła na siebie główny ciężar
walki z nowym strasznym zagrożeniem, znów jest celem nagonki organizowanej
przez "obrońców pokoju" i znów wcale się nie wysila, by ten jazgot
zrównoważyć bądź zagłuszyć, przeciwnie, angażując się w rozpaczliwe starania
na forum ONZ, oddała na pół roku inicjatywę swym najbardziej zagorzałym
przeciwnikom. To groźne zaniechanie. Światowe media nie grzeszą zazwyczaj
bezstronnością, mało je obchodzi masakra w Czeczenii i okupacja Tybetu, ale
gdy idzie o argumenty satrapów oraz nastroje i demonstracje antyamerykańskie,
są zawsze do usług, na posterunku. Każde machnięcie tyłkiem babiszona
wrzeszczącego "Bush - morderca" odnotowane zostaje z wielkim namaszczeniem, a
gdy pewnego dnia ulicami Nowego Jorku przemaszeruje z
transparencikiem "pokój, pokój, pokój!" przywiązanym do ogona koza, usłyszymy
natychmiast: "zwierzęta całego świata łączą się w proteście przeciw wojnie".
Propaganda to proceder nikczemny, dżentelmen propagandy nie uprawia, dla
dżentelmena liczą się realia i Ameryka na pewno w militarnej konfrontacji z
terroryzmem zwycięży. Oby tylko nie poległa (tak jak w wojnie wietnamskiej)
zakrzyczana i zadziobana przez gołąbki pokoju z Paryża, Moskwy, Berlina,
Pekinu i Bagdadu.