Blair odszedl

27.06.07, 14:08
A razem z nim kilku jego kolegow. Ale nadal jestesmy zmuszeni tolerowac
jednego jego kolege. Komisarza (czytaj: czlonka Politbiura) Petera Mandelsona,
komucha ktorego sam Blair dwukrotnie wykopal z Whitehall Palace.

Peter Mandelson nie potrafi negocjowac z Amerykanami, przez co do dzis nie
zostalo zawarte ogolnoswiatowe porozumienie handlowe. Sarkozy juz raz grozil,
ze zdymisjonuje Mandelsona, ale nie mogl tego zrobic, bo mu rzady Brytanii
(partyjni koledzy Mandelsona bronili go), Niemiec i Hiszpanii nie pozwolily.

Jestem fanem Sarkozy'ego od 2 lat, ale nie moge zrozumiec czemu on nadal chce
przyjaxnic sie z Niemcami. Bo porozumienie byloby korzystne nie tylko dla
Amerykanow, ale i dla Francuzow. Oczywiscie Amerykanie tez musza chciec
zawrzec porozumienie, ale po co przyjaźnic sie z Niemcami, skoro oni nie
pozwola zdymisjonowac Mandelsona?

Bo chyba nikt nie watpi, ze Mandelsona nalezy potraktowac butem?
    • moutard polityczny belkot , jaki tu uprawiasz w zasadzie 27.06.07, 14:22
      skazuje twoje posty na nieuwage, ale niech...
      nastepca Blaira bedzie kontynuowal jego polityke, (wspolpraca i z USA i z Unia)
      z czym wiec masz problem?
      • zibi_mazurak Re: polityczny belkot 27.06.07, 14:35
        Z niczym. Ale to nie oznacza ze zamierzam tolerowac Mandelsona.
        • felusiak1 Blair odszedł, a to nowina 27.06.07, 14:39
          Gdybyś nie zaczął wątku to nie wiedziałbym, ze sobie poszedł i byłbym nadal
          ciemny jak tabaka w rogu. Ale dlaczego piszesz o Mandelsonie zamiast o Blairze?
          Powinieneś tytułować swoje wątki nieco precyzyjniej.
        • des4 Re: polityczny belkot 27.06.07, 14:58
          zibi_mazurak napisał:

          > Z niczym. Ale to nie oznacza ze zamierzam tolerowac Mandelsona.

          Jakie kroki w związku z tym podejmiesz???
    • cyniol Re: Financial Times: Brown v. Blair 01.07.07, 14:56


      Stalinowski wielki sojusz?
      Financial Times
      Przez ostatnie dziesięć lat Tony Blair był jednym z najzręczniejszych aktorów na
      światowej scenie, z olśniewającym talentem mówcy i z polityczną umiejętnością
      skupiania na sobie uwagi.

      Teraz, po przekazaniu władzy Gordonowi Brownowi, jakie odbyło się w tym
      tygodniu, Wielka Brytania wkroczyła na drogę polityki, która będzie bezbarwna i
      nudna, ale – szczerze mówiąc – uspokajająco przyziemna.

      W tym historycznym tygodniu politycznej zmiany był moment, który pokazał, jak
      różne mogą okazać się sposoby rządzenia Blaira i Browna. Stało się to około
      godziny 15 w środę, kiedy nowy premier został zawieziony na Downing Street 10,
      po tym jak został poproszony przez królową o stworzenie nowego rządu.

      Dziesięć lat temu, kiedy Tony Blair przybył tu w chwale swojego pierwszego
      zwycięstwa wyborczego, oczekiwał go tłum wiwatujących zwolenników laburzystów,
      wielu z nich wymaszerowało na ulicę dzięki świetnie zgranej operacji
      przygotowanej przez partyjnych działaczy. Tony Blair pewnym głosem mówił do
      tłumu. Stał na schodach Downing Street w towarzystwie żony i dzieci.

      Przybycie Gordona Browna w tym tygodniu do siedziby władzy nie było tak głośne.
      Nowy premier i jego żona zostali przywitani jedynie przez dziennikarzy i
      fotografów. Zwolennicy partii i dzieci Browna były trzymane z dala od
      wydarzenia. Zanim przemówił do mediów, Gordon Brown zrobił nawet coś, czego
      nienaganny Tony Blair nie zrobiłby nigdy: popukał nerwowo w mikrofon, by
      sprawdzić, czy działa.

      Prawdę mówiąc, ten wyciszony styl jest właśnie tym, czego Brytyjczycy teraz
      potrzebują – a Gordon Brown to wie. Po klęsce sojuszu w Iraku, nieudanym
      przedsięwzięciu związanym z bronią masowego rażenia, serii niesmacznych
      skandali, które uderzyły w Tony’ego Blaira, Brytyjczycy chcą od swojego premiera
      pokory, a nie pychy. Części prasy – szczególnie mediom międzynarodowym – to się
      nie spodoba. Ale po dziesięcioleciu ”Blairyzmu” polityczne umiarkowanie to
      dzisiaj w Wielkiej Brytanii ”potrawa dnia”.

      Jednak Gordon Brown do tej pory pokazywał, że nie chce wyłącznie podkreślać
      różnicy między nim a Tony’m Blairem. Chce stworzyć wrażenie zmiany na wielu
      liniach frontu. Największe niebezpieczeństwo, z jakim musi się zmierzyć, to
      fakt, że opozycyjna partia konserwatywna będzie twierdziła, jakoby jego
      przybycie na Downing Street 10, dziesięć lat po tym jak laburzyści zdobyli
      władzę, to ostatni rozdział historii ich rządów – i że następne wybory muszą być
      „czasem zmiany”. Dlatego Gordon Brown usiłował przekonać, że to właśnie jego
      przybycie na Downing Street jest oznaką wielkiej zmiany. Zrobił trzy rzeczy, by
      pokazać, że nowy rozdział został otwarty.

      Po pierwsze, Gordon Brown starał się złagodzić długoletni pogląd, że jest
      ”stalinowskim” maniakiem kontroli, który polega jedynie na przyjaciołach.
      Stworzył swój gabinet sięgając po tych laburzystowskich członków parlamentu – na
      przykład Johna Huttona – którzy kiedyś należeli do jego przysięgłych wrogów. W
      piątek potwierdził tę strategię ”wielkiego sojuszu” przekazując cztery
      ministerialne stanowiska w ręce ludzi spoza polityki.

      Po drugie, starał się zaszokować nowością ujawniając skład gabinetu, w którym
      rzucają się w oczy poważne zmiany pokoleniowe. David Miliband jest najmłodszym
      ministrem spraw zagranicznych w ciągu ostatnich 30 lat. Jacqui Smith to pierwsza
      w historii Wielkiej Brytanii kobieta na stanowisku ministra spraw wewnętrznych.
      W gabinecie Tony’ego Blaira było pięciu ludzi powyżej 60 lat. W gabinecie
      Gordona Browna pięciu członków nie ma jeszcze czterdziestki.

      Jednak najbardziej znacząca zmiana, jaką zasygnalizował Gordon Brown, to chęć
      prowadzenia rozmów rządu ze społeczeństwem. W ostatnich latach administracja
      Blaira często okazywała się moralizatorska i napastliwa, rzadko przyznając się
      do błędów w przypadku Iraku czy reformy służb publicznych. Słowa Tony’ego Blaira
      ”zaufajcie mi, postępuję słusznie”, często uważane za jego naczelny slogan,
      zostaną przez Gordona Browna zastąpione szukaniem otwartości, większego
      zaangażowania i większą pokorą.

      Wiele nominacji w nowym gabinecie Gordona Browna wskazuje na ten nowy ton. Jeśli
      chodzi o Irak, nie będziemy świadkami nagłego wycofania oddziałów czy zerwania
      stosunków ze Stanami Zjednoczonymi. Ale David Miliband jest krytyczny w stosunku
      do polityki dotyczącej Iraku. Jeszcze bardziej krytyczny jest Sir Mark Malloch
      Brown, były szef gabinetu Sekretarza Generalnego ONZ, który został mianowany
      szefem Biura Spraw Zagranicznych w randze ministra. Obaj panowie prawdopodobnie
      skierują prace rządu w stronę bardziej szczerej oceny i prawdopodobnie na samym
      początku prześledzą, co poszło nie tak w przypadku Iraku.

      W polityce krajowej również widać sygnały świadczące o zwrocie w stronę bardziej
      odprężonego tonu. Ostatnim ministrem spraw wewnętrznych w gabinecie Tony’ego
      Blaira był John Reid, twardy, groźnie wyglądający Szkot. Jacqui Smith, która go
      zastąpiła na tym stanowisku, jest 44-letnią byłą nauczycielką, której podejście
      do walki z terroryzmem jest twarde, ale która będzie z pewnością przedstawiać
      swoje argumenty w sposób łatwiejszy do przyjęcia.

      Widać również zmiany w polityce dotyczącej służby zdrowia. Patricia Hewitt,
      która została w tym tygodniu zwolniona przez Gordona Browna, rzadko kiedy
      przyznawała, że publiczna służba zdrowia ma jakieś problemy, i przyczyniła się
      do rozpowszechniania drwiny, że rok 2006 okazał się w służbie zdrowia ”najlepszy
      ze wszystkich”. Po Alanie Johnsonie, jej następcy, wszyscy spodziewają się, że
      będzie miał bardziej realne podejście do problemów systemu opieki zdrowotnej.

      Czy ta zmiana tonu jest wiarygodna i trwała? Powinniśmy być sceptyczni z jednego
      powodu. Gordon Brown jest dominującą postacią w swoim gabinecie. Szczerze
      mówiąc, dominuje nad rządem w sposób, w jaki nie robił tego żaden premier od
      czasów rządów Margaret Thatcher po wojnie o Falklandy. Nikt nie zakwestionował
      jego kandydatury. Nie miał żadnego rywala. I tak naprawdę nie ma nikogo, kto
      mógłby z całą pewnością oświadczyć, że będzie jego następcą.

      Gordona Browna stać teraz na wspaniałomyślność. Ale kiedy zaczną się problemy,
      co niewątpliwie nastąpi, wróci pokusa rządzenia w apodyktycznym stylu. W tym
      tygodniu nastąpiło pożegnanie ze Stalinem. Ale niekoniecznie na zawsze.

      Autor: James Blitz, redaktor działu politycznego FT
Pełna wersja