alef_35
25.10.03, 09:12
ZROZUMIEĆ ROSJĘ, CZYLI MOI BRACIA MOSKALE
Wot, my takije
FOT. PIOTR JANOWSKI
Kiedy moim przyjaciołom Rosjanom nie udawało się wyjaśnić w racjonalny sposób
jakiegoś zjawiska czy faktu, tłumaczyli: "Wot, my takije". W tym stwierdzeniu
było właściwie wszystko: zazdrość, że gdzie indziej może być inaczej,
bardziej normalnie, i duma, że jednak jesteśmy inni. Może nie lepsi, ale za
to głębsi, bardziej uduchowieni; może zbawimy świat, a może go zniszczymy.
Sasza skończył właśnie 53 lata. Kiedy dogorywał system radziecki, był
pracownikiem naukowym w instytucie kolejnictwa. Wtedy największym jego
problemem było znalezienie takiego sposobu spania nad otwartą książką, aby
szef myślał, że Sasza tak intensywnie pracuje. Potem próbował handlować
metalami rzadkimi, ale nic z tego nie wyszło. Jako były zawodnik RSFRR w
tenisie zaczął dawać lekcje "nowym Ruskim" i trenować ich dzieci. Odcinał
kupony od miłości do kortów prezydenta Borysa Jelcyna... Teraz żałuje, że w
porę nie nauczył się jeździć na nartach. Z nowym prezydentem zaczęła się nowa
moda, a pod Moskwą zaczęto sypać sztuczne góry i budować alpejskie wyciągi.
Dimie powiodło się lepiej. W końcu lat 80. był inżynierem lotnikiem, ale
zaczęła się transformacja i został bez pracy. Założył biznes. Najpierw
montował meble importowane z Polski, a potem otworzył własny salon meblowy.
Po krachu finansowym w 1998 roku stracił niemal wszystko, ale przetrwał.
Teraz najbardziej boi się konkurencji sklepów IKEA.
Jest jeszcze Kostia, masażysta i były mistrz zapasów, z rozmarzeniem
opowiadający o przejażdżkach z żoną Asią swoim dziesięcioletnim,
rozklekotanym żiguli po "prazdnicznej" (świątecznej) Moskwie, a także
Ludmiła, która nazywaliśmy "kobietą z jajami". Była żoną partyjnego bossa z
komitetu rejonowego partii, którego zmiotła historia, więc teraz musi hodować
kury i sprzedaje "kapitalistom" świeże jaja po trzy dolary za dziesiątkę.
Jako komunistka z przekonania i "po mężu" święcie wierzy, że wszystkiemu
winien jest Clinton (którego nienawidzi "jak własnej synowej"), a przede
wszystkim Jelcyn. Ufać zaczęła dopiero Putinowi.
Jest również Tania z Dumy Państwowej, która na każde pytanie o
rosyjską "egzotykę" ma zwyczaj odpowiadać: "Widzisz, tacy właśnie jesteśmy",
i nigdy nie wiadomo, czy jest z tego dumna, czy mówi to z rezygnacją. A także
Mitia, który z przyjaciółmi wymyślił kultowy dziś w Moskwie "normalny klub
dla normalnych ludzi"; Dasza, która po polsku mówi tak czysto, że czasami
musi przypominać, że jest Rosjanką; no i Wiktor, który o "ruskiej duszy" wie
więcej niż wszyscy Rosjanie razem wzięci. Wszyscy oni i dziesiątki innych, z
którymi się spotkałem - to moi bracia Moskale. Spędziłem wśród nich
kilkanaście najbardziej fascynujących lat: całą pierestrojkę Gorbaczowa,
pierwszych pięć lat Jelcyna i jeszcze trzy lata Putina. Na ile udało mi się
ich poznać i zrozumieć?
Bliscy jak nigdy
Kiedy po raz pierwszy przyjechałem na dłużej do Moskwy, opublikowano właśnie
tezy na XXVII Zjazd KPZR. Zaczynała się pierestrojka i nikt jeszcze nie
wiedział, czym to się wszystko zakończy. Była nieliczna grupa dysydentów,
inni szukali ratunku w lekturze samizdatów i w pieśniach Wysockiego i
Okudżawy, a zdecydowana większość - przynajmniej w środowiskach
inteligenckich - próbowała łączyć to wszystko, wybierając drogę Wienieczki
Jerofiejewa (co nie było łatwe w warunkach obowiązującego "suchego zakonu",
czyli faktycznej prohibicji).
Reszta społeczeństwa przypominała dobrze wytresowaną czerń. Dominował typ
określany skrótowo słowem "sowok", "sowieckij czełowiek" - homo sovieticus,
pozbawiony tradycji i korzeni, odmóżdżony przez sowiecką propagandę,
potrafiący w środku nocy wyklepać obowiązującą partyjną formułę na każdy
temat. Rozluźniał się tylko przy wódce, a i to zachowując maksimum
ostrożności, aby nie chlapnąć głupstwa, za które batiuszka Stalin
posyłał "anegdotczikow" (opowiadających kawały) do budowy Kanału
Białomorskiego. Za to na ulicy był pełen agresji i jeśli miał trochę władzy -
choćby w takim zakresie, jaki był dostępny kasjerce w śmierdzącym
sklepie "Mięso i Ryba", babce klozetowej lub też cerberowi pilnującemu
wejścia do kawiarni czy restauracji - to na pewno ją okazał. Albo krzyczał
zza kasy, albo zamykał toaletę przed nosem, bo właśnie postanowił
ogłosić "sanitarnyj czas", albo gonił sprzed drzwi restauracji, bo kucharze i
kelnerzy rozpoczynali akurat przerwę obiadową.
W połowie lat 80. rzadko można było zobaczyć na ulicy bezinteresownie
uśmiechające się twarze moich braci Moskali. Zdarzyło się to raz, gdy
wyszedłem na spacer ze swoim bassetem. "Ach kakaja poroda? Czy to jamnik?" -
pytali się z uśmiechem i nie mogli się nadziwić. Podobno był to drugi basset
w Moskwie. Pierwszego miała Ałła Pugaczowa.
W tamtych latach "inność" Rosjan łatwo było wyjaśnić i usprawiedliwić
systemem komunizmem. I pewnie w dużej mierze słusznie, ale jakoś łatwo - za
łatwo - zapominano o tym, że przecież komunizm w takiej postaci wymyślili
sami Rosjanie. Że nie przynieśli go na bagnetach jacyś okupanci, lecz jest on
dziełem rodzimym; projektem stworzonym przez własną inteligencję, wychowaną
na Czechowie i Dostojewskim, która - w sposób typowo rosyjski - najpierw
wykoncypowała pomysł na szczęście powszechne i światową rewolucję, a potem
próbowała bezkompromisowo zrealizować swoją utopię, doprowadzając do jej
zaprzeczenia.
I nagle - tak się wówczas wydawało - to wszystko zaczęło się zmieniać. W
partii mówiono o demokracji i głasnosti, a w prasie nabierała obrotów kolejna
kampania obrachunków stalinowskich i - po raz pierwszy - leninowskich. W
swoim mieszkaniu na Leninowskim Prospekcie gościłem Gleba Pawłowskiego, dziś
jedną z głównych postaci na Kremlu, który objaśniał mi stanowisko tzw. ruchu
nieformałów, których był rzecznikiem, a jeden z obecnych szefów "Jukosu"
spotykał się ze mną potajemnie, żeby zaprowadzić na posiedzenie Platformy
Demokratycznej w KPZR.
To był czas największych nadziei. Na moskiewskie ulice wychodziły coraz
liczniejsze manifestacje. Na wiecu przy Zubowskim Bulwarze Jewtuszenko
recytował swój poemat o Rosji, a kiedy organizatorzy poprosili, żeby się
rozejść i nie dać sprowokować, przy dźwiękach pieśni Okudżawy "Weźmy się za
ręce przyjaciele, aby nie zginąć w pojedynkę" pół miliona ludzi rozpłynęło
się bez słowa w ciągu pół godziny. Chyba nigdy wcześniej moi bracia Moskale
nie byli mi tak bliscy, jak wtedy. Nadawaliśmy na tych samych falach.
Klasyczne rosyjskie podziały na Wschód i Zachód nie miały większego
znaczenia. Wydawało się, że mówimy o świecie w tym samym języku, że
posługujemy się słowami o tych samych zakresach znaczeniowych, że takie
pojęcia, jak wolność, prawo, demokracja, parlamentaryzm - znaczą dla nas to
samo.
Co robić?
Jeszcze w dniach sierpniowego puczu w 1991 r. wydawało się, że jesteśmy
razem. Jednak już krótko potem, kiedy koło Białego Domu zorganizowano wiec,
aby uczcić zwycięstwo, po raz pierwszy zobaczyłem na nim ludzi, którzy
przyszli tylko po to, by pokazać się w dobrym towarzystwie. Później było ich
coraz więcej. I teraz wydaje mi się, że to był początek końca. Podobnie jak
nasza "Solidarność", dawna opozycyjna wspólnota rozsypała się na konkurujące
ze sobą i wrogie ugrupowania polityczne. Zwłaszcza że pojawiły się nowe linie
podziału. Dzielił już nie tylko stosunek do komunizmu, ale także do tego, co
stało się w Puszczy Białowieskiej, gdzie przypieczętowano rozpad imperium;
dzieliła terapia szokowa i liberalne reformy Gajdara; krwawy szturm na
parlament - tym razem w wykonaniu Jelcyna, niedawnego obrońcy Białego Domu;
wojna w Jugosławii, a także pierwsza kampania czeczeńska, podczas której moi
bracia Moskale mieli jeszcze dość serca i sumienia, aby protestować przeciwko
zbrodniom, jakich dopuszczała się ich własna armia.
Potem był chaos drugiej kadenc