"Zrozumieć Rosję" - artykuł z Rzepy

25.10.03, 09:12
ZROZUMIEĆ ROSJĘ, CZYLI MOI BRACIA MOSKALE
Wot, my takije


FOT. PIOTR JANOWSKI

Kiedy moim przyjaciołom Rosjanom nie udawało się wyjaśnić w racjonalny sposób
jakiegoś zjawiska czy faktu, tłumaczyli: "Wot, my takije". W tym stwierdzeniu
było właściwie wszystko: zazdrość, że gdzie indziej może być inaczej,
bardziej normalnie, i duma, że jednak jesteśmy inni. Może nie lepsi, ale za
to głębsi, bardziej uduchowieni; może zbawimy świat, a może go zniszczymy.

Sasza skończył właśnie 53 lata. Kiedy dogorywał system radziecki, był
pracownikiem naukowym w instytucie kolejnictwa. Wtedy największym jego
problemem było znalezienie takiego sposobu spania nad otwartą książką, aby
szef myślał, że Sasza tak intensywnie pracuje. Potem próbował handlować
metalami rzadkimi, ale nic z tego nie wyszło. Jako były zawodnik RSFRR w
tenisie zaczął dawać lekcje "nowym Ruskim" i trenować ich dzieci. Odcinał
kupony od miłości do kortów prezydenta Borysa Jelcyna... Teraz żałuje, że w
porę nie nauczył się jeździć na nartach. Z nowym prezydentem zaczęła się nowa
moda, a pod Moskwą zaczęto sypać sztuczne góry i budować alpejskie wyciągi.

Dimie powiodło się lepiej. W końcu lat 80. był inżynierem lotnikiem, ale
zaczęła się transformacja i został bez pracy. Założył biznes. Najpierw
montował meble importowane z Polski, a potem otworzył własny salon meblowy.
Po krachu finansowym w 1998 roku stracił niemal wszystko, ale przetrwał.
Teraz najbardziej boi się konkurencji sklepów IKEA.

Jest jeszcze Kostia, masażysta i były mistrz zapasów, z rozmarzeniem
opowiadający o przejażdżkach z żoną Asią swoim dziesięcioletnim,
rozklekotanym żiguli po "prazdnicznej" (świątecznej) Moskwie, a także
Ludmiła, która nazywaliśmy "kobietą z jajami". Była żoną partyjnego bossa z
komitetu rejonowego partii, którego zmiotła historia, więc teraz musi hodować
kury i sprzedaje "kapitalistom" świeże jaja po trzy dolary za dziesiątkę.
Jako komunistka z przekonania i "po mężu" święcie wierzy, że wszystkiemu
winien jest Clinton (którego nienawidzi "jak własnej synowej"), a przede
wszystkim Jelcyn. Ufać zaczęła dopiero Putinowi.

Jest również Tania z Dumy Państwowej, która na każde pytanie o
rosyjską "egzotykę" ma zwyczaj odpowiadać: "Widzisz, tacy właśnie jesteśmy",
i nigdy nie wiadomo, czy jest z tego dumna, czy mówi to z rezygnacją. A także
Mitia, który z przyjaciółmi wymyślił kultowy dziś w Moskwie "normalny klub
dla normalnych ludzi"; Dasza, która po polsku mówi tak czysto, że czasami
musi przypominać, że jest Rosjanką; no i Wiktor, który o "ruskiej duszy" wie
więcej niż wszyscy Rosjanie razem wzięci. Wszyscy oni i dziesiątki innych, z
którymi się spotkałem - to moi bracia Moskale. Spędziłem wśród nich
kilkanaście najbardziej fascynujących lat: całą pierestrojkę Gorbaczowa,
pierwszych pięć lat Jelcyna i jeszcze trzy lata Putina. Na ile udało mi się
ich poznać i zrozumieć?

Bliscy jak nigdy

Kiedy po raz pierwszy przyjechałem na dłużej do Moskwy, opublikowano właśnie
tezy na XXVII Zjazd KPZR. Zaczynała się pierestrojka i nikt jeszcze nie
wiedział, czym to się wszystko zakończy. Była nieliczna grupa dysydentów,
inni szukali ratunku w lekturze samizdatów i w pieśniach Wysockiego i
Okudżawy, a zdecydowana większość - przynajmniej w środowiskach
inteligenckich - próbowała łączyć to wszystko, wybierając drogę Wienieczki
Jerofiejewa (co nie było łatwe w warunkach obowiązującego "suchego zakonu",
czyli faktycznej prohibicji).

Reszta społeczeństwa przypominała dobrze wytresowaną czerń. Dominował typ
określany skrótowo słowem "sowok", "sowieckij czełowiek" - homo sovieticus,
pozbawiony tradycji i korzeni, odmóżdżony przez sowiecką propagandę,
potrafiący w środku nocy wyklepać obowiązującą partyjną formułę na każdy
temat. Rozluźniał się tylko przy wódce, a i to zachowując maksimum
ostrożności, aby nie chlapnąć głupstwa, za które batiuszka Stalin
posyłał "anegdotczikow" (opowiadających kawały) do budowy Kanału
Białomorskiego. Za to na ulicy był pełen agresji i jeśli miał trochę władzy -
choćby w takim zakresie, jaki był dostępny kasjerce w śmierdzącym
sklepie "Mięso i Ryba", babce klozetowej lub też cerberowi pilnującemu
wejścia do kawiarni czy restauracji - to na pewno ją okazał. Albo krzyczał
zza kasy, albo zamykał toaletę przed nosem, bo właśnie postanowił
ogłosić "sanitarnyj czas", albo gonił sprzed drzwi restauracji, bo kucharze i
kelnerzy rozpoczynali akurat przerwę obiadową.

W połowie lat 80. rzadko można było zobaczyć na ulicy bezinteresownie
uśmiechające się twarze moich braci Moskali. Zdarzyło się to raz, gdy
wyszedłem na spacer ze swoim bassetem. "Ach kakaja poroda? Czy to jamnik?" -
pytali się z uśmiechem i nie mogli się nadziwić. Podobno był to drugi basset
w Moskwie. Pierwszego miała Ałła Pugaczowa.

W tamtych latach "inność" Rosjan łatwo było wyjaśnić i usprawiedliwić
systemem komunizmem. I pewnie w dużej mierze słusznie, ale jakoś łatwo - za
łatwo - zapominano o tym, że przecież komunizm w takiej postaci wymyślili
sami Rosjanie. Że nie przynieśli go na bagnetach jacyś okupanci, lecz jest on
dziełem rodzimym; projektem stworzonym przez własną inteligencję, wychowaną
na Czechowie i Dostojewskim, która - w sposób typowo rosyjski - najpierw
wykoncypowała pomysł na szczęście powszechne i światową rewolucję, a potem
próbowała bezkompromisowo zrealizować swoją utopię, doprowadzając do jej
zaprzeczenia.

I nagle - tak się wówczas wydawało - to wszystko zaczęło się zmieniać. W
partii mówiono o demokracji i głasnosti, a w prasie nabierała obrotów kolejna
kampania obrachunków stalinowskich i - po raz pierwszy - leninowskich. W
swoim mieszkaniu na Leninowskim Prospekcie gościłem Gleba Pawłowskiego, dziś
jedną z głównych postaci na Kremlu, który objaśniał mi stanowisko tzw. ruchu
nieformałów, których był rzecznikiem, a jeden z obecnych szefów "Jukosu"
spotykał się ze mną potajemnie, żeby zaprowadzić na posiedzenie Platformy
Demokratycznej w KPZR.

To był czas największych nadziei. Na moskiewskie ulice wychodziły coraz
liczniejsze manifestacje. Na wiecu przy Zubowskim Bulwarze Jewtuszenko
recytował swój poemat o Rosji, a kiedy organizatorzy poprosili, żeby się
rozejść i nie dać sprowokować, przy dźwiękach pieśni Okudżawy "Weźmy się za
ręce przyjaciele, aby nie zginąć w pojedynkę" pół miliona ludzi rozpłynęło
się bez słowa w ciągu pół godziny. Chyba nigdy wcześniej moi bracia Moskale
nie byli mi tak bliscy, jak wtedy. Nadawaliśmy na tych samych falach.
Klasyczne rosyjskie podziały na Wschód i Zachód nie miały większego
znaczenia. Wydawało się, że mówimy o świecie w tym samym języku, że
posługujemy się słowami o tych samych zakresach znaczeniowych, że takie
pojęcia, jak wolność, prawo, demokracja, parlamentaryzm - znaczą dla nas to
samo.

Co robić?

Jeszcze w dniach sierpniowego puczu w 1991 r. wydawało się, że jesteśmy
razem. Jednak już krótko potem, kiedy koło Białego Domu zorganizowano wiec,
aby uczcić zwycięstwo, po raz pierwszy zobaczyłem na nim ludzi, którzy
przyszli tylko po to, by pokazać się w dobrym towarzystwie. Później było ich
coraz więcej. I teraz wydaje mi się, że to był początek końca. Podobnie jak
nasza "Solidarność", dawna opozycyjna wspólnota rozsypała się na konkurujące
ze sobą i wrogie ugrupowania polityczne. Zwłaszcza że pojawiły się nowe linie
podziału. Dzielił już nie tylko stosunek do komunizmu, ale także do tego, co
stało się w Puszczy Białowieskiej, gdzie przypieczętowano rozpad imperium;
dzieliła terapia szokowa i liberalne reformy Gajdara; krwawy szturm na
parlament - tym razem w wykonaniu Jelcyna, niedawnego obrońcy Białego Domu;
wojna w Jugosławii, a także pierwsza kampania czeczeńska, podczas której moi
bracia Moskale mieli jeszcze dość serca i sumienia, aby protestować przeciwko
zbrodniom, jakich dopuszczała się ich własna armia.

Potem był chaos drugiej kadenc
    • alef_35 Re: 'Zrozumieć Rosję' - artykuł z Rzepycz II 25.10.03, 09:14
      Potem był chaos drugiej kadencji coraz bardziej niepopularnego Jelcyna, krach
      finansowy z 1998 r., w wyniku którego bracia Moskale po raz kolejny w ciągu
      dziesięciu lat stracili wszystkie swoje oszczędności, seria niewyjaśnionych
      dotąd zamachów terrorystycznych w Moskwie, o które jedni oskarżają Czeczenów, a
      inni rosyjskie służby specjalne. No i druga wojna czeczeńska, która wyniosła na
      Kreml nową wielką nadzieję Rosjan - Putina. Kiedyś głównym hasłem była wolność
      i demokracja - teraz porządek i silna władza. Rosyjskie wahadło nieubłaganie
      zaczęło się wychylać w stronę przeciwną. Może znów dojdzie do kresu, do ściany
      i się odbije?

      Po wielkim wirze dziejowym, który przypominał czasy wielkiej "smuty" z początku
      XVII wieku, moi bracia Moskale znów zajęli się szukaniem odpowiedzi na
      odwieczne rosyjskie pytania. Szczęśliwie kwestię: "kto winowat?" tym razem
      zostawili na boku (a przynajmniej nie postawili na pierwszym miejscu), za to
      zajęli się drugą częścią historycznego sporu: "czto diełat?". I tu pojawiły się
      problemy. Okazało się, że bardzo trudno jest im uwolnić się od własnej
      przeszłości, klasycznych rosyjskich stereotypów i kompleksów. Znów - podejmując
      dyskurs ideowy - zaczęli podkreślać swoją inność, odmienność, przede wszystkim
      od świata zachodniego.

      Ruski, nie rosyjski

      Problemem okazało się zwłaszcza określenie własnej tożsamości. Z tym nigdy nie
      było łatwo. Uświadomiła mi to jeszcze w latach 70. moja dawna przyjaciółka
      Olga. Jej dziadka, polskiego Żyda, który jako komunista wyjechał do Kraju Rad,
      aby budować "świetlaną przyszłość" rozstrzelał Stalin. Ojca, który z matką
      został zesłany na Syberię, powołano do wojska i wysłano na front fiński. Z
      wojny przywiózł żonę, Finkę - matkę Olgi.


      Prodemokratyczna demonstracja w centrum Moskwy, sierpień 1991 r.

      FOT. ANDRZEJ IWAŃCZUK



      - Powiedz - pytała - kim ja jestem? W paszporcie mam wpisaną
      narodowość "polską" i w szkole wołali za mną "Polaczka"; kiedy mówię, zdradza
      mnie akcent, więc wyzywają od "jewriejek", zaś matka od dziecka zmuszała mnie,
      abym przynajmniej przeczytała "Kalewalę". A ja skończyłam filologię rosyjską,
      wychowałam się w kulturze rosyjskiej i myślę jak Rosjanka.

      Przykład ten jest może przerysowany, ale dość typowy. Rosja liczy ok 144
      milionów mieszkańców, z czego mniej więcej 120 milionów przyznaje się do
      narodowości rosyjskiej, ale kiedy zaczyna się rozmawiać i pytać o losy, nagle
      okazuje się, że wszystko jest znacznie bardziej poplątane. Prawie każdy miał w
      swojej rodzinie jak nie Ukraińca, to Tatara lub kogoś z Kaukazu, a co drugi - w
      prywatnych rozmowach - przyznawał się do polskiej babki albo pradziadka.

      Do tej pory Rosjanie używają dwóch różnych słów na określenie swojej
      narodowości: "Rosjanin", ale częściej "Ruskij". Jest "ruskij czełowiek"
      i "ruskaja dusza", jakoś nikt nie mówi natomiast "rosyjskij czełowiek",
      albo "rosyjskaja dusza". Rosjanin - twierdzi prof. Andrzej de Lazari - to
      obywatel Federacji Rosyjskiej, także Tatar, Baszkir i Kałmuk. A "Ruskij" - to
      kto? Etniczny Rosjanin? A jeśli tak, to czy Rosja jest państwem jednorodnym
      etnicznie czy wielonarodowym?

      Jeśli - przekonywał mnie kiedyś zaprzyjaźniony dziennikarz - "Ruskich" jest w
      Rosji procentowo (85 procent) więcej niż Niemców w Niemczech i Anglików w
      Anglii, to dlaczego nie może być ona "ruskim" państwem? Brzmi to logicznie, ale
      stąd byłby już tylko krok do nacjonalizmu. I co powiedzieliby wówczas drudzy co
      do liczebności Tatarzy (ponad 5,5 miliona), Czuwasze (prawie 2 miliony) czy
      Baszkirzy (1,5 miliona), nie mówiąc o innych, mniejszych nacjach? Zresztą
      słowo "ruskij" ma znacznie głębszy sens znaczeniowy. Jest pomostem rzucanym w
      przeszłość, odwołaniem się do starej Rusi Kijowskiej, za której następców
      uważają się moi bracia Moskale. Może dlatego tak trudno jest im dziś pogodzić
      się z językowo-kulturową, narodową i państwową odrębnością Białorusinów czy
      Ukraińców. I może dlatego tak mocno bronią interesów patriarchatu
      moskiewskiego, gdyż jest to - poza rzeczywiście silnymi, ale na dłuższą metę
      nietrwałymi więziami ekonomicznymi - jeden z ostatnich pretekstów utrzymania
      jedności dawnej wspólnoty religijnej?

      Tak naprawdę moi bracia Moskale są nacjonalistami, choć się do tego nie
      przyznają. Może - i oby tak było - jest to tyko odpowiedź na poniżającą biedę i
      nędzę minionych 15 lat; reakcja na rozpad radzieckiego imperium, które było dla
      nich po prostu Wielką Rosją? Może tak, a może nie. Zapewne polscy historycy
      idei zaprotestują przeciwko podobnemu uproszczeniu, ale coś w tym jest, że
      jednym z głównych, jeśli nie dominującym, nurtem rosyjskiej filozofii było
      szukanie odpowiedzi na fundamentalne pytania o Rosję: jaka jest i jaka być
      powinna? Jak ją cywilizować i jaką opcję wybrać: zachodnią, czy słowianofilską?
      Mozolnie pracować czy też - jak Piotr Wielki - "wyrąbywać okna w Europę"? A
      może zamknąć się, zebrać w sobie i pokazać uciekającemu światu, że nie
      jesteśmy "Górną Woltą z rakietami", że go dogonimy i przegonimy?

      Rosja zawsze wielka

      Wszystkie te pytanie stawiane są i dzisiaj. Moi bracia Moskale święcie wierzą,
      że wszystkim ich nieszczęściom winni są sąsiedzi i zagranica. A Ameryka w
      szczególności. Nie dość, że wygrała wyścig zbrojeń, odebrała pół Europy,
      usunęła Rosję z Jugosławii i Iraku, to jeszcze - jak to było na ostatnich
      zimowych Igrzyskach Olimpijskich - pozbawiła jej sportowców złotych
      medali. "Amerykanom współczujemy, Ameryce nie" - mówiono po 11 września 2001
      roku, a radykałowie przekonywali, że antyamerykanizm jest przyrodzoną cechą
      Rosjan; co więcej - ideą, która ponownie może ich zjednoczyć.

      Od połowy lat 90., a dokładniej od tragicznych wydarzeń z października 1993 r.,
      kiedy zaczęto budować front zgody narodowej, rosyjscy politycy, a w ślad za
      nimi moi bracia Moskale powtarzali niczym zaklęcie "Wielikaja Rossija". Nie
      mówili po prostu "Rosja" - zawsze dodawali "Wielka". Stawało się to już nie do
      zniesienia, więc kiedyś w jakiejś dyskusji zaproponowałem
      żartobliwie: "Kochani, dajcie sobie spokój, załatwcie sprawę raz i na zawsze.
      Skoro jest Wielka Brytania, to możecie się nazwać Wielką Rosją i będzie po
      kłopocie...". Mało mnie nie zlinczowano. Zrozumiałem, że z wielkości Rosji
      żartować nie można. W imię jej obrony gotowi są przyjąć każdy idiotyzm. Choćby
      taki, że legendarny Ruryk, założyciel pierwszej ruskiej (rosyjskiej?) dynastii,
      nie był żadnym szwedzkim Waregiem, ale słowiańskim księciem z terenów dawnych
      Prus. A wszystko po to, aby udowodnić, że dawne Prusy Wschodnie, a dziś obwód
      kaliningradzki, przypadły Rosji nie na zasadzie łupu wojennego, lecz prawem
      dziedziczenia od samego "słowiańskiego" Ruryka. A wszystko oczywiście z pełną
      powagą oraz - jak w czasach stalinowskich - pod osłoną poważnych tytułów
      naukowych. Całe szczęście, że w samej Rosji znaleźli się ludzie, którzy
      potrafili to wyśmiać.

      W rzeczywistości kwestia wielkości Rosji jest chyba największym problemem moich
      braci Moskali. Do dziś koło dwóch trzecich Rosjan święcie wierzy, że ZSRR
      wygrał II wojnę światową w pojedynkę i bez niczyjej pomocy. Byliśmy kiedyś
      potęgą - mówią - a teraz nikt nas nie szanuje. A nie szanują, bo się nie boją.
      I jak tu dyskutować? Jak przekonywać, że na własne życzenie stracili cały wiek
      XX? Że na pewno nie są już "Górną Woltą z rakietami", ale też nie są światowym
      mocarstwem. Wreszcie, że za Czeczenię są odpowiedzialni oni sami, a nie - jak
      twierdzi 65 proc. Rosjan - Zachód, "zainteresowany podtrzymaniem napięcia w
      regionie"? Takie podejście do siebie i własnej historii - śmiem twierdzić -
      uniemożliwia moim braciom Moskalom spełnienie ich odwiecznych nadziei na
      dogonienie uciekającego świata i modernizację Rosji. Hamulcem okazuje się już
      nie polityka, ale mentalność ich samych.

      Normalnie jest gdzie indziej

      Jacy są więc moi bracia Moskale? Najkrócej można byłoby odpo
    • alef_35 Re: 'Zrozumieć Rosję' - artykuł z Rzepy Cz III 25.10.03, 09:17
      Normalnie jest gdzie indziej

      Jacy są więc moi bracia Moskale? Najkrócej można byłoby odpowiedzieć tak: są
      inni. W dobrym i złym tego słowa znaczeniu. Z równym przekonaniem będą
      udowadniali, że są najnieszczęśliwszym narodem na świecie, niszczonym przez
      własnych władców, a chwilę potem będą wynosić pod niebiosa swoich największych
      zbrodniarzy - Iwana Groźnego i Stalina. Raz rozpłaczą się nad losem "Matuszki
      Rosji", której nikt nie chce i nie lubi, bo - jak mówią - jest zacofana i
      brudna, a za moment staną na głowie, żeby przekonać, że Moskwa to "Trzeci
      Rzym", którego przeznaczeniem jest zbawienie świata. Będą zazdrościć Zachodowi
      jego racjonalizmu i wolności, ale bardzo się zdziwią, kiedy im powiesz, że mogą
      żyć tak samo. Natychmiast wymyślą dziesiątki i setki powodów, aby udowodnić, że
      jest to niemożliwe; że to, co gdzie indziej jest normalne, w Rosji się nie
      przyjmie.

      Będą narzekać na "głupią" władzę, która "wszystkich chce oszukać", a
      jednocześnie będą z masochistyczną cierpliwością znosić wszelkie jej nadużycia.
      Jak w rosyjskiej anegdocie: rząd najpierw przestał płacić pensje, potem zabrał
      mieszkania, ale Rosjanie wciąż milczeli. Więc w końcu rząd się zdenerwował,
      zebrał ludność na placu i zapowiedział: jutro znów mają stawić się wszyscy i
      będą po kolei wieszani. Czy są pytania? Było tylko jedno: sznury przynosimy
      sami, czy przygotują je związki zawodowe?

      W rzeczywistości stosunek braci Moskali do władzy jest znacznie bardziej
      złożony. Ktoś powiedział, że dla Rosjanina władza to przede wszystkim problem
      mistyczny. Kocha on cara, genseka i prezydenta, bo utożsamiają oni władzę.
      Gdzieś w jego podświadomości tkwi przez wieki ugruntowane przekonanie, że z
      końcem władzy - tej konkretnej, Stalina czy Putina - kończy się państwo, kończy
      Rosja i zaczyna chaos, pożerający jego skromne oszczędności i niszczący
      poczucie względnego bezpieczeństwa i stabilizacji. Pewnie dlatego, jak
      tłumaczono w Moskwie, Rosjanie cierpliwie znoszą knut, a jeśli się buntują, to
      nie na długo.

      Rewolucja jest dla nich wyłącznie formą zmiany władzy, po czym wszystko wraca
      do normy. A ponieważ władza jest silnie personifikowana - jest "Rosja
      Stalina", "Jelcyna" i "Putina" - więc za każdym razem, wraz z jej zmianą,
      zaczyna się budowanie innego państwa. Może właśnie dlatego, na co dzień, w
      obronie przed chaosem, moi bracia Moskale gotowi są zaakceptować nawet
      oczywiste nonsensy - na przykład uchwalić ustawę, zgodnie z którą przy
      konstytucyjnej normie dwóch kadencji można wybrać gubernatora na trzecią i
      traktować ją jak pierwszą. Że kłóci się to ze zdrowym rozsądkiem i
      elementarnymi regułami demokracji? A kto powiedział, że wobec Rosji należy
      stosować te same miary, co i do innych?

      Jak z goryczą pisał Andriej Bitow, dla Rosjan Rosja to nie jest po prostu
      państwo, ale jedna szósta planety, co - z jednej strony - wyznacza jej pozycję
      w świecie, ale jest też przekleństwem. Tyle razy słyszałem od moich braci
      Moskali: "Rosji nie obejmiesz, więc nigdy nas nie zrozumiesz. Co tam wasze,
      polskie problemy...". A ja z dumą podkreślałem, że żyję w średniej wielkości
      kraju europejskim i jeszcze dodawałem - złośliwie cytując "ich" Bitowa -
      że "małe państwo nie może narobić wielkich głupot".

      Między skrajnościami

      Piszę ten tekst krótko po lekturze "Encyklopedii duszy rosyjskiej" Wiktora
      Jerofiejewa. Dla moich braci Moskali, podkreślających na każdym kroku swoją
      inność, "dusza rosyjska" to kategoria kluczowa, przywoływana na pomoc w każdej
      okoliczności - zwłaszcza wtedy, kiedy jakiegoś zjawiska czy faktu nie udawało
      się wyjaśnić w racjonalny sposób. "Wot, my takije" - tłumaczyli moi
      przyjaciele, kiedy ich pytałem, dlaczego nawet w prestiżowych domach, z bogato
      urządzonymi mieszkaniami klatki schodowe są takie, jak je opisała
      w "Pandrioszce" Krystyna Kurczab-Redlich - odrapane i brudne, jakby od
      dziesięcioleci nie widziały szmaty i wody.

      "Wot, my takije" - słyszałem również, kiedy próbowałem wyjaśnić, dlaczego z
      takim spokojem tolerują chamstwo urzędników albo godzą się na to, że na czas
      przejazdu prezydenta i premiera zamykana jest cała trasa - od Szosy Rublowskiej
      przez Kutuzowskij Prospekt aż do Kremla. Przy czym tak szczelnie, że nawet
      jadąca na sygnale karetka reanimacyjna musi poczekać, aż przemknie "carska"
      kolumna. W tym stwierdzeniu "wot, my takije" było właściwie wszystko: zazdrość,
      że gdzie indziej może być inaczej, bardziej normalnie, i duma, że jednak
      jesteśmy inni. Może nie lepsi, ale za to głębsi, bardziej uduchowieni; może
      zbawimy świat, a może go zniszczymy.

      Ktoś powie - rusofobia! W żadnym razie. Jednakowo nie znoszę rusofobów i
      rusofili, bo i jedni, i drudzy nie mówią prawdy, albo mówią tylko wybraną jej
      część. A mnie jest bliska ta Rosja, w której żyłem i którą widziałem - raz
      fascynująca, a następnego dnia koszmarna i nie do wytrzymania; Rosja moich
      przyjaciół, z którymi mogłem się kłócić, śmiać i toczyć długie "kuchenne"
      rozmowy o życiu i polityce; Rosja Okudżawy wyśpiewywanego wspólnie na Arbacie
      podczas pierwszego międzynarodowego festiwalu jego twórczości. Ale także Rosja
      pełna nonsensów, niezrozumiałych dla cudzoziemca; jakby żywcem wyjęta z relacji
      markiza de Custine, a przy tym zapatrzona w siebie, nieustannie miotająca się
      między skrajnościami. Groźna dla innych i siebie samej. Mówiąc krótko Rosja
      moich braci Moskali.

      Sławomir Popowski
      www.rzeczpospolita.pl/dodatki/plus_minus_031025/plus_minus_a_5.html
      • Gość: jarek Re: 'Zrozumieć Rosję' - artykuł z Rzepy Cz III IP: *.fastres.net 26.10.03, 13:35
        To nie tylko Rosjankie, ale Wlosi z ich ( Siamo fatti cosi ) to to samo, tylko oni wyemigrowali na caly swiat i znajdujac sie w centrum rozwoju ,sie czegos nauczyli, Rosjanie jeszcze nie.
        W czasie wizyty prezydenta Ciampi na Sardeni zamknieto na caly dzien port Maddalena i turysci mieli swoje wczasy w d..e, a ja miedzy nimi moglem caly dzien liczyc muchy na scianie, choc mnie to liczenie kosztowalo 120 Euro.

        Artykul bardzo interesujacy ,mozna dopasowac do prawie wszystkich narodow, ale na nasze szczescie, nie wszyscy chca uratowac innych, jak to chca zrobic Rosjanie.
        • Gość: Bor'ka Niemiec skrzyzowany z Azjata buduje komunizm. IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 26.10.03, 14:20
          Problemem jest, iz Rosjanie wygladaja jak Europejczycy, genetycznie sa niemal
          identyczni z Polakami, ale ich mentalnosc zawsze byla ksztaltowana w sposob
          patologicznie odwrotny od europejskiego.
          Najpierw dlugi okres okupacji mongolskiej, potem niemieccy carowie, ktorzy
          uczynili z Rosji mocarstwo, ale kosztem dalszej eliminacji slowianskich
          elementow mentalnosci.
          Potem byl juz tylko komunizm.
          Nen narod NIGDY nie rozwijal sie w swoisty, przyrodzony sobie sposob.
          Zawsze (no nie wiem, jak tam za Mongolow) byl manipulowany w obcych sobie
          celach.
          Skutki widac.
    • Gość: babariba tekst Sławomira Popowskiego... IP: *.sokolka.sdi.tpnet.pl 25.10.03, 09:34
      ...dla mnie świadczy o jednym. Przez wiele lat pobytu w Rosji niczego nie zrozumiał. I cały wywód tyle jest wart, ile 'analizy' Waldemara Milewicza.
      I nie zmieni tego mantrowanie; 'moim przyjaciele Moskale'
      • Gość: Bor'ka Nad czym tu sie zastanawiac ? IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 25.10.03, 10:34
        "Umom Rossiyu ne ponyat' Arshinom obschim ne izmerit"
        W innych krajach nazywaja to krocej patologia zycia polityczno-spolecznego.

        Jedynie Igor Guberman trafnie odpowiedzial:
        "Davno pora, ebena mat', umom rossiyu ponimat'!"
    • Gość: Bor'ka Juz tylko hektary ... IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 25.10.03, 10:52
      Niektore uwagi w tym artykule sa bardzo trafne.
      Matuszka nie jest juz potezna politycznie i zupelnie nie bogata.
      Matuszka ma "tylko" 145 milionow mieszkancow, jak jakie Bangla Desz, a i to
      1/4 to jakies Czukcze, a nie prawdziwi "Slowianie".

      Zostaly tylko hektary i to jest prawdziwa wielkosc.
      Sziroka strana moja rodnaja!
      • Gość: babariba Bor'ka Milewicz-Popowicz IP: *.sokolka.sdi.tpnet.pl 25.10.03, 11:08
    • Gość: babariba aaa tam, podnieśmy to na troche jeszcze IP: *.sokolka.sdi.tpnet.pl 26.10.03, 12:46
Pełna wersja