Gość: dana33
IP: 5.5R* / 192.114.47.*
13.12.03, 01:27
ROZMOWA
Rozmowa z Ryszardem Montusiewiczem,
świeckim misjonarzem katolickim w Izraelu
Pokonać lęk wobec większości
Ryszard Montusiewicz - w Izraelu od ośmiu lat, dziennikarz, korespondent KAI,
Polskiego Radia, Radia Watykańskiego i różnych tytułów prasowych.
Wraz z żoną zaangażował się w życie Kościoła w Ziemi Świętej. Ojciec
dziesięciorga dzieci.
- Od ponad pół wieku państwo żydowskie walczy z arabskimi sąsiadami o swoje
przetrwanie. Istnieje też opinia, że Izrael jest przyczółkiem cywilizacji
zachodniej na Bliskim Wschodzie. Czy można się z tym zgodzić?
- Izrael jest w swoim regionie niewątpliwie jedynym państwem demokratycznym.
Demokracja ta funkcjonuje, opierając się na standardach zachodnioeuropejskich
i amerykańskich. W przestrzeni publicznej zderza się wiele partii
politycznych. Społeczeństwo uczestniczy w wolnych wyborach parlamentarnych.
Opozycja mówi mocnym głosem. Ścierają się skrajne poglądy i obozy. Tak było
od początku istnienia tego państwa. W tym sensie Izrael wyróżnia się na tle
państw arabskich. Bo choć mamy w nich niekiedy do czynienia - jak chociażby w
Egipcie czy Jordanii - z zalążkowym systemem demokratycznym, to w gruncie
rzeczy wszystkie rządzone są autorytarnie.
- Ale w Europie i USA słychać często, iż Izrael jest państwem ideologii
nacjonalistycznej.
- Nie używałbym aż tak kategorycznego sformułowania. Izrael ze swej definicji
jest państwem narodu żydowskiego, mimo że Żydzi stanowią w nim "tylko" nieco
ponad trzy czwarte mieszkańców. W syjonizmie, który pozostaje ideologicznym
fundamentem tego państwa, elementy demokratyzmu przeplatają się z wizją
żydowskiego państwa narodowego. Oczywiście, obok syjonizmu istotnym
czynnikiem kształtującym państwowość izraelską jest judaizm z jego
pojęciem "narodu wybranego". Tkwi w tym pewien paradoks, bo Izrael to, z
jednej strony, państwo zdecydowanie laickie i nowoczesne, z drugiej -
poniekąd religijne. Okazuje się bowiem, że tożsamość żydowska jest na tyle
mocno zakorzeniona w swej historii, że nie może się odciąć od perspektywy
biblijnej, a zatem wyeliminować z siebie pierwiastków religijnych.
- Syjonizm musi jednak mieć określony wpływ na stosunek Izraela do jego
obywateli, którzy nie są Żydami.
- Konsekwencją syjonizmu jest przede wszystkim otwarcie się na przyjmowanie
wszystkich Żydów z całego świata. To państwo powstało dzięki imigracji, która
rozpoczęła się w końcu XIX wieku. Używa się hebrajskiego terminu alija, czyli
wstępowanie, bo Żyd, który przybywa do Izraela, niejako wstępuje do
Jerozolimy, co jest równoznaczne z powrotem do swojej duchowej ojczyzny i
korzeni tożsamości. Te kolejne fale imigracyjne "importują" przy okazji
rozmaite języki i kultury. Ale zarazem państwo to jest zamknięte na powrót
Palestyńczyków, którzy - dobrowolnie lub mniej czy bardziej przymusowo -
opuścili jego terytorium po roku 1948. Sprawa prawa powrotu uchodźców - jak
ją formułują Palestyńczycy - należy do newralgicznych i najtrudniejszych do
rozwiązania w konflikcie.
- A więc reguły demokratycznego społeczeństwa obywatelskiego obejmują w
Izraelu tylko Żydów?
- Prawa obywatelskie są dla wszystkich równe. Odczucie tej równości w
praktyce zależy od punktu widzenia. Z jednej strony, Żydzi są postrzegani
przez Arabów jako najeźdźcy i okupanci, którzy doprowadzili do tego, że setki
tysięcy Palestyńczyków zostały zmuszone, by opuścić swoje domy i pola. Z
drugiej strony, Arabom żyje się w Izraelu co najmniej nie najgorzej. Dla
porównania wystarczy pojechać do Egiptu czy czy Syrii. Izraelscy Arabowie -
bo takiego sformułowania, o ironio (!), się używa - mają możliwość życia i
rozwoju.
Jeżeli jedziemy, na przykład, przez Galileę, widzimy mnóstwo nowoczesnych
wiosek arabskich. Budują okazałe domy, hotele i restauracje, uprawiają
winorośle i drzewa oliwkowe, handlują. Pracują w firmach swoich i żydowskich.
Niewątpliwie czerpią korzyści z tego, że Izrael jest państwem nowoczesnym i
wysoko rozwiniętym - choć rzadko się do tego przyznają, bo to niepoprawne
politycznie. Zanim we wrześniu 2000 roku wybuchła druga intifada (powstanie),
dwieście tysięcy Palestyńczyków z Zachodniego Brzegu i Strefy Gazy, czyli
spoza terytorium Izraela, znajdowało zatrudnienie u pracodawców izraelskich.
Gdyby nie wybuch zbrojnego konfliktu i bankructwo procesu pokojowego, to taka
koegzystencja dwóch narodów byłaby nadal możliwa, a w efekcie powstałoby obok
Izraela państwo palestyńskie.
- Ale większość mediów na świecie prezentuje zupełnie inny obraz. Postulat
własnego, niepodległego państwa cieszy się poparciem znaczącej części
Palestyńczyków.
- Oczywiście, tego prawa i dążenia, poza skrajnie nacjonalistycznymi
środowiskami żydowskimi, nie kwestionuje się w Izraelu. Na powołanie państwa
palestyńskiego godzi się także premier Szaron. Ale powstanie państwa
Palestyńczyków wcale nie oznacza, że Arabowie izraelscy zechcieliby się tam
przeprowadzić i zamieszkać. Znam ich wielu, z wieloma rozmawiam na co dzień.
Chociaż o państwie Izrael wyrażają się źle, to jednak są świadomi tego, że o
wiele gorzej żyłoby im się w jakimkolwiek państwie muzułmańskim, z powodu
albo biedy ekonomicznej, albo restrykcyjnego ustawodawstwa wyznaniowego.
Podam taki przykład. W 1995 roku władze izraelskie wycofały się z Betlejem i
przekazały administrację tego miasta ekipie Arafata. Już pod koniec lat
dziewięćdziesiątych betlejemscy Arabowie-chrześcijanie napomykali, trochę na
ucho, iż lepiej by im było, gdyby ich miastem administrowały władze
izraelskie. Ze strony administracji palestyńskiej i islamu odczuwali presję.
Emigrowali, choć już nie rządzili nimi Izraelczycy i nie było jeszcze
intifady.
Inna rzecz, na którą warto byłoby zwrócić uwagę w kontekście problemu
dyskryminacji Arabów, to służba wojskowa. Młodzi Żydzi mają obowiązek
służenia w wojsku: chłopcy trzy lata, dziewczęta dwa. Z tego obowiązku
zwolnieni są Arabowie, ale jeżeli ktoś z nich chce podjąć służbę wojskową, to
może, nie ma tu żadnych formalnych przeszkód. Arabowie są więc w tej sytuacji
uprzywilejowani. Kolejna sprawa to edukacja. Uczelnie są otwarte dla
wszystkich. Za studia płacą i Żydzi, i Arabowie. Obie społeczności mogą na
rozmaite sposoby regulować te płatności: dzięki fundacjom, stypendiom czy
rozmaitym formom zapomogowym. Rodzina muzułmańska - obywatele Izraela - z
dziesięciorgiem dzieci dostaje takie same zasiłki, jak podobnej wielkości
rodzina żydowskich ortodoksów.
- A więc opinia, że Arabowie są w Izraelu obywatelami drugiej kategorii, jest
bezpodstawna?
- Też nie. Jeśli jakaś rodzina arabska mieszka na terenie dzisiejszego
Izraela z pokolenia na pokolenie od kilkuset lat, to może czuć, że obecnie
nie jest już u siebie. Bo, przykładowo, kiedy do Izraela przybywa rodzina
imigrantów żydowskich z Rosji albo Etiopii, jest traktowana przez żydowskie
państwo - z racji jego definicji - jako "swoja". Tacy imigranci uzyskują od
państwa i różnych organizacji społecznych czy religijnych wsparcie
materialne, socjalne. A nieżydowscy rdzenni mieszkańcy dzisiejszego Izraela,
czyli Arabowie, takich przywilejów są pozbawieni. Nie ma się więc co im
dziwić, że czują się pokrzywdzeni.
- A pamięć o holocauście? Czy Izraelczycy, pielęgnując ją, nie popadają w
narodową megalomanię?
- Być może takie niebezpieczeństwo istnieje w USA. Ale w Izraelu go nie
zauważam. Oprócz holocaustu istnieją inne doświadczenia, chociażby walka o
istnienie własnego państwa przez ostatnie półwiecze, odrębne wydarzenia
historyczne i tradycje kulturowe Żydów żyjących w świecie arabskim. Poza tym
duże znaczenie ma wielokulturowość - i ta rdzenna, i ta będąca efektem
imigracji. Żydzi są narodem, który swoich dziejów nie zapomina i się ich nie
wypiera. W programie edukacji dzieci, młodzieży, żołnierzy są wycieczki do
Yad Vashem. Ale też obowiązkowo zwiedzają chrześcijańskie świą