ryszq
05.01.12, 08:40
W '89 roku, w połowie września wyjechałem do jeszcze ówczesnego Związku Radzieckiego na Ural do Magnitogorska w ramach kontraktu na przeszło rok z okładem. O gościnności Polaków mamy jako takie wyobrażenie, to też zależy jeszcze, w jakim regionie żyjemy. Na przykład na Śląsku gościnność Ślązaków jest ogólnie znana, ale kiedy zdobędziesz ich zaufanie - oddadzą Ci duszę i ciało. No…. Ciało to... Zależy od okoliczności, z kim i gdzie...
W pewnych okolicznościach w Magnitogorsku właśnie, zostałem zaproszony przez znajomego z pracy Rosjanina na urodziny, które wypadały gdzieś około ich bożonarodzeniowych świąt - u nas wtedy jest "Trzech króli" - w każdym razie w pełni atmosfery już karnawałowej. Tutaj muszę coś wtrącić: - Gościnność Rosjan jest zdumiewająca i często chyba bierze się może z jakichś kompleksów? Rosyjska gościnność zawsze trąci obrazą. Dlaczego Rosjanin tak bardzo chce napoić gości? Zaczerwieniona gospodyni karmi na zabój. Góry sałatek. Po pierogach pierożki. Nie zliczysz. Gospodarz nalewa. Szaszłyki, mięsiwo wszelkiej maści, ociekający tłuszcz. Co to za rytuał? Po co faszerować gościa? Czym zawinił? Ha! Niechaj gość odejdzie obżarty, z wybałuszonymi oczami. Niechaj będzie pijany, czepiający się ścian, rzygający sałatką warzywną. Niechaj czka przez całą noc. Marzeniem rosyjskiej gościnności jest czkawka. Jeżeli gość czka - jest nasz, bez szlifów. W czkawce wszyscy są równi, szeregowi i generałowie. Zadaniem rosyjskiej gościnności jest egalitaryzm. Wszystkich zrównać w czkawce. Coś na wzór haseł Lenina. To budzi czujność. Ordynarny tręd rozkładu i mordowania. Pomny tego wszystkiego postanowiłem niełatwo sprzedać swoją skórę. Jak tu wybrnąć, żeby biedna wątroba nie zaczęła dawać się we znaki? Trudno będzie. Prezent dla gospodarza - koniak armeński. Gruzińskiego nie było a i tak alkohol był na talony i zdobycie takiego trunku w owym czasie była taką samą sztuką jak u nas osiem lat wcześniej. Przy stole matka gospodarza domu, żona, koleżanka z pracy i jeszcze parę osób w tym i panów - panie te szarmancko pocałowałem w dłoń. Szok! Panie myślały, że to tylko na francuskich filmach tak się dzieje. Zdobyłem od razu szturmem przychylność wszystkich pań. Czułem jednakże, że panowie nie będą tacy przychylni. Stakańczyki - ichnie kieliszeczki na stole tak na "oko" po minimum - chyba 75 ml. a moze nawet 100? Toasty do dna. Wiedziałem, że polegnę a odmówić nie wypada. Początkowo tempo zawrotne jak na Polaka. Miałem jednak w zanadrzu swoją metodę obronną. Atmosfera wyraźnie się rozluźniła, tańce a jakże! - a ja czmych do łazienki. Wiedziałem wcześniej jak się robi płukanie żołądka, bo wcześniej mojemu synowi jak miał cztery latka robić musiałem takowe zrobić osobiście przy nadzorze pielęgniarki - podano mu wtedy na podwórku tabletki psychotropowe jako cukierki. No to tak wspomniałem mimochode tylko...
Wchodzę do łazienki i mam wrażenie, że wzorki na posadzce się ruszają? Rozbiegają się? Qurna! - Myślę - jestem już załatwiony a gdzie tam jeszcze koniec imprezy! Opróżniłem żołądek - nie nabrudziłem na szczęście, wzorki na kafelkach na swoim miejscu - mogę wracać. Wracam na miejsce - udając lekko wstawionego - a obok mnie usiadła koleżanka żony gospodarza. Zaprosiła mnie w tany. Trzeba przyznać, że Rosjanki są w tym dość bezpośrednie - nie mają jakichś oporów -no to, co? - Idę odpocząć od jedzenia od alkoholu w tańcu z dziewczyną o ciekawej urodzie.
- Masz jakieś imię? – Zapytałem.
- Mam na imię Nazarija ale wołają na mnie Nadia.
- Zdrobniale tak? - Pytam
- Nie. Nazarija to muzułmańskie imię. Nie jestem prawosławna. Jestem Baszkirką. Ale tutaj i w pracy wołają na mnie - Nadia. Uśmiechnęła się przy tym, odsłaniając dosłownie „wiadro zębów”. W cudzysłowie rzecz jasna te „wiadro”. Niczym słynna obecnie - nasza biegaczka Justyna Kowalczyk.
- Mnie się podobają oba imiona. Ładne – powiedziałem.
- Wiesz, co? Nie dam Cię upić. Będziemy tańczyć – ona na to.
- Nooo- to mi się podoba - jak najbardziej – odrzekłem - w głębi duszy jednak zadowolony, chociaż fanfary w duszy nie grały jeszcze…Byłem co tu dużo mówić spięty.
Zaczął się repertuar czastuszek, ballad i czort tam wie, co jeszcze. Już mnie tak nie pilnowali i mogłem się trochę przyjrzeć mojej opiekunce. Zaraz było widać, że to nie Rosjanka, choć niewykluczone, że domieszkę europejskiej krwi miała w sobie. Spodobała mi się. Ale nie mogliśmy przecież tak ostentacyjnie cały czas ze sobą się kręcić, wypadało z innymi paniami również trochę pokręcić w kółeczko. Przed dwudziestą drugą stwierdziłem, że towarzystwo już mocno na "gazie", zdrowo podpite a i ja jestem wystarczająco zmęczony by się położyć. Postanowiłem pożegnać uroczych gości i pojechać do siebie na kwaterę. Początkowo odradzali mi, ale w końcu doradzili, żebym wziął taksówkę z niedalekiego postoju Taxi. Nadia też podziękowała za gościnę i zwróciła się do mnie słowami:
- Ja też pojadę taksówką - pójdziemy razem - pokażę Ci gdzie jest postój. Ja w swoją, a Ty w swoją - dobrze?
- Dobrze - odpowiedziałem. Byłem skłonny jak najszybciej wylądować w swoim łóżku.
Poszliśmy na postój. Była tylko jedna taksówka.
- Bierz ją - ja do niej. Poczekam na drugą.
- Wiesz, co? - Nie warto byś tu sam czekał. Dla innostrańca może być to niebezpieczne, bo Cię poznają po akcencie. Jedź do mnie a rano wrócisz.
A co mąż na to? - Pytam
- Spokojnie - ona na to - jestem po rozwodzie. Miejsca jest dosyć.
Spojrzałem na nią. Mówiła bez zalotności - rzeczowo i trzeźwo.
Podjechaliśmy pod zwyczajny blokowiec i na piąte piętro windą. Nazwisk na drzwiach mieszkań nie ma. Tylko numery. Pomyślałem, że taka moda - mieszkania ponumerowane, ale bez nazwisk.
- Zrobię coś do picia, może sok z granatu? Dobrze Ci zrobi -zwróciła się do mnie kiedyśmy przekroczyli próg mieszkania.
- Chętnie , ale może skorzystałbym z łazienki.
- Dobrze - tylko zaświecę światło.
- Potrafię zaświecić światło - odparłem, ale Ona była szybsza i kliknęła na wyłącznik.
- Jak chcesz - możesz się odświeżyć a ja tymczasem pościelę - zwróciła się do mnie i poszła do pokoju.
Powiesiłem swoją kurtkę na wieszaku w przedpokoju i wszedłem do łazienki. Odświeżyłem się a w pokoju już na stoliku stał pucharek z zimnym sokiem z granatu. Pyszny.
- Tu możesz spać a ja pójdę do drugiego pokoju. Dzbanek z sokiem zostawiam Ci na kaca.
I poszła do siebie, potem zabawiła trochę w łazience, rzuciła zdawkowe - spokojnej nocy i wróciła do siebie gasząc wszystkie światła.
Gdzieś tak około szóstej nad ranem obudziłem się, wypiłem resztę soku i poszedłem do łazienki. Szok! Wzory na posadzce zaczęły się rozbiegać! Qrdaelebele! Co oni mi dali za gorzałę? Narkotyk czy co do licha?
Wychodzę z łazienki a tu Nadia przede mną w narzuconym szlafroku.
- Słuchaj mówię - chyba jeszcze nie wytrzeźwiałem. Kafelki mi się rozjeżdżają, wzorki z posadzki mi uciekają...
- Popatrzyła na mnie dziwnym nieco wzrokiem i mówi:
- Spokojnie. Mamy takie sąsiedztwo. Choć zobaczysz.
Weszła do łazienki zapalając światło a tu...smyrrr... Odkrycie! - To były KARALUCHY!!!.
- Wiesz, - ona do mnie - to jest nie do wytępienia i musimy z tym żyć. W nowszych blokowiskach ich nie ma , ale z czasem przyjdą i z nimi się po prostu trzeba zaprzyjaźnić. Zrobię jakieś śniadanie a Ty idź jeszcze sobie poodpoczywaj.
No, ale gościnę zapamiętałem na zawsze…
Ot, nasi bracia i siostry Słowianie.