rena-ta49
17.08.16, 19:08
Nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki” – twierdził starożytny filozof Heraklit z Efezu. Ale można przecież przesiedzieć nawet 25 lat w tej samej rzece. A przy okazji obserwować jak jej wody stają się coraz bardziej brudne i śmierdzące, a potem zamieniają się w ściek, w szambo.
Klinicznym wręcz przykładem takiego stanu rzeczy wydaje się Mateusz Kijowski – założyciel tzw. Komitetu Obrony Demokracji, czyli KOD. KOD ma trzy litery, Kijowski zaczynał w czterech literach.
Zdawać by się mogło – to nowy człowiek, którego do społecznego działania pchnął spontaniczny, obywatelski poryw serca. Taki przynajmniej portret Kijowskiego próbowały wykreować mainstremowe media. Nic z tych rzeczy – Kijowski to człowiek z polityczną przeszłością, którą można określić krótko: zawsze obok Michnika. Lider KOD-u sam to przyznał w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej”: „Ja byłem członkiem założycielem ROAD-u. Latem 1990 r. byłem na tym spotkaniu w auli Politechniki, kiedy powstawał Ruch Obywatelski.” Przypomnijmy młodszym Czytelnikom, czym był ROAD, czyli Ruch Obywatelski Akcja Demokratyczna. To ugrupowanie założone przez Władysława Frasyniuka i Zbigniewa Bujaka jako swoista kontra przeciw Porozumieniu Centrum Jarosława Kaczyńskiego. Podobnie jak dziś KOD – ROAD nie chciał być partią polityczną, ale – teoretycznie przynajmniej – apolitycznym, obywatelskim ruchem. Podobieństwo do założeń KOD-u wręcz bliźniacze. Wśród liderów ROAD-u byli m.in. – uwaga, uwaga! – Adam Michnik i Henryk Wujec. Dzisiaj na manifestacji KOD-u spotykają się ramię w ramię Kijowski z Wujcem, a opisuje to i promuje na łamach swego dziennika Adam Michnik. Trudno nie stwierdzić, że starzy gwardziści wciąż trzymają się razem.
W jakimś sensie KOD, sprzeciwiający się rządom Prawa i Sprawiedliwości, jest tylko kolejnym wcieleniem walki tego samego środowiska, które ponad ćwierć wieku rzuciło się do ataku na Porozumienie Centrum. Wówczas chodziło o zatrzymanie dekomunizacji i lustracji. Dzisiaj chodzi o utrzymanie status quo, które jest wynikiem między innymi... nie przeprowadzenia dekomunizacji i lustracji.
Ale korzenie grupy ROAD/KOD sięgają czasów wcześniejszych. Liderzy ROAD-u, czyli Michnik, Wujec, a także Jan Lityński, Karol Modzielewski (oraz nieżyjący już Jacek Kuroń) to nikt inny jak tzw. marcowi komandosi. Lewicowcy, którzy w większości byli członkami partii komunistycznej i opuścili w wyniku wewnętrznego konfliktu. I tutaj sięgnąć można jeszcze głębiej – do konfliktu natolińczyków z puławianami, czyli frakcyjnej walki, która przeszła do historii jako rywalizacja „chamów” z „żydami”. I oto widzimy dziś na demonstracji tzw. KOD-u Wujca, Karola Modzelewskiego, czy Seweryna Blumnsztajna. Przecież to elita komandosów z marca 68, czołówka tzw. lewicy laickiej, dawni liderzy ROAD-u. Ktoś jeszcze powie, że KOD to świeża i spontaniczna obywatelska inicjatywa? Albo pogrążony jest w głębokiej niewiedzy, albo chce być ślepy, albo też świadomie dopuszcza się manipulacji.
W 1990 roku michnikowcom z ROAD udało się przeciągnąć na swoją stronę kilku działaczy solidarnościowej opozycji – Bujaka, czy Frasyniuka. „Złapali” też kilku młodych ,z których usług korzystają do dziś. Jak szczupłe to są jednak kadry świadczy właśnie casus Mateusza Kijowskiego, który eksploatowany był już na wiele sposobów – gość się wygłupiał w jakiś kampaniach społecznych przeciw gwałtom. Sprzeciw ów wyrażał się na przebieraniu w damskie kiecki. Eksploatowano też Kijowskiego do zwalczania tzw. antyszczepionkowego ruchu rodziców. W przeszłości związany był zawodowo z „Gazetą Wyborczą” – pracował w jej dziale komputerowym. Na dodatek można mu wyciągnąć notoryczne uchylanie się od płacenia alimentów. Tłumaczy, że nie ma dochodów, zaś utrzymywany jest przez nową partnerkę. Jak widać – mężczyzna pełną gębą. Jeśli taki człowiek „wysuwany” jest na lidera KOD-u, to znaczy, że jego środowisko polityczno-towarzyskie albo pogrążone jest w zupełnym chaosie organizacyjno-informacyjnym, albo też najzwyczajniej pod względem kadrowym „goni w pietkę”.
Tak przy okazji: środowisku dawnych komandosów – później lewicy laickiej – później ROAD-u – później Unii Demokratycznej, czyli środowisku Michnika (jedno środowisko, a tyle nazw i przeistoczeń, czyżby dawna dobra szkoła „maskirowki”) od 1990 roku niewiele się udaje. Spaliły na panewce tak ważne projekty polityczne: wybór Tadeusza Mazowieckiego na prezydenta, czy ostateczne pojednanie „chamów z żydami” (w 1989 roku reprezentantem „chamów” miał być Tadeusz Fiszbach, u progu XXI wieku – Włodzimierz Cimoszewicz; obaj mimo namaszczenia przez Michnika przegrali walkę o przywództwo postkomunistycznej lewicy(. Warto więc przypomnieć, w jaki sposób zbankrutował ROAD: wszedł w skład Unii Demokratycznej, która następnie połączyła się z Kongresem Liberalno-Demokratycznym, tworząc Unię Wolności. Ostatecznie to ludzie z dawnego KLD okazali się górą, bo oni już pod nazwą Platformy Obywatelskiej niepodzielnie rządzili Polską przez dwie kadencje. Natomiast ci z ROAD-owskiego korzenia mimo „wielkich” nazwisk typu Geremek w swych szeregach zostali zmarginalizowani.
Można założyć, że podobną drogą pójdzie KOD. Trudno przypuszczać, żeby pozostał samodzielnym bytem politycznym, tym bardziej, że organizowane przezeń uliczne manifestacje już tracą impet. KOD zapewne pójdzie drogą ROAD-u – będzie wiądł, a w końcu połączy się .Nowoczesna.pl i być może z jakimiś frondystami z Platformy Obywatelskiej, w której Schetyna będzie dokonywał rytualnej dintojry. Niewykluczone, że tym samym niedobitki „komandosów” z ROAD-u znajdą, jak rasowy pasożyt, nowego żywiciela. Zaś sam Kijowski będzie mógł jeszcze przez jakiś czas brodzić w cuchnącej rzece, czyli przejawiać aktywność z życiu publicznym. Ale pamiętajmy: ich jest bardzo mało, to wciąż te same postacie, zmieniające ugrupowania, ale nie porzucające swej retoryki.
warszawskagazeta.pl/felietony/kroniki-tygodniowe/item/3319-kijowski-ze-smierdzacej-rzeki