rena-ta49
15.02.19, 16:42
Jarosław Kaczyński otarł się o śmierć w wyniku wypadku samochodowego spowodowanego przez nieznanych sprawców. Lecha Kaczyńskiego zastraszała mafia pruszkowska.
Prokuratura prowadziła przeciwko obecnemu liderowi Prawa i Sprawiedliwości trzy sfingowane sprawy. Brukowiec wydrukował jego sfałszowaną lojalkę ze stanu wojennego, TVP zaś wyprodukowała szkalujący braci film. Robiono z nich homoseksualistów i przysposobione przez rodziców dzieci lumpów. Arsenał środków, jakich układ rządzący III RP użył, by raz na zawsze wyeliminować Kaczyńskich z polityki, pokazuje skalę patologii w polskim życiu publicznym.
Nakłuć na oponach samochodu Jarosława Kaczyńskiego dokonano specjalnym narzędziem. Z wielką precyzją. W każdym kole po dziesięć. W taki sposób, żeby przy większej prędkości musiały pęknąć. Był 1993 r. i odbywający dużą liczbę spotkań w kraju Kaczyński jeździł szybko. Takie działania wobec Kaczyńskiego i jego współpracowników powtarzały się.
W 1996 r. Jarosław Kaczyński o mało nie zginął. Jechał w okolicach Mławy swym oplem vectrą. - Samochód wypadł z drogi przy szybkości 160 km na godzinę - wspomina. - Byliśmy o włos od śmierci, policjanci powiedzieli nam, że przeżyliśmy tylko dlatego, że to niemiecki solidny wóz. Po drodze wyrwaliśmy drzewo z korzeniami. Jak się okazało, ktoś lekko poluzował zawór w kole, by powietrze powoli uchodziło.
Sprawdzić, czy Jarosław Kaczyński miał narzeczoną i dlaczego się z nią rozstał, albo czy nie jest homoseksualistą - taka dyrektywa pojawia się w papierach tzw. zespołu Lesiaka, który w czasie inwigilacji prawicy miał doprowadzić do eliminacji lub - jeśli się nie uda - marginalizacji politycznego środowiska Kaczyńskich. Obelżywą, kłamliwą plotkę o rzekomym homoseksualizmie obecnego lidera PiS ludzie Urzędu Ochrony Państwa kolportowali w ramach służbowych obowiązków. Podobnie jak pracownicy białoruskiego prezydenta Aleksandra Łukaszenki, którego propaganda głosi, że homoseksualistami są działacze demokratycznej opozycji.
Choć Kaczyńscy bywali zwalczani metodami zbliżonymi do tych, jakie wobec opozycji stosuje białoruski reżim, w III RP rzadko mogli liczyć na obronę ze strony mediów i autorytetów. A duża część wręcz brała w atakach udział.
Lojalka, czyli fałszywka służb specjalnych
3 czerwca 1993 r. "Oświadczam, że będę przestrzegał przepisów stanu wojennego" - taki dokument podpisany rzekomo przez Jarosława Kaczyńskiego 17 grudnia 1981 r. drukuje będący u szczytu popularności tygodnik "Nie".
Kaczyński odpowiada, że wydrukowana lojalka to ordynarna fałszywka. - Powycinano litery z pisma, w którym podpisania lojalki odmówiłem. Dostarczono też sfałszowaną notatkę o rzekomym podpisaniu przez mnie lojalki ze sfałszowanymi podpisami nieżyjących oficerów - mówi dziś "GP".
Proces wytoczony przez Kaczyńskiego gazecie Jerzego Urbana trwał 6 lat. Jeszcze w 1996 r. Marek Barański dostarczył do sądu nowe dokumenty. Dopiero w 1997 roku oświadczył, że on i jego pismo padli ofiarą prowokacji, gdyż ktoś dostarczył im sfałszowany dokument. Ostatecznie sąd skazał Barańskiego na 10 tys. zł grzywny.
Kopia fałszywki odnalazła się w szafie płk. Jana Lesiaka, odpowiadającego za inwigilację prawicy. Znaleziono tam też próbki pisma Kaczyńskiego, którymi próbowano uprawdopodobnić autentyczność dokumentu.
To nie jedyna prowokacja "Nie" wobec Kaczyńskich. W gazecie ukazał się też fotoreportaż "Jeden dzień z życia Jarosława K. - Na zdjęciu w "Nie" pokazano kogoś podobnego z postury do mnie. Miał zainteresowania z pogranicza sex-shopów i pedofilii - wspomina Jarosław Kaczyński.
cdn..