rena-ta49
10.09.19, 13:29
a zwłaszcza te sędziowskie!
Immunitet sędziowski to zaprzeczenie zasady równości obywateli i wprowadzenie wyjątku od tej fundamentalnej dla każdego porządku prawnego konstytucyjnej zasady – pisze prawnik
W preambule do Konstytucji RP pośród wielu solennych adresów znajduje się taki oto passus: „pomni gorzkich doświadczeń z czasów, gdy podstawowe wolności i prawa człowieka były w naszej Ojczyźnie łamane”. Na pierwszy rzut oka trafność tej introdukcji przywodzi zadumę, chwilowy smutek i uśmiech, że dziś jest inaczej. Po chwili wszakże refleksję. Toż te prawa i wolności były i są, a na pewno bywają i niestety będą łamane wszędzie na świecie, nawet tam, gdzie demokracja, prawo czy dobro wspólne są fundamentem, a nie parawanem rozmaitych porządków politycznych.
PONIŻEJ DALSZA CZĘŚĆ ARTYKUŁU
Coś w tym fragmencie trąci, jeżeli nie fałszem, to niedopowiedzeniem. Otóż przez niedopatrzenie, a może celowo, ustrojodawca zapomniał dodać tu przysłówka „bezkarnie”. Bezkarnie łamane. Taka bowiem była natura PRL przez całą jego niesławną historię.
Grubym kreskom towarzyszy zawsze chrzęst tłuczonych luster. Gruba kreska z 1989 r. była tak gruba, że w jej wyniku nastąpiło przekroczenie granicy, poza którą takie kwestie jak skrupuły, sumienie i odpowiedzialność, stały się iluzoryczne, a pojęcia takie jak hańba, wina, skrucha i przebaczenie zyskały status staroświeckich anachronizmów.
Gruba kreska – to wcale nie paradoks – zakreślona jest często również w interesie nowej władzy. Ona bowiem, ta kreska, czyni funkcjonariuszy poprzedniego reżimu poręcznym i posłusznym narzędziem. Posłusznym przez stłuczone lustro. Dworzanin Damokles tańczył przecież najpiękniej przed swym królem, gdy nad jego głową na końskim włosie wisiał ostry miecz.
Trybunał Konstytucyjny podkreślił w jednym z orzeczeń, że „powaga wymiaru sprawiedliwości w demokratycznym państwie prawa wymaga, by z sądów odeszli ci, którzy celom politycznej represji podporządkowali najbardziej podstawowe wartości sądownictwa – niezawisłość i bezstronność”. Nie odszedł nikt.
Jakiś czas temu grupa młodych sędziów Iustitii przygotowała projekt tzw. uchwały oczyszczającej, w której wzywano wszystkich sędziów, którzy w czasach PRL sprzeniewierzyli się godności urzędu sędziego, bezprawnie współpracując z organami bezpieczeństwa, do złożenia urzędu sędziego w jak najszybszym czasie. Projektu nawet nie przegłosowano, bo nie znalazł się w porządku zebrania.
Czy można się temu dziwić, skoro w swoim czasie porównano ustawę lustracyjną z ustawami norymberskimi? Jakakolwiek zaś próba oczyszczenia środowiska sędziowskiego, każdego zresztą, ze współpracowników UB i SB torpedowana była kuluarowo przez polityków i jawnie przez większość mediów oraz prawnicze „autorytety”, w czym walnie uczestniczył Sąd Najwyższy. Ta najwyższa instancja sądowa – naruszając kompetencje ustawodawcy – zmieniała w ustawie lustracyjnej ustawową definicję współpracy ze służbami specjalnymi PRL, czyniąc pozornym nawet ułomne i choćby symboliczne rozliczenie się z wymiarem komunistycznej sprawiedliwości.
Skutecznym, na razie, położeniem kresu jakimkolwiek próbom oceny sędziów, którzy w PRL sprzeniewierzyli się etosowi zawodu – stając się efektywnym czynnikiem terroru w policyjnym państwie stanu wojennego – była uchwała SN sankcjonująca stosowanie przez sądy ustawowego bezprawia, jakim były działające wstecz przepisy karne dekretu o stanie wojennym.
Sąd Najwyższy sięgnął tu do wypróbowanego już przy ustawie lustracyjnej sposobu. Zastępując ustawodawcę nadał ustawowemu pojęciu zbrodni komunistycznej taki sens, który w istocie zanegował istnienie zbrodni sądowej w całej PRL-owskiej przeszłości. Ze stalinizmem włącznie. Tę krytykowaną nawet w kuluarach SN uchwałę wydano wobec wniosku IPN o uchylenie immunitetu byłemu sędziemu SN Zdzisławowi Bartnikowi, który niechlubnie zapisał się w stanie wojennym.
Sąd Najwyższy uznał wniosek IPN za „oczywiście bezzasadny” i wpisał uchwałę do tzw. księgi zasad prawnych, instytucji będącej resztówką PRL-owskiego prawa, dyscyplinując inne sądy i przez to naruszając zasadę ich niezawisłości
Niezależność sądów i niezawisłość sędziów ma kluczowe znaczenie dla ochrony praw i wolności obywateli. Zakaz wszczęcia postępowania karnego bez uprzedniej zgody sądu, zwany immunitetem sędziowskim, istnieje jako gwarancja tej niezawisłości. Ma on chronić sędziów przed bezpodstawnym oskarżaniem z powodów politycznych, chęci zemsty czy innych niskich pobudek. Dlatego został wpisany do konstytucji.
Warto jednak wiedzieć, że wśród demokratycznych państw, charakteryzujących się istnieniem niezależnych i niezawisłych sądów (w Stanach Zjednoczonych, Austrii, Niemczech czy Francji), immunitet w ogóle nie istnieje lub nie jest konstytucyjnie zagwarantowany. Trudno byłoby zasadnie twierdzić, że w tych krajach sądy nie cieszą się wysokim autorytetem jako organy niezależne i niezawisłe. Istnienie immunitetu sędziowskiego zatem wcale nie jest integralną cechą demokratycznego państwa prawa.
Głównym argumentem podnoszonym przeciw immunitetowi w zachodnich demokracjach jest obawa przed przekształceniem go w grupowy – łatwy do wynaturzenia zwłaszcza w raczkujących demokracjach, co ujawniło się np. w III RP – przywilej korpusu sędziowskiego. Czym bowiem w istocie jest ów immunitet? To zaprzeczenie zasady równości obywateli i wprowadzenie wyjątku od tej fundamentalnej dla każdego porządku prawnego konstytucyjnej zasady.
Zwykłego obywatela podejrzanego o popełnienie przestępstwa przed sąd prowadzi prokurator. Zanim to uczyni z podejrzanym sędzią, musi zapytać, czy sąd immunitet uchyli. Szkopuł w tym, że sam podejrzany sędzia – gdy czuje się niewinny i fałszywie oskarżony – nie może zrzec się immunitetu i przed sądem udowodnić swoją niewinność, pogrążając oszczerców. Zakaz zrzeczenia się immunitetu uzależnia możliwość odpowiedzialności sędziego wyłącznie od decyzji jego kolegów.
Postępowanie o uchylenie immunitetu nie dotyczy ustalenia odpowiedzialności karnej sędziego ani nie rozstrzyga o jego winie. Celem tego postępowania jest realizacja prawa do sądu i przywrócenia stanu równości obywateli. Postępowanie to nie jest również postępowaniem dyscyplinarnym. W postępowaniu immunitetowym, które jest nie wiedzieć czemu – to znów przywilej – z reguły tajne, sędzia ma możliwość wnioskowania o zniesienie swojego immunitetu, jeśli pragnie szybko udowodnić oszczerczy charakter oskarżenia i swoją niewinność. Ale jakoś nie słychać o takich wnioskach.
Gdyby nie było zakazu zrzeczenia się immunitetu przez samego sędziego, w opinii publicznej niewątpliwie powstałoby uzasadnione domniemanie: niewinnemu zbędny immunitet. Tymczasem przekształcił się on w kastowy przywilej, który – poprzez źle pojmowaną korporacyjną solidarność – rujnuje jakże niezbędny społecznie sędziowski autorytet. Bywało, że przez ponad dziesięć lat służył ów immunitet, kompromitując sam siebie, ministrowi Sadowskiemu jako ochrona przed odpowiedzialnością karną za przestępstwo pospolite.
A przecież nic tak autorytetu sędziego nie podnosi, jak stosunek tego środowiska – hermetycznego i słusznie wyróżnionego przywilejami płacowymi i emerytalnymi – do osądzania nieprawości popełnianych przez jego członków. To bowiem świadczy o kwintesencji zawodu – niezawisłości i niezależności, tym razem od fatalnie pojmowanej – bo niszczącej etos tego istotnie wyjątkowego zawodu dającego władzę sądzenia – korporacyjnej solidarności.
[srodtytul]Niesmaczne wspomnienia[/srodtytul]
Warunkom bezkarności totalnej musi towarzyszyć powszechna amnezja. Brak wiedzy daje spokój pokaleczonych sumień. Dziś wspomnienie zakatowanego Grzegorza Przemyka szanowani czemuś mecenasi Jacek Kondracki i Krzysztof Stępiński uważają za niesmaczne. Czy dlatego, że widok ciała pobitego maturzysty, któremu nawet całodobowa reanimacja nie przywróciła życia, wydaje się nieestetyczny?