Dodaj do ulubionych

Po co Donald Tusk napisał książkę,

17.12.19, 15:25
czyli plan awaryjny
Wiara w to, że ktoś „szczerze” napisze autobiografię lub wyda swoje dzienniki w takiej formie, w jakiej rzeczywiście codziennie czynił notatki, ze swej natury mające być intymnym zapisem, mogącym dopiero w przyszłości służyć do stworzenia dzieła dostępnego dla innych, jest przymiotem naiwnych idealistów. Dlatego tylko nieautoryzowane biografie, będące wynikiem dociekliwego badania źródeł i lat pracy autora mogą być wiarygodnym świadectwem życia i działalności osoby publicznej, nie tylko polityka.

Owszem, zdarzają się dzienniki, publikowane wiele lat po śmierci ich autora, który zdobył się w nich na tyle szczerości, że przezornie chroni opisywane postacie za ich życia, zastrzegając w testamencie wydanie memuarów w odległym czasie po swojej śmierci, choć nieobca każdemu człowiekowi chęć przedstawienia siebie i swoich czynów w pozytywnym kontekście również odciska na ich treści piętno.

I w tym kontekście jawi się pytanie – po co Donald Tusk „napisał” książkę „Szczerze” (użyłam cudzysłowu dlatego, że nie wierzę, iż powstała bez udziału ghostwritera)?

Jeżeli miała być podsumowaniem jego pięcioletniej kadencji w Radzie Europejskiej, wnikliwym studium działania europejskiej wspólnoty i procesów decyzyjnych, w jakich w tym czasie uczestniczył, zawierać charakterystyki i próbę zrozumienia motywów postępowania polityków, z którymi jako przewodniczący Rady współpracował, to infantylizm narracji dotyczącej tych spraw jest na poziomie zapisków pensjonarki, zwierzającej się codziennie swojemu pamiętniczkowi z tego, co jej się przydarzyło, kogo spotkała, jaki film obejrzała i jaką sukienkę założyła dzisiaj jej koleżanka.

Jeśli miała pokazać Donalda Tuska jako męża stanu, rozstawiającego pionki na europejskiej szachownicy, to ten przekaz raczej mocno mija się rzeczywistością, dokładnie obserwowaną i analizowaną przez niesprzyjających mu polityków i dziennikarzy. Pozwolę sobie zatem na dość ryzykowną tezę, że ta książka w swoim zamyśle miała być początkiem kampanii prezydenckiej Donalda Tuska i kiedy w ostatniej chwili zrejterował, trzeba było znaleźć jakieś wyjście awaryjne. Tusk mamił swoich wyznawców przez długie miesiące wizją św. Jerzego, który zwycięsko zmierzy się z pisowskim smokiem i sprawi, że będzie tak jak było. Jestem przekonana, że on sam także łudził się, jeszcze do październikowych wyborów parlamentarnych(choć już europejskie były może nie kubłem, ale całkiem mocnym prysznicem z zimną wodą) że ma szansę zdetronizować Andrzeja Dudę, bo to, że urzędujący prezydent będzie ubiegał się o reelekcję raczej było bezdyskusyjne.

5 listopada ogłosił swoją decyzję z krótkim uzasadnieniem:

Po głębokim namyśle podjąłem decyzję, że nie będę kandydował w zbliżających się wyborach prezydenckich.(…) Uważam, że możemy te wybory wygrać, ale do tego potrzebna jest kandydatura, która nie jest obciążona bagażem trudnych, niepopularnych decyzji, a ja takim bagażem jestem obciążony od czasów, kiedy byłem premierem

– argumentował Tusk.

Tym bardziej że nie zamierzam się tych trudnych decyzji wypierać.

14 grudnia, w trakcie promocji swojej książki „Szczerze” zapytany o to, dlaczego zrezygnował ze „starcia” z Andrzejem Dudą powiedział:

Szczerzej tego nie potrafię powiedzieć. Myślę o tym, jak ich ograć. Pomyślałem, że jeśli oni zainwestowali tak dużo pieniędzy, wysiłku, czasu antenowego i gazet, żeby mnie dyskredytować, to najlepszym sposobem ogrania ich na samym starcie będzie zmarnowanie ich wysiłku. Nawet jeśliby stanęli na głowie, to nie są w stanie tego wszystkiego wylać, co przyszykowali na mnie.

Tusk, składając w listopadzie oświadczenie o rezygnacji ze startu w wyborach prezydenckich, zadeklarował jednocześnie, że będzie wspierał w tej rywalizacji kandydata opozycji. Dziś już wiemy, że jednego kandydata opozycji nie będzie, zatem osobą, którą będzie wspierać Tusk, powinna być Małgorzata Kidawa-Błońska. Trudno jednak będzie wspierać osobę, która była prominentnym politykiem Platformy Obywatelskiej w czasach, gdy Donald Tusk gromadził bagaż „trudnych, niepopularnych decyzji” i w czasach, gdy namaszczona przez Tuska Ewa Kopacz udawała, że jest premierem. To taka naiwna wiara dziecka, że jak naciągnie na głowę prześcieradło i nikogo nie widzi, to ono też jest niewidoczne. Bardzo jestem zatem ciekawa, jak Tusk w tej kampanii się odnajdzie, o ile poza kilkoma występami w zaprzyjaźnionych mediach i szczuciem na konkurencję będzie go stać na coś więcej.

Swoim nieutulonym w żalu po rezygnacji ze startu w wyborach prezydenckich fanom dał jednak promyk nadziei, oznajmiając w wywiadzie dla jednego z dzienników, że nie wyklucza startu w następnych wyborach prezydenckich, w 2025 roku:

Tak, biorę to pod uwagę.

Czy pojawi się wtedy nowa książka, na przykład pod tytułem „Jeszcze bardziej szczerze”, opisująca działalność Donalda Tuska jako przewodniczącego europejskich chadeków, budującym razem z nimi nową, wspaniałą Europę w kontraście do polskiego, ksenofobicznego zaścianka? Czy też jednak podzieli los większości byłych polskich premierów i prezydentów, których próby powrotu do wielkiej polityki, jeśli takowe czynili, kończyły się niepowodzeniem?

Wszystko biorę pod uwagę. Oj, nawet jakieś bardzo czarne scenariusze, nawet i to co może być za pięć lat, albo i to, kogo może nie być

– dodał, dopytywany o swój udział w wyborach prezydenckich w 2025 roku.

Jednak nie wystarczy liczyć na to, że „kogoś może nie być” i że nowe pokolenia wyborców, które nie pamiętają rządów Tuska jako premiera, można uwieść europejskim sznytem i ogładą konesera sztuki i muzyki, nawet jeśli tej ostatniej nie słucha się w filharmonii, tylko w telefonie. Oprócz tego, że „kogoś może nie być”, ktoś „musi być” w polskiej polityce. Inaczej skończy jako zgorzkniały komentator, od czasu do czasu pojawiający się w opozycyjnych mediach, dolewający benzyny do ognia, który dobrze życzący krajowi Polacy starają się gasić.
autor: Aleksandra Jakubowska
Obserwuj wątek

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka