tadeusz_ski.51
22.08.08, 18:32
A wszystko zaczęło się w windzie. Wszedłem i nie patrząc na podłogę naciskam
guzik, później patrzę, mokro coś? Jakaś woda? A to prawdopodobnie jakiś pies
popuścił!? Kur.. a ja w to wdepnąłem! Maszeruję sobie na "przełaj" do jednego
urzędu, a po drodze pani z pieskiem, takim małym, kudłatym, siwobrudnoczarnym.
Jak ten piesek zaczął się rzucać! Szczeka toto durnowate i rwie się do mnie??
Psy mnie raczej lubią, stąd zdziwko dość duże. Nie bałem się konusa, w razie
czego kopa! Zresztą, pani go trzymała na smyczy, ale bez kagańca. Wrzasnąłem
wqurzony: cicho, nie zjadaj pana! A pani w śmiech... Dobra, co było dalej, nie
będę się rozwodził... bo ona, znaczy się Agnieszka, jest rozwiedziona.
Hmmmm... całkiem, całkiem, tak koło 40-tki... Zobaczymy co sie da zrobić...
Mieliście kiedyś podobne przypadki z pieskami?