ewelinkowska
14.07.09, 18:20
Wstalam z zamiarem pojscia z Damianem do zoo...
i tego sie trzymalam caly poranek..
ale...
Damian musial odstawic samochod sluzbowy do pracy wiec musialam go
zabrac z powrotem..podczas drogi okazalo sie ze cos sie popsulo w
samochodzie naszym...
wiec szybko zjedlismy sniadanie, przebralismy sie i pojechalismy do
mechanika aby naprawil auto..
no i zaczely sie schody...
okazalo sie, ze trzeba czekac na auto 2 godziny..
czekalismy...pozniej okazalo sie ze nie mozna placic karta za
naprawe (300 zlotych, grrr) wiec Damian wsiadl w samochod i pojechal
do bankomatu...
czekam na niego i czekam..minelo pol godziny, 45
minut ...dzwonie...a moj Damian zjechal nie tym zjazdem co trzeba i
wyladowal na autostradzie do... Berlina...no i bramke musial
zaplacic..i przejechac 60 km do nastepnego zjazdu...a ja nastepna
godzine spedzilam w poczekalni z gazeta "Twister" dla nastolatek (bo
innej juz nie bylo).
To nic, myslalam ze tego wszystkiego juz koniec...przeliczylam sie...
poszlismy do supermarketu.. wzielam psa aby sie po drodze przeszedl
z nami...poczekalam na zewnatrz...a mojego Damiana jak nie ma tak
nie ma...nastepne 45 minut czekalam bo kolejka do miesa byla
nieziemska..w drodze powrotnej zlapala nas taka ulewa ze zmoklismy
jak kury...mam tylko nadzieje, ze juz zadna niespodzianka nas nie
zaskoczy i ze sie nie przeziebie..
a do zoo nie poszlismy...
ufff koniec wywodow